czwartek, 3 grudnia 2020

W słońcu, w chmurach, i po zmierzchu czyli - na wschód od Radziejowej.

Tym razem trzymam się chronologii, więc narracja jest łatwiejsza. Pamiętacie jak wyczerpałem bateryjki podczas akcji rowerowej Korby tarnowskiej na Pogórzu Ciężkowickim? No na pewno pamiętacie, a jak nie pamiętacie to po prostu cofnijcie się jeden post wstecz. Więc zdążyłem się zregenerować, odespać, odpocząć i byłem gotów do wyjazdu z Anią w góry. Szczerze mówiąc cholernie się cieszę że Ona jest, bo w większość miejsc tam byłem albo wcale, albo 30 lat temu - warto odświeżyć wspomnienia, albo ich zwyczajnie nabrać od nowa.

Trasa jest moja autorska, aczkolwiek konsultowana - pilnie starałem się też uniknąć sytuacji nader dla mężczyzn niekomfortowej to jest takiej w której najpierw zdobywa się np. Niemcową a potem i tak wychodzi na Wielkiego Rogacza... no sami rozumiecie...

Trasa biegnie tak by to Wielki Rogacz był zawiasem naszej wędrówki. Zresztą popatrzcie sami. 

Macie rację znudziły mi się te mapki na końcu, choć na pewno jest tak łatwiej, bo wstawianie mapki w środku tekstu zawsze powoduje także konieczność edycji kodu HTML - tak znów macie rację, to osobliwie ekscentryczny pomysł skryptopisów od wuja Gugla. Coś niczym wytyczenie niewidomym ścieżek za pomocą elektrycznego pastucha, tak by nauczyli się nie wpadać na meble...

No nic, wczesnym rankiem po Anię, a potem już razem jedziemy do Piwnicznej. Miasto to nie słynie z przesadnie wielkiej ilości miejsc parkingowych, co świadczy o tym że ekscentryczność myślenia to domena nie tylko Googlarzy ale też i urbanistów tudzież decydentów związanych z drogownictwem. Ciut tak jak z kartami płatniczymi - masz platynową ale w okolicy i tak nie ma terminali, są tylko bankomatoły. Doprawdy zdziwienie władz Piwnicznej że ruch turystyczny u nich nie jest tak rozwinięty jak w pobliskiej Krynicy czy nawet Muszynie, jest chyba jeszcze bardziej kuriozalne niż sam fakt że nie ma tam parkingów! Na szczęście znam taki jeden parking i tam się dokujemy, ciasno jest ciut (taka mania buraczana "stanę w poprzek, to nikt nie stanie obok mnie, żeby mi przypadkiem lakieru nie obili") ale daję radę. Rany, przy Aneczce, to ja się wzbijam na wyżyny radzenia sobie - nie ma lekko ;)

Co macie już dość pitolenia i chcecie przejść do zdjęć?

(cha - odkryłem tajemnicę szyfru Maragoogla {kto zna Brombę i Glusia, wie jakie struny porusiam} trzeba zaznaczać zdjęcie od góry do dołu, to je wtedy wkleja we właściwej kolejności... ale tylko wtedy gdy są wstawiane z chmury, bo jak z twardziele to czy tak czy siak, i tak zawsze wstawia je odwrotnie...)
 
Pierwsze podejście, przed nami Groń.
A swoją drogą czy wiecie co groń znaczy i jakie ma pochodzenie?
czyli co robimy kolejny minikonkurs?*



Robi się widokowo.

Jedna z tragicznych pamiątek po czasach gdy Niemcy jednoczyły Europę.

W zasadzie wszystko jest na zdjęciu, ale w tym miejscu trzeba zejść ze szlaku, by trafić do "Doliny Pamięci".

Tak zdaję sobie sprawę jak to zabrzmiało, niejeden co zszedł ze szlaku trafił do "doliny pamięci" (choć są i tacy którzy w doliny nie trafili do dziś). Tym razem przed nami jednak symboliczny cmentarz ludzi gór.


To zdjęcie powstało zupełnie przez przypadek. Włączyłem funkcję HDR, co zwiększyło czas naświetlania i w tym momencie Ania weszła w kadr. Miałem je usunąć, ale pomyślałem sobie że to świetna alegoria naszej bytności w tamtym miejscu które trwa, a gdzie my jesteśmy tylko pojawiającymi się na moment duchami. 









Naprawdę piękne miejsce, już samo ono wystarczyło by do uzasadnienia długiej wędrówki (o ile wędrówki wymagają uzasadnienia - ale wiem że dla wielu owszem, wynika to z pytań w stylu "a gdzie idziesz?"), a dla nas to dopiero początek trasy.


Tylko dwa "grzybne" zdjęcia, w rzeczywistości, gdybyśmy szli tam z intencję grzybobrania pełne koszyki mieli byśmy już poniżej granicy tysiąca metrów n.p.m czyli przed Trześniowym Groniem (1001 m.n.p.m). Kawałek dalej spotykamy turystów schodzących już w dół - mają reklamówki pełne "znajd", nawet sobie żartujemy z tego. 

kapliczka gdzieś w okolicach a może na samym Trześniowym Groniu? Już dokładnie nie pamiętam. Ale pamiętam że było pięknie. 

Później przechodzimy przez Niemcową ale tylko trawersem (więc o zdobywaniu nie ma mowy) i Międzyradziejówkami walimy prosto na Rogacza.

A stamtąd już na Radziejową, w sumie to sam nie wiem czemu, byliśmy tam ledwie trzy tygodnie wcześniej... no ale skoro już się jest w okolicy - to czemu nie skorzystać?

I tak to z góry wygląda

Przed nami dalsza część wędrówki - wracamy na Rogacza (przy okazji fajne spotkanie z kimś kto pokonując GSB "załatwił" sobie stopy butami trekkingowymi i dalszą część trasy pokonywał w... klapkach! To tak a'propos znafcóf z forów internetowych którzy wypisują całe akapity pouczeń na temat butów i sprzętu rzekomo niezbędnego w górach... drodzy frajerzy, w górach liczy się rozum i serce - ubiór to tylko dodatek! Owszem fajnie jest mieć wygodne trekkingówki i termoaktywną odzież - ale sam wyłaziłem się dość po górach w butach roboczych i zwykłych dżinsach bym miał się przejmować waszą pisaniną. Szkoda tylko że zniechęcacie młodych ludzi których nie stać na zakup "niezbędnego" odzienia.)

Teraz czeka nas mały "powrót do cywilizacji" - schodzimy do Obidowej - pogoda ciut się mgli, ale to nas nie zniechęca. 




Nie traćcie ducha!

 
Jak wygląda mój raj wymarzony? Wędrówka, wspaniała dziewczyna u boku, kawa, piwo... za chwilę wjadą pierogi ze szpinakiem, do tego piękne widoki wkoło i jeszcze szmat drogi przed nami... nawet jeśli jeszcze nie jestem w samym sercu raju, to na pewno gdzieś w jego przedsionkach. 

W międzyczasie (kolejny raz na pohybel purystom językowym) zaczyna mżyć deszcz - myślicie że chowamy się do wewnątrz? Nic bardziej mylnego - po prostu szybciej zjadamy pierogi (ludzie jakie DOBRE!!!) i zabezpieczamy piwo przed rozwodnieniem. 

No cóż pora ruszać dalej - ba zero niechęci, chce nam się iść, tylko że tu tak ładnie że chce się też zostać. W zasadzie jedyny sposób by to jakoś pogodzić to obiecać sobie solennie że wrócimy. 

Ba i nawet mamy już pomysł gdzie by się można zatrzymać!

Czy ta nazwa coś oznacza?

Oczywiście że tak!

Niegdyś tętniący życiem stok, dziś ruina - co zawiniło? Globalne ocieplenie? Covidiotyza? A może zwykła ludzka głupota?
Tak czy siak - teraz to wymarłe miejsce.

Spacer Ani w chmurach, od razu dodam że nie ostatni w tym sezonie.

Chce się "Ż"

Wieża widokowa na Eliaszówce

Oko w oko z matrycą ;) Ale widoki powiedzmy sobie delikatnie, mocno ograniczone. Czy mnie to zniechęca. A czemuż by miało?  

Wieża w całek okazałości.

Jak widać widoki są wspaniałe i rozlegle, szmat świata się otwiera - drobny problem sprawiać mogą chmury, ale kto by się nimi przejmował? 
 
Nie wracamy tą samą drogą, postanawiamy zatoczyć pętelkę i odwiedzić jeszcze Chatę Magóry. Czym jest Chata Magóry? Diabli same wiedzieć raczą! Czy to schronisko, czy ośrodek wypoczynkowy dla ludzi których cywilizacja męczy, czy zwykły dom mieszkalny, tylko życzliwy dla gości? A może to pensjonat dla hiper ekscentrycznych hipsterów? No sam nie wiem - wiem że musimy tu wrócić i jeszcze raz próbować rozkminić temat.
Chata Magóry - rzut na całe siedlisko



Kawę robi nam rezydent miejsca - ot po prostu mieszka tu często i długo, więc czemu ma nam nie zrobić kawy? Przy okazji dowiadujemy się że ja piję kawę "babską ale bez mleka", a Ania "normalną ale z mlekiem" - zdjęcie też nam robi. W ogóle silnie ciekawa osoba, fajnie było by Go spotkać jeszcze. 

Ostatnie sensowne zdjęcie.

Teraz czeka nas powrót. Powroty w zasadzie nie są złe - powrót oznacza przyjemne uczucie bezpieczeństwa, gdy już się wróci rzecz jasna, sytość gdy się po powrocie coś zje i ogólnie miły ciału komforcik. Tylko wpierw trzeba wrócić. I tu czasami pojawiają się problemy - vide casus Mallory'ego. Naszym problemem była ciemność. Wzięła sobie i zapadła... No nie tak od razu, nie żyjemy w jakiś krajach równikowych - ale jednak zapadała. Zapadając na przykład, pomogła nam pomylić drogi... W każdym razie, wracamy do czołówki, stale obwiewani podmuchami skrzydeł nietoperzy - wiecie to nie tak że nietoperze lgną do światła, myślę że wręcz przeciwnie - ale do światła lgną ćmy i inne latające draństwo owadzie, a to już dla nietoperzy chwila której nie można przegapić, oznaczająca wielką wyżerę. Dlatego stale migają nam przed oczami. A my staramy się nie połamać sobie odnóży. Kolejny raz z cała mocą daje tu o sobie znać świetność takiej partnerki jak Ania. Gdybym był sam to pewnie położył bym się gdzieś na mchu i gorzko zapłakał, Ania tymczasem uśmiechnięta, przeskakuje z kamyka na kamyk, z kępki na kępkę i pomiędzy gałęziami... No nic idę za Nią, ktoś jej musie drogę oświetlać...

Jednak po jakimś czasie, lasy się kończą, szlak doprowadza nas do asfaltu, którym już na spokojnie (jak dobrze mieć na sobie odblaskową odzież) schodzimy w dół do samochodu. Przebieramy buty (mój połamany palec u lewej nogi rwie jak głupi), zapalam papierosa i możemy jechać do domów... 
 
 
* Groń pochodzi z języka wołoskiego (jak większość określeń na pejzaż górski) i oznacza stromy, wysoki brzeg rzeki, ścianę głębokiej doliny rzecznej.

16 komentarzy:

  1. Piękne okolice aż chce się tam wędrować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! Poczekaj na przyszły rok - planujemy z Anią przejścia między dolinami, na Słowację i w na Jaworki.

      Usuń
  2. Świetna wycieczka, super z Was wędrowcy. Akurat buty są ważne. Pierwsze moje buty nazywały się "pionierki" (cudownie wygodne, po powrocie z gór nie miałam ochoty ich zdejmować a wtedy nie chodziło się w buciorach po mieście), później "halicze". Te były mocne i sztywniejsze ale też wygodne. Teraz mam przypadkowy badziew z Lidla. Dodajmy flanelowe koszule, drelichowe katany i wełniane skarpety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam napisać że promieniste zdjęcie świetne.

      Usuń
    2. Buty to podstawa, ale z drugiej strony... weźmy takie kierpce, albo fakt że Szerpowie (żyjący przecież zwykle na wysokościach znacznie większych niż te dostępne w Europie) jeszcze za czasów Mallory'ego chodzili boso, albo ze stopami obwiązanymi szmatami to nagle się okazuje że "to całkiem inna ara kaloszy"

      A do flanelowych koszul, sztruksowe spodnie (bo miększe i nie obcierały)

      Usuń
  3. Witaj Macieju.
    Jak zwykle niezwykle. I tego się brachu trzymaj, póki jest zdrowie i kondycja.
    Pozdrawiam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musi być - dbamy o siebie z Anią, bo nasze ciała to najlepsze maszyny do przeżywania przygód.

      Usuń
  4. Trasa piękna, urozmaicona. Szkoda połamanego palca, w dodatku dostęp do służby zdrowia utrudniony. Natomiast Duch Sanu wędruje z Wami :) Pozdrawiam i życzę zdrowia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Palce mam połamane od lat, ale bolę tylko gdy je pogniotę na zejściach. W sumie to powinienem chodzić do góry w butach trekingowych, a wracać w butach roboczych z kompozytowym noskiem (mam takie do urbexu), wtedy palce są chronione.

      Usuń
  5. Jako prawdziwy Gluś Filmowiec powinieneś ukryć zdjęcia i dać sam opis. ;-)
    Dobrze jednak, że jesteś Beskidnickiem i zdjęcia pokazałeś.

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Beskid Sądecki, tuż za granią Słowacja lub dolina Grajcarka czyli chociażby Szczawnica. Piękne tereny.

      Usuń
  7. Chyba każdą wolną chwilę wykorzystujesz na wędrówki. Fajnie. Trzeba korzystać.

    Nie rozumiem tylko, jaki problem masz z tymi zdjęciami. Mnie zawsze publikują się w dobrej kolejności, od pierwszego do ostatniego. I wrzucam z komputera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie każą - ale staram się ile mogę. Wiesz na tamten świat nie zabiorę ze sobą ani pieniędzy, ani rzeczy tylko to co we mnie.

      A zdjęcia to nie tylko mój problem, wielu użytkowników Bloggera się na to skarży. Nauczyłem się "oszukiwać skrypt" ale i tak jest to dziwne.

      Usuń
  8. Od kilku lat się już namierzam na tą Chatę Magóry, i zajść nie mogę cosik. Mam nadzieję że w końcu dojdę. Ten szlak co szliście znam trochę. Jak szliśmy to jeszcze tej Chaty nie było. Bardzo lubię tamte strony.

    OdpowiedzUsuń