poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Wkoło Tarnowa

Media lokalne podały info jakoby było to odkrywanie zaginionego szlaku, Tak do końca nie było, ten szlak nie zaginął, był kilka lat temu nico korygowany, stale widoczne są oznaczenia itp. Natomiast z tego co wiem, była to pierwsza akcja mająca na celu pokonanie go rowerami i to w większej grupie. Sam niejednokrotne nim jeździłem, aczkolwiek nigdy w całości, bo powiedzmy sobie szczerze miejscami to on bynajmniej przyjazny rowerzystom nie jest. Z drugiej strony, nie ma się co dziwić, wszak to szlak pieszy i dla pieszych wędrowców był wytyczany. Zatem obejmuje głównie to co jest atrakcyjne dla piechurów (zabytki, miejsca pamięci narodowej, cieniste przesmyki, punkty widokowe czy fajne ścieżki przez las), a  niekoniecznie to co mogło by być atrakcyjne dla rowerzystów (ścieżki rowerowe, bite dukty, szerokie przejazdy, miejsca do odpoczynku). Zatem nie ma co się zżymać na ów szlak, a jedynie zacisnąć zęby i... jechać!

A warto bo to naprawdę pasjonująca przygoda rowerowa!

Raz z uwagi na wyzwania, naprawdę trudny, wymagający teren, a dwa z racji na wyśmienite towarzystwo i świetną organizację. A propos organizacji - mi jak zwykle przypadła zaszczytna funkcja zamykającego.

Poniższy zapis nie jest dokładnie taki jaki był przebieg całego szlaku, dlatego nie należy go traktować jako wyroczni. po prostu musiałem na bieżąco modyfikować trasy gdy słabsi lub maruderzy zostawali z tyłu, ale ponieważ jest to zapis mojego przejazdu przeto publikuję właśnie jego. W końcu piszę o tym co sam przeżyłem i widziałem a nie o przygodach innych.

Jeśli jednak koniecznie chcecie mieć cały tracker, to odsyłam do profilu Piotra na Traseo - to ta trasa



A dziać się działo - z sześćdziesięciu osób które wystartowały do końca dotarła połowa, część musiała się wycofać z racji na usterki techniczne, część dlatego że ich partnerzy się wycofali, części dały w kość podjazdy innym upał a jeszcze innych wykończyło przedzieranie się przez ścieżki lasy i polne dróżki.

Ale nic, startujemy z lasku Lipie i jak zwykle jestem ciut, ciut po czasie - Piotr dzwoni do mnie zaniepokojony, no ma rację, ale co zrobić kiedy dokładnie w momencie kiedy wyjeżdżam wszystkie moje psy i koty nagle przypominają sobie że są głodne, chce się im do kuwety itp.? To jakieś sierściaste fatum nade mną wiszące!

Wiecie co? Właśnie szukam zdjęć po kompie, aparacie, chmurze i nie widzę nic! I jest jak u mistrza Adama: "ręka szukała i nie znalazła, i żołnierz pobladnął, nie znalazłszy ładunku już bronią nie władnął" :)

A potem retrospekcja, kolejne dziesiątki minut grzebania w pamięci i konstatacja - ja nie robiłem zdjęć!


Dlatego z konieczności bazuję na materiałach Piotra. Mam nadzieję że nie ma nic przeciwko. A powyżej to takie grupowe zdjęcie przed wyjazdem.



A co po drodze, to na filmie zobaczycie! Naprawdę warto zobaczyć, bo dobrze zrobiony.

Cóż mogę dodać? Niech Wam wystarczy opis:

Ruszamy zgodnie z planem, Z Lasku Lipie w kierunku na Wolę, to prosty łatwy odcinek, asfaltowy, lekko pochyły, humory dopisują... zobaczymy za kilka kilometrów. Za klika kilometrów kończy się asfalt, zaczynają szutrowo polne drogi Woli Rędzińskiej, Pogórskiej Woli i Ładnej. Powoli peleton rozciąga się na kilkaset metrów, drogę znam, ale zdają sobie sprawę że przy takiej różnicy uż teraz na końcówce to będzie kilka kilometrów. Piotr też ma tego świadomość i spowalnia czołówkę. Anna kursuje tam i na zad jak łączniczka. Na e-biku, więc teoretycznie kosztem mniejszego wysiłku, ale to... teoria właśnie.
W pewnym momencie konstatuję że ktoś mi zginął. Owszem zabłądził między kładzionymi rurociągami magistrali gazowej, Ale naprowadzam go na właściwy szlak i dalej jedziemy w kierunku  Pogórskiej Woli. Tu obok pomnika pomordowanych przez Niemców jest najdalej na wschód wysunięty punkt trasy. Przekraczamy ruchliwą "krajówkę" Tarnów-Rzeszów i wkraczamy w całkiem inny teren. Szutry, piachy i pyły, ustępują miejsca zabagnieniom a miejscami rozlewiskom. Mało cienia, sporo komarów, mnóstwo błota (porównywalnie tylko z Beskidem Niskim)  miejscami daje obornikiem, wszędzie daje "dżunglą" czyli mdławym zapachem butwiejących roślin. Przejazd w pojedynkę był by trudny, w ekipie to sama radość. Jeden przystanie następni już nie mają wyboru i lądują w kałużach, niejeden nie zdążył wypiąć SPDów ;) Ja na szczęście jadę na platformach, ale i to nie ratuje mnie przed dreptaniem do połowy łydek w rozmaćkanej mazi... i nawet nie chcę wiedzieć z czego się składała.
Wkrótce jednak docieramy do asfaltu i jesteśmy na tzw "starym gościńcu" drodze biegnącej od Tarnowa do Ryglic, jednej zresztą z bardziej malowniczych tras w regionie. Tu chwila odpoczynku. Jedziemy dalej, teren robi się pagórkowaty, ale to dopiero przedsmak rowerowej wspinaczki pod górę św.Marcina. Z konieczności zaczynamy dzielić się na grupy, Katarzyna szaleje z najsilniejszą, Piotr prowadzi resztę  a ja tych którzy nie dają rady za tamtymi nadążyć, albo przystanęli na chwilę i teraz nie są w stanie znaleźć drogi (oznaczenia szlaku na tym odcinku pozostawiają WIELE do życzenia).

Ja z moją grupką jadę na Łękawicę i stamtąd łagodnym podjazdem przez pola podjeżdżamy do góry, Nie jest lekko, bo teren, bo błotka trochę, bo miejscowi utwardzają drogą cegłami... ale jest nieźle i tak lepiej niż na rzeczywistym przebiegu czerwonego szlaku przez Kruka. Mam nadzieję nieco dogonić resztę, ale to złudne - mniej więcej w 2/3 podjazdu dzwoni Piotr że ... już czekają na nas przy sklepiku w Zawadzie! Kurza twarz ale tempo narzucili! 

Dociągamy do nich, w międzyczasie rzucam moim podopiecznym co nieco ciekawostek geologiczno historycznych o samej "Marcince" ale wszystko w czasie jazdy. Kilkanaście minut odpoczynku, choć ci którzy byli tu pierwsi wyraźnie się niecierpliwią. Tu musimy pożegnać kilka osób - część się wycofuje, część usiłuje szukać własnej drogi, ale wieść że przed nami jeszcze kilka podjazdów działa deprymująco, rzecz jasna nie na wszystkich.

Dodatkowym problemem jest to że zarówno ja jak i Ela jesteśmy potężnie wykończeni wcześniejszymi rowerowymi eskapadami. Nawet gdybym nie miał funkcji zamykającego i tak tylko z największą determinacją mógł bym usiłować dorównać czołówce.

No nic na razie zjeżdżamy do Poręby Radlnej. Ładnie wyasfaltowano ten odcinek drogi, choć ja osobiście lubiłem gruntówkę która tam była przez setki lat. Zjazd zjazdem, ale teraz trzeba się wyspinać na Słoną Górę. I znów asfalt w miejsce gruntu - no trudno takie czasy. Docieramy do szczytu Słonej Góry (nazwa pochodzi od słonawych źródeł, a sól w nich pochodzi z czasów gdy sedymentowały osady Oceanu Tetydy).

Kawałek jazdy grzbietem i znów karkołomny przejazd przez las. Jest naprawdę ostro, I mamy kilka upadków, na szczęście niegroźnych. Fajnie się jechało, nie powiem...

Przejeżdżamy przez most w Kłokowej na drugą stronę Białej i potem w kierunku Rzuchowej, tu chwila odpoczynku przy kolejnym sklepie. Jedni łapią oddech, inni cień jeszcze inni poszli na zakupy. Kilkanaście minut przerwy, rozmowy żarty.

Przed nami ostry podjazd pod Błonia, to już ostatni taki ostry odcinek - przynajmniej jeśli chodzi o wspinaczkę. Pokonujemy garb Błoń stosunkowo sprawnie, ale potem czeka nas zjazd do Doliny Dunajca. Większość śmiga przez las, ale część po prostu objeżdża wykroty asfaltem, droga dłuższa, ale sprawniejsza i bezpieczniejsza. A mamy pod opieką kilka osób mniej wprawnych, choć z wielką determinacją którą podziwiamy i szczerze bijemy tym ludziom brawa.

Teraz czeka nas zmasakrowany odcinek wzdłuż Dunajca, doprawdy nie rozumiem zawziętości samochodziarzy i wędkarzy którzy jeżdżą tamtędy, tam nawet rowerom nie jest lekko! Po minięciu mostu na Dunajcu już w obrębie terenów administrowanych przez Zbylitowską Górę - sytuacja zmienia się radykalnie - fajnie utrzymane ścieżki, sporo odcinków asfaltowych. Tak Velo Dunajec powinny wyglądać na całym przebiegu.

Na odcinku Kępy Bogumiłowickiej czekają na nas wykroty i żwirowiska koryta Dunajca, tu znowu zabieram swoją grupę i oszczędzam im masakry po wale przeciwpowodziowym i ścieżkach pośród łęgów. Na kolejny punkt odpoczynku czyli sklepik w Białej docieramy jako drudzy, Piotr i jego grupa są pierwsi, Katarzyna i jej desperados dojeżdżają kilka minut po nas... nawet nie chcę wiedzieć którędy ich przegoniła...

Jedziemy dalej, przed nami Klikowa. Tu kolejny raz dzielimy ekipę - ci silniejsi jadą jeszcze w ulicę (co za szumna nazw na ujeżdżony kawałek wysuszonego błota) Ścieżki, a reszta wzdłuż Klikowej dociera do  Krzyża. Potem już ostatni dłuższy podjazd, który jednak z Elą wzbogacamy o kawałek ostrego wyrypu wzdłuż ruin niedokończonej mleczarni. Reszta to bajka, kolejne Błonia, i lasek Lipie. w ciągu kilku minut wszyscy jesteśmy na miejscu. Podziękowania, podsumowania, pożegnania - W kilka osób jedziemy jeszcze do pizzerii Metrum aby uzupełnić kalorie - powiem Wam że należało się.

No nic to tyle na dziś i

DO NASTĘPNEGO RAZU!!!!

wtorek, 21 lipca 2020

Tam gdzie San do Wisły domierza

Staszek napisał na mesendżerze wieczorem, akurat powoli zbierałem się do pracy na nocnej zmianie.
- "jedziesz jutro do Sandomierza?"

Ba, no jaka mogła być odpowiedź? Wiadomo że jadę! Uzgadniamy godzinę na ósmą trzydzieści, bo muszę jeszcze wrócić, coś młodym do jedzenia kupić, przebrać się i mogę jechać. U  mnie zawsze proces decyzyjny jest szybki. Na rowerze mi wygodnie? - no to kupuję a nie szukam po sklepach, Buty są wygodne - kupuję i tyle! Tak samo kobiety - któraś mi się podoba - to się zakochuję, a jak się zakochuję to także szybko i na amen ;)

Znaczy jadę... Będę niewyspany? Trudno, nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni. Więc w czym problem?

Przed wyjściem do pracy, szykuję jeszcze rzeczy na następny dzień i jadę... samochodem - samochód to dwadzieścia minut wcześniej i zakupy po drodze. No cóż jestem też pragmatykiem ;)

Cała noc w radosnym oczekiwaniu, rano kawa i trochę magusiów w ramach śniadania i jazda do domu, po drodze Biedronka, a potem kolejna kawa i kolejne garście magusiow -  mówię Wam to naprawdę genialna propozycja - lekka, w miarę smaczna, daje się zjeść z kawą czy piwem!  Podobno można je też jeść z (wybaczcie obrzydliwość...) ... mlekiem - ble... fuj...

Umawiamy się pod sądem, a że w okolicach jest jeszcze kolejna Biedra no to zaglądam i kupuję sobie mini pizzę - jednak jeść się chce i jeszcze jedną butelkę picia - w plecaku mam już cztery - ale ja lubię pić w trasie.

Wkrótce podjeżdża Stanisław i ... Ela - no to niespodzianka! Jedziemy w trójkę. Bajka! Prowadzi Stach, jest lepszym kierowcą ode mnie (szczerze mówiąc 99.99% populacji to lepsi kierowcy) i w ogóle, całkiem mi tam z tyłu przytulnie. Fakt, faktem bagażnik na haku to potęga - mój przypinany do tylnej klapy, to przy tamtym prowizorka - z drugiej strony... szkoda inwestować jakieś duże sumy, w coś czego używam kilka razy do roku... no teraz może ciut częściej - ale niewiele.

Jazda jest płynna, szybka i ... chętnie bym się zdrzemnął ;) Ale jakoś mi głupio, dlatego dzielnie walczę z powiekami i usiłuję trzymać fason. Na szczęście sprawnie dojeżdżamy i nieco ruchu pomaga mi w walce z Morfeuszem. Zaczynamy od... kawy, ale na kawę jedziemy na rowerach...

Pierwsze widoki Sandomierza z siodełka

Taki urokliwy budynek mijamy po drodze

A zaraz potem zajeżdżamy pod sandomierską informację turystyczną, zaopatrujemy się w mapki, i pamiątki, kartki pocztowe i rozglądamy się w koło.


Nas Troje a kawa poprawia nam nastroje


należę do osób w których szarlotka wyzwala ciągoty filozoficzne

Szarlotkę zjedli, kawę wypili możemy jechać dalej, ba nawet kartkę pocztową zdążyliśmy do Tarnowskiej Korby wysłać! A przed nami szmat świata, bo skoro już tu jesteśmy, to trzeba by teren zapoznać jak najlepiej. Tym bardziej ze ja np. w Sandomierzu byłem razy wiele, ale nie na rowerze i okolice samego miasta znam słabo, by nie rzec wcale. Na szczęście Stanisław orientuje się tu zdecydowanie lepiej... Z drugiej strony rozlana Wisłą odcina nas od szlaku i musimy szukać drogi alternatywnej. Ale Wiecie, w każdym miejscu i czasie znajdą się ludzie dumni z tego swojego miejsca i czasu i zawsze chętni by dzielić się swoim miejscem i czasem z innymi. Taki człowiek spotkał nas w kilka chwil po tym jak dość bezradnie staliśmy z rowerami na wiślanym wale i kombinowali jak dojechać tam gdzie chcemy. Podjechał, zagadnął, poprowadził, wskazał drogę już na sam koniec...

Jeden z piękniejszych motywów w krajobrazie Polski, wiem że niejednemu wadzi... trudno

A to nasz cel, nie jedyny, jeden z wielu... ale pierwszy.

Pięknie prawda?

Rozlegle... a tam w dali to ... San domierza do Wisły!

A teraz skok pół miliarda lat wstecz. Dużo to czy mało? Trudno powiedzieć, co w sumie za różnica czy pod tobą jest 10 metrów czy 10 kilometrów wody? Co dla ludzi znaczy tysiąc lat? Tysiąc jeszcze można sobie wyobrazić, dwa tysiące, trzy... A sto tysięcy? Kto umie sobie wyobrazić sto tysięcy lat, a milion? Ba - ale nasza współczesność geologiczna to kilkadziesiąt milionów lat! Serio! Orogeneza Alpejska która w największym stopniu przyczyniła się do ukształtowania naszego kraju (przynajmniej w części południowej) zaczęła się 60 milionów lat temu! To już dla nas abstrakcja na temat abstrakcji... No to zejdźmy kilkadziesiąt metrów w dół, w kierunku Wisły i zobaczmy świat który kształtował się prawie dziesięć razy wcześniej - tak, tam są odsłonięte skały które mają 500 milionów lat! Można dotknąć świata sprzed połowy miliarda lat. Umiecie to sobie wyobrazić?  Ziemia ma 4 miliardy lat - te skały to 1/8 jej wieku! Możecie sobie wyobrazić potężny 500 letni dąb, obok niego jętkę jednodniówkę? No to wyobraźcie je sobie i pomyślcie że to zaledwie ułamek interwału czasowego o którym mówimy...

Szanowni Państwo - ta skała jest DWA RAZY starsza niż dinozaury!


Fascynujące jest takie obcowanie z czymś co było już strasznie stare, w czasie gdy najstarsze ze zwierząt które umiemy sobie wyobrazić były jeszcze bardzo, bardzo młode.

Jak ktoś się wpatrzy to Elę i Stacha na górze zobaczy.

I wiecie co, to jest kwintesencja ludzkiego życia. Dano nam zaledwie ułamek promila czasu - ale dano nam też możliwość, by ten czas wykorzystać dynamicznie. Dano nam przywilej chodzenia po skałach nim... sami staniemy się na powrót skałami.


Jedziemy dalej, jak zwykle zapominam plecaka... i co jest szydera? Chwilę wcześniej rozważasz sobie trwanie setkami milionów lat, a potem kręcisz jak głupi na powrót pod górę bo zapomniałeś plecaka...  Brzmi jak scenariusz Monthy'rgo Python'a ... lubię ich! 

Czarne chmury się zbierają ale nas pociąga

Szlak przygody

Choć wcześniej jeszcze musimy jechać w góry. Góry Wysokie... sero zobaczcie sami


Góry Wysokie były, więc czas na wąwozy głębokie... Akurat tego w Świętokrzyskiem nie brakuje!

a oto jeden z nich...

A trasa pełna jest lokalnych ciekawostek.


Składamy też wizytę Zawiszy Czarnemu. Wiecie Zawisza jest mi bliski zarówno jako harcerzowi jak i dlatego ze to mój de facto ziomal! Wszak wżenił się w Rożnów. A skoro o Zawiszy mowa to już zapewne się domyślacie że jedziemy do... Garbowa. I zaprawdę powiadam Wam - warto jechać - bo choć sam Garbów to nijakie miejsce z "izbą pamięci" - to jednak drogi które doń prowadzą - są... no są po prostu piękne!

Ot i sam Zawisza! W rzeczy samej wizja bardziej artystyczna niż historyczna

I już, już wracaliśmy... I już, już byliśmy na ostatnim odcinku drogi, gdy nagle zachciało mi się zobaczyć "Ruiny baszty obronnej" na które prowadziła strzałka... Jasne że pojechali za mną! Wpierw był asfalt, potem szuter, potem błoto, potem koleiny z wodą i błotem, potem już dół pełen błota a potem... a potem już nawet nie było drogi! tam NIC nie było! dzicz w formie bez małą pierwotnej! Zero wskazówek, zero ruin (może były na wzgórzu ale nikt nie wpadł na pomysł żeby tam pokierować). Daliśmy radę! No kto jak nie my? Trening w "Niskim" na coś się przydał. Tyle że cała przeprawa bez tych ruin to ciut bez sensu, a w między czasie dopadły nas chmury! Chmury krążyły już od dawna - od początku w zasadzie - ale jedna poszła przodem, druga bokiem, trzecia tyłem i... wróciła! Nagle zrobiło się ciemno a potem... mokro! Bardzo mokro, to nawet nie był deszcz po prostu lało wiadrami i do tego ciskało piorunami! A my w samym centrum tego draństwa, w sadzie, bez jakiegokolwiek schronienia! Co możemy zrobić? Schować się pod karłowatą jabłonką? Absurd. Zatem jedziemy, modląc się by kolejne wyładowanie  nie zrobiło z nas zapiekanek. Jedziemy środkiem strumienia, w zasadzie to droga, ba ulica nawet, ale teraz to strumień, rwący, szumiący, groźny... CZAD!!!

Tuż przed Sandomierzem deszcz ustaje, wpierw łagodnieje, a potem zanika.




Mokrzy do imentu, wjeżdżamy do miasta - jesteśmy głodni i ciut zziębnięci. Wpadamy do pierwszej lepszej po drodze (faktycznie lepsza) restauracji. Zamawiamy kawę i placki ziemniaczane z gulaszem. Spłoszona kelnerka wpada na pomysł by... powycierać nam krzesła... Nasze oczy wyrażają jedno słowo: "serio?". Czy Ona na serio chce nam wycierać stołki, skoro jesteśmy mokrzy CALI!!!! Bo woda zdążyła już dotrzeć wszędzie! Odwodzimy ją od tego pomysłu, delikatnie sugerując że zależy nam na jedzeniu i piciu bardziej niż na suchych krzesłach.

Wkrótce wjeżdża kawa - naprawdę dobra, za jakiś czas placki! Naprawdę warte swojej ceny! Zaczyna także znowu padać... Z determinacją fatalistów, pomimo sugestii kelnerki po prostu chowamy placki pod balkon i nadal jemy. Wszak w żaden sposób to naszego stanu przemoczenia nie zmieni... prawda?

Jednak wychodzi słońce, wespół z wiatrem szybko suszy nasze ciuchy - no to urok współczesnych tkanin sportowych - szybko schną, trzymają ciepło, chronią przed wiatrem i łatwo wyrzucają pot na zewnątrz - magia! ;)


A w samym lokalu taki artefakt! ... no była nam ta restauracja pisana


Wyschnięci i zadowoleni, najedzeni i napici jedziemy w kierunku samochodu. Ba, ale cóż nasze suchości znaczą wobec woli nieba z którą "zawsze zgadzać się trzeba"? Nic nie znaczą - więc nim jeszcze dotrzemy pod zbawczą skorupę karoserii - znów jesteśmy mokrzy, cali, kompletnie, zupełnie i na przestrzał, przelał i przedmuchał... CZAD!!!

W domu trzeba szybko się przebrać, sprzęt wysuszyć, zakonserwować i jechać do pracy na noc... a za dwa dni jedziemy na winnice, ale to nic, to zabawa - bo na trzeci dzień czeka nas 60 km wyryp wkoło Tarnowa... Będzie się działo!!!

ps. Czemu nic nie mówicie? Był bym o mapce zapomniał!!!


środa, 8 lipca 2020

TdPD - czyli Tour de Powiśle Dąbrowskie

Tour de Powiśle Dąbrowskie

Cykliczna impreza rowerowa dla tych którzy lubią się pościągać. Ja osobiście nie lubię, co nie znaczy że nie bawiłem się doskonale nawet samemu nie biorąc udziału.

Jednakowoż zacznijmy od początku. A początek wyglądał tak że siedzieliśmy z Elą i Markiem w dworcowej restauracji, popijali kawę z kartonowych kubków i zastanawiali się co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Choć nie, to także nie był do końca początek, początek był wtedy gdy pomyliliśmy daty - i dwie imprezy wypadły nam w tym samym czasie. Tour de powiśle Dąbrowskie i wycieczka rowerowa do Kąśnej Dolnej, na Święto Muzyki w Dworku Paderewskiego. Nie do pogodzenia. Jeszcze problemu by nie było gdyby nie fakt że jakiś czas informacja o tym rajdzie nie wisiała na stronach Tarnowskiej Korby, lecz niestety wisiała... klęska. Tymczasem w TdPD startowała i nasza Ania i nasz Wiesław!!! Jeju ale by się chciało z Nimi być! Lecz trzeba czekać... Czekamy, sączymy kawę, rozmawiamy, wspominamy, planujemy. Co i raz któreś z nas patrzy na zegarek - jeszcze dziesięć minut, jeszcze pięć - jak nikt nie pojawi się do momentu odjazdu pociągu (pod Adasiem, nie było nikogo, druga alternatywna trasa - zakładała dojazd pociągiem - i z racji na deszczową pogodę która jak mniemaliśmy odstraszyła uczestników - była możliwość że tu już ktoś się pojawi) - jeszcze dwie minuty - no nie, to było by szyderstwo - gdyby teraz ktoś zajechał! Minuta... Jedzie! O żesz w ... i w ogóle! Ufff odbija w bok, to pracownik kolei nie turysta... 30 sekund... ok teraz to już i tak nie ma znaczenia - nie zdążymy wsiąść do pociągu - ale dla przyzwoitości czekamy nim nie usłyszymy stukotu kół...

W zasadzie nawet nie podejmujemy decyzji - to chyba jest najfajniejsze w gronie przyjaciół, że decyzji się nie podejmuje tylko po prostu myśli się to samo i to samo robi. Siadamy na rowery i jedziemy. Dziwne, ale ani Eli ani Markowi nie chce się kręcić pod górę pawęzowską, dlatego niejako z automatu wybieramy trasę przez Klikową, Białą i na Łęg, ok mi to rura, nie ma sprawy, ważne że jedziemy. W Białej wycofuje się Marek - źle się poczuł - ok zrozumiałe. Każdy ma prawo. Ela i ja śmigamy dalej. Żeby było zabawniej ja jestem pewien że Ela doskonale wie gdzie jedzie, a Ela myśli że nawiguje idealnie, bo nic się nie odzywam - w efekcie co nieco błądzimy - nie na tyle żeby się spóźnić, czy wyczerpać kręceniem, ale na tyle żeby... było się z czego pośmiać.

Tuż przed samą Dąbrową Tarnowską odpalam nawigację, chcemy trafić wszak na miejsce a nie błądzić w poszukiwaniu miejsca startu i... mety. Jest nawet bardziej ok niż by się wydawało - nie dość że mamy przyzwoity zapas czasu do startu naszych przyjaciół, to jeszcze baza imprezy jest po tej stronie miasta którą wjeżdżamy. Już podczas dojazdu widać że Policja swoje robi. Porozstawiane radiowozy, zapory drogowe itp. rowerzyści poruszają się bez żadnych ograniczeń, samochody mają z tym problem... nie powiem, taki stan nader mi odpowiada.

Ba, same zawody komentuje nasz dobry znajomy Leszek Kępiński szef firmy organizującej wydarzenia sportowe KępaSport (tak to reklama, nie krypto a wprost - bo są tego warci) - więc gdybyście chcieli kiedyś jakiś bieg, marsz z kijami, wyścig rowerowy czy cokolwiek innego zorganizować... to spoko walcie do nich. Blamażu nie będzie. Poznaje nas gdy nadjeżdżamy, są powitania - oczywiście wszystko przez mikrofon, więc nagle z anonimowych "oglądaczy" stajemy się omc celebrytami ;)

Punkt komentatorski Kępy Sport - Leszek siedzi i nawija, Ela stoi i koncentruje się przed zawodami.



Za chwilę odnajdujemy Anię i Wieśka - jest trema przed startem, ale trzymają się świetnie, a my trzymamy za nich kciuki.

Ania, Wiesław i Ela








Już trąbią wsiadanego

Jest wola walki -
ale wpierw muszą ruszyć zawodnicy z rowerami szosowymi - Ania i Wiesław startują w kategorii inne, ma to sens oczywisty. 

Ela w środku kadru
(ta od KępaSport, nie od Tarnowskiej Korby)

Na linii...
"szosowcy" już wystartowali, pora na resztę.




I poszli - przydeptali pedały i za chwilę już nie było ich widać. Cóż robić, zostało nam z Elą sporo czasu do czekania, uświadamiamy sobie że jesteśmy głodni - ani Ona ani ja, nic praktycznie nie jedliśmy przed wyjazdem z domów. Czyli co? Czyli jedziemy do centrum, przecież NA PEWNO trafi się jakaś pizzeria, lub choćby inne miejsce gdzie można będzie coś zjeść... zaiste... dawno już nie czułem się tak sfrajerowany!!! Gdzie tam! Pizzerie otwarte w niedziele od popołudnia, wujo Gugiel nic sensownego podpowiedzieć nie jest w stanie...  W końcu trafiamy do jakieś cukierni, gdzie kupujemy coś co zastąpić nam musi normalny posiłek - Ela jakieś obwarzanki a ja coś na pikantnie - co zresztą wcale pikantne nie było, ale dawało cebulą na kilometr. Generalnie porażka.

Na powrocie spotykamy się z policjantami - od razu łapią że rowerzyści i choć ruch wstrzymany to wpuszczają nas na trasę dojazdową do mety, w sumie to wyglądamy jak  zawodnicy, więc mogli nas wziąć za "zbłąkane duszyczki" ;)

Tak kończyć przed kobietą... ja wiem czy wypada? ;)

Oczywiście nasz wjazd nie uszedł czujności Leszka - zostajemy obwołani, wymienieni, wychwaleni i wyżartowani... znów na moment stajemy się celebrytami ;)

Wkrótce zaczynają się finisze, pierwsi na metach są oczywiście zawodnicy półzawodowych grup sportowych, a potem zjeżdżają zwykli amatorzy...


Ania na mecie!

Wiesław!

Potem już tylko oczekiwanie na wyniki, podliczanie czasów, klasyfikacje wiekowe itd. Napiszę Wam szczerze - szkoda że nie wystartowałem w swojej kategorii wiekowej miał bym pierwsze miejsce! Tak samo Ela.

Odpoczynek, omówienie startu, przeżycia, radość, duma... wszystko co związane jest z takimi przygodami. Potem Ania z Wieśkiem pakują się na samochód a Ela i ja wracamy na rowerach...

I tu zaczynają dziać się cuda... Deszcz łapie nas kilometr za Dąbrową Tarnowską... w kilka sekund jesteśmy przelani na wylot, ściana wody sprawia że jedziemy bardziej na wyczucie, niż na znajomość trasy. Jakaś kobieta, dobra, mądra ale niezbyt znająca realia, zaprasza nas pod dach... tyle że teraz to już i tak bez znaczenia, a stojąc tylko byśmy wychłodzili mięśnie, już lepiej jechać. Ale to nic... zmoknąć raz każdemu można - ale wyobraźcie sobie że od tego dnia przez miesiąc ANI RAZU nie wracaliśmy do domów inaczej niż mokrzy... jednakże to jest oczywiście temat na całkiem osobne opowieści... więc zapraszam na kolejne.

czwartek, 2 lipca 2020

Eno Velo - czyli jak Korba winnice odwiedzała.

Czy region tarnowski kojarzony jest z winnicami? Szczerze mówiąc... nie! Ale wiecie stan zastany zawsze można zmienić! Nie zawsze warto, niekiedy wręcz nie wolno, ale jeśli wolno i ma to sens wtedy wręcz... trzeba!
Takim stanem zastanym jest niska świadomość bogactwa tradycji winiarskich naszego regionu, i trzeba by ten fakt zmienić.
Tarnowska Korba postanowiła się do tego zbożnego dzieła przyczynić. Bo wiecie w okolicach Tarnowa winnice zakładane są już od wielu lat, i od wielu lat trwa akcja by to zjawisko wypromować. Robią to Tarnowska Organizacja Turystyczna, czy Centrum Produktu Lokalnego, robią to dobrze, ale zawsze można robić to jeszcze lepiej! Tym bardziej że te lokacje są bardzo atrakcyjne dla turysty rowerowego, dojazd do nich wymaga nieco wysiłku, ale za to mamy w oferują prócz wspaniałego wina i ciekawych winiarskich opowieści także cudowne widoki i całą masę innych wartych zobaczenie miejsc po drodze. Chociażby cmentarzy z I wojny światowej, miejsc związanych z działalnością partyzantów w czasie II wojny, zabytków sakralnych, a nawet reliktów starej drewnianej zabudowy. Każde z tych miejsc jeśli nie jest się pasjonatem, może w pojedynkę nie stanowić wystarczającej zachęty do przyjazdu, ale wszystkie na raz połączone z rowerową przygodą - to może i powinno wypalić! 

Mamy kilka tras już gotowych, kilka dopiero szykujemy, ba mamy nawet opcje alternatywne dla tych samych tras! czemu? A to proste, bo zdajemy sobie sprawę że nie każdy wszędzie wjedzie, niektórzy będą potrzebowali więcej czasu, na pewno kilka osób będzie pchało rower pod górę itd. To normalne. Ale wtedy trzeba z niektórych miejsc zrezygnować, bo inaczej wycieczka przerodzi się w całodzienny maraton, a nie o to wszak chodzi. Chodzi o dobrą zabawę, promocję regionu i ciut historii "sprzedawanej" mimochodem ;)

Na jedną zapraszam teraz:





Było sielsko - przejazd przez Nowodworze

było górzyście - Lubinka

Nikt nie wymagał heroizmu - podjazd pod Lubinkę

Mijaliśmy ślady historii - zapewniam Wa że jest ich znacznie więcej.
tu cmentarz wojenny nr - 191


I wchodzili na wieżę widokową w Dąbrowce Szczepanowskiej

By cieszyć oczy widokami


a radość z wiader pić ;)

Piękne pośród piękna

Zwiedzanie winnicy "Dąbrówka"

I pora na małą degustację

Tudzież zdjęcie naszej ekipy

A potem znów w drogę

Następny cel - winnica Zadora

Wielce intrygujące

Cieszymy oczy widokami z "Zadory"

choć podejście nie jest lekkie


Ale za to prelekcja przy poczęstunku, wyjaśnia nam wiele.

Bo "Zadora" to herb rodu Chrząstowskich i na terenie winnicy dworskiej dzisiejsza "Zadora" została reaktywowana.  Obecnie liczy 10 tysięcy krzewów a właściciele myślą o powiększeniu plantacji. O zwyczajach, czy zasadach picia wina, o tym co winem jest a co nie jest nawet jeśli tak zostało nazwane (nader ciekawa historia która odbiera smak na dyskontowe "wina", efekt działania fabryk, a wzbudza ochotę na poznanie tych prawdziwych szlachetnych owoców pracy winiarzy), o tym też nam opowiadano - ale wiecie... ja to zachowam dla siebie - chcecie wiedzieć? Przyjedzcie, skosztujcie, porozmawiajcie, warto!


W "Zadorze" dopadła nas burza.
Co wszakże ani przykre nie  było, ani straszne - bo w takim miejscu i z takimi gawędziarzami, czas i okoliczności przyrody postrzegane są zupełnie inaczej.

Cóż trochę żal było opuszczać krainę winnic, na pewno jeszcze nie raz wrócimy tu znów... a Wy możecie zabrać się z nami...