Tak samo jak ruiny - romantyczne, czasami niesamowite, tak odmienne, od wymuskanych, ekspozycji muzealnych, gdzie pod czujnym okiem kamer i "salowych" przemieszczać się muszę w ściśle wyznaczonym tempie i kierunku.
Do tego chaszcze, tarnina, ostrężyna, głóg, zdziczały sad, wiatrołomy, stromizna, błocizna i kamienizna... żyć nie umierać.
Odpalam Traseo, Aura odpala się sama i ruszamy.
Dystans nie imponuje, ale myslę że będzie ciekawie.
"biała wieża" - dość nietypowy budynek pośród... kurników!
Specjalnie tu zajrzałem, żeby zobaczyć stan jej rozpadu, w sumie i tak.... trzyma się nieźle.
Pisałem kiedyś o niej, ale jakoś nie mogę tego postu przez wyszukiwarkę znaleźć, a szukając bezpośrednio jako autor bloga nie mogę, bo to na "komu w drogę..." więc musiał bym się przelogować.
Uwierzcie na słowo- daję kilka zdjęć, ale żadnych konkretnych wiadomości, bo nigdzie nic na jej temat znaleźć nie mogę.
A potem tuptamy sobie raźnie wzdłuż ekranów akustycznych obwodnicy i nagle Aura znajduje to!
I jest bardzo rozczarowana że się tego zabrać ze sobą nie daje...
Prawdopodobnie sarnę trzepnął jakiś samochód, a trupka objadły licznie przychodzące tu lisy.
No nic, jakoś przeżyła rozstanie z sarnim kośćcem (aczkolwiek coś dla siebie znalazła, bo żuła jeszcze kawałek drogi). Schodzimy na tereny glinianek cegielni Tarnowianka.
Tu jest przepust wodny pod obwodnicą i niniejszym nim pomaszerujemy. Znaczy ja to tak trochę w pozycji a'la "proszący petent", ale dziarsko i z przytupem, bo każdy jeden słychać jak dźwięcznym echem rozchodzi się w obu kierunkach.
Pamiętajcie - myślicie że pod Wami jest tylko droga?
Nie bądźcie tacy pewni zawsze mogę być tam także ja!
Po drugiej stronie ostre podejście, nie dość że stromo, to jeszcze ślisko, na szczęście nie ma pokrzyw, ale to jedyny plus sytuacji. Za to satysfakcja z pokonania, niemała.
Docieram do wiatrołomiska - mógł bym obejść... ale po co?
Wyciągam składaną piłkę, odpiłowuję sobie kilka wyschniętych konarków, na wymiar, do kominka (nie żebym nie miał, czym palić, ale tak zawsze jest fajniej) i tuptam dalej.
Kawqałek podchodzę ulicą Leliwitów - ale raz ze to nie asfalt, a dwa, ze akurat tu chciałem zerknąć na moje ulubione chatynki.
Marsz drogą zajmuje mi raptem dwadzieścia sekund, potem znów nurzam się w krzaczorach, tym razem obieram kierunek na północne fosy zamkowe.
A fosy wyglądają tak - zarośnięte i wypłycone - ale nadal doskonale widoczne w terenie.
Jedna z przyczyn stałego wypłycania fos - pustactwo, wita nowy rok na terenie zamku, a butelki, puszki i opakowania fajerwerków rzuca w dół - co z oczu to z serca?
W efekcie znoszę stamtąd całą reklamówkę butelek po winach gazowanych i pół plecaka puszek (pójdą do skupu).
miejsce w fosach gdzie kiedyś był most zwodzony, łączący część rezydencyjna (zamek wysoki) z gospodarczą (zamek niski). Dacie wiarę że zjechałem tu kilka metrów na tyłku?! Albo już się starzeję, albo zdziecinniałem...?
Za to znajduję fajny zlepieniec, muszę tu wrócić i dokładniej go obejrzeć jak będzie cieplej.
Ale już zbliżam się do głównego punktu tej wycieczki - oto przed nami
Resztki północnej bastei zamkowej. Bardzo mało znane miejsce, wczesną wiosną zarastające, nie widoczne z góry, nie wzbudzające zainteresowania.
A tak wyglądające z góry.
A tak wyglądam ja i Aura na tle okna w tej budowli.
Przy okazji znalazłem sposób jak z kijków trekkingowych zrobić statyw pod phablet.
Cóż z tego, zdjęcia z tego sprzętu i tak są totalną porażką. Tyle że wygoda spora.
A to już widok z bastei na główny budynek zamku renesansowego, zwany całkiem błędnie "salą rycerską", tymczasem jest to rodzaj dużego beluarda, będącego stanowiskiem artylerii zamkowej i strzelców, broniącym głównego podejścia do zamku, z jednoczesną możliwością stromotorowego ostrzeliwania przedpola w trzech kierunkach.
Na chwilę odwracam oczy jeszcze raz w kierunku bastei... ach móc się cofnąć w czasie.
Widok wnętrza beluarda przez jedną ze strzelnic.
I znów odbijam w zarośla, schodze dawnym nasypem przedzamcza.
A na górce sprawne oko wyłowi pośród drzew zarys krzyża - to krzyż millenijny z 1900 roku, niestety oryginał zniszczał kompletnie, wiec mamy kopię, ale wiernie i wdzięcznie naśladującą.
Tu gdzie idę, jaszcze za mojej młodości śmigali narciarze, był wyciąg, a wyżej skocznia...
Teraz to tylko krzaczory - za zaroślami widok na restaurację/hotel Podzamcze.
A tu "za unijne pieniądze" powstał kiedyś "park linowy"... powstał, trwał ile trwać miał, żeby nie trzeba było oddawać - parku już nie ma, pieniędzy też, zostały długi bo Unia dawała połowę pieniędzy na inwestycje a drugą dawały... unijne banki na wysoki procent...
I ostatnia przygoda, zasieki!
Pokonane w stylu Tarzana także z głośnym Aaaaajaaaaaajjaaaa!!! bo wewnętrzny konar był całkiem przeżarty grzybem i pierdyknąłem do wnętrza zasieku!
A Aura z miną wyższości na twarzy po prostu wiatrołom ominęła... Suka!



















