czwartek, 21 czerwca 2018

Tarnica

Pamiętam drogę do Wołosatego gdy ani się nie śniło jej o asfalcie, a w samej wiosce było nic plus PGR i stanica harcerska. Zresztą czy ja to pamiętam, czy może to wspomnienia innych? Być byłem, ale co można pamiętać po prawie czterdziestu latach? Nieodnawiane wspomnienia zacierają się i łączą z innymi. No ale tak to pamiętam: Autobus marki San, kilkunastu młodych ludzi z plecakami, marsz po szutrze, jakieś szopy, tablice z ostrzeżeniami o możliwości znalezienia niewybuchów i o strefie nadgranicznej, zakaz wjazdu za wyłączeniem tych i owych. Wiata, ognisko potem znów marsz...
Dziś inaczej.
 WOŁOSATE 
To kilka domów, sklepik pod wymowną nazwą "ostatni na szlaku". Wypasiony lokal Bieszczadzkiego Parku Narodowego, Zakole autobusowe, sklepik z pamiątkami i oczywiście brama do raju, czyli punkt kasowy BdPN umieszczony przy szlaku, na którym wnosimy opłaty, wbijam sobie pamiątkowy stempelek i od którego zaczynamy wędrówkę. 




Zobacz trasę w Traseo

Dość ciekawy przypadek map satelitarnych wuja Gógla. Być może chodziło o ukrycie czegoś szczególnego, a może to one Biesy obserwację mu popsowały?  Kto wie? Wyszło ciekawie i niech tak zostanie. 

Na Tarnicę z Ustrzyk Górnych chadzałem kilka razy, głównie przy okazji dróg krzyżowych, to wtedy czasu się nie trzyma tak jak przy normalnym przejściu, ale i tak uważam iż "podręcznikowe" 3,15 godziny to czas liczony dla bardzo wolnych maszerów. Natomiast ten z Wołosatego dwie i półgodziny faktycznie odpowiada rzeczywistości i trudno jest przejść tę trasę szybciej. Podejście może nie jest "alpejskie" ale... 
Za to czas zejścia to 1 godzina i już ten fakt wiele mówi.


Tuż przed wejściem na szlak, tablica informacyjna BdPN. Co się chroni, jak się chroni, czemu to służy i co możemy spotkać. Akurat na spotkanie żmij przy szlaku bym nie liczył. 

SZLAK NA TARNICĘ

Punkt kasowy BdPN. Na wszystkich blogach widziałem go od frontu, no to celowo zdjęcie od zaplecza. 

Szlak na Tarnicę z samą królową Bieszczad w tle.
Nie jestem żoną Lota, nie zamieniam się w słup soli, inna sprawa że Wołosatemu daleko do Sodomy...
Sama miejscowość już znikła w dolince, za to mamy panoramę na wzgórza po Ukraińskiej stronie granicy. Choć te najbliższe to Kiczery, jeszcze nasze. 

Rzut oka w kierunku Rozsypańca.
I wkrótce z łąk wchodzimy w lasy.
Lasy bieszczadzkie są inne, nie umiem powiedzieć czemu, ale są, zapewne wynika to ze specyfiki siedliska, zaszłości historycznych być może to także biesia sprawka. Nie wiem, ale znam wiele lasów, a te tutejsze nie są podobne do innych.

Zerwa Kłosowa.


Szałas wypoczynkowy przy szlaku Wołosate Tarnica. 
Świetnie przemyślane, wartościowe miejsce. W razie załamania pogody daje schronienie, może nie komfortowe (zwłaszcza jak ktoś nie miał by odzieży na zmianę), ale zawsze. Poza tym przyjemnie tam coś przekąsić. Niestety jest też sporo śmieci, część z nich zawiozłem potem do Tarnowa w plecaku. Żałuje ze akurat nie miałem przy sobie żadnej torebki foliowej (zostały w innym tym "codziennym" plecaku), bo bym posprzątał solidniej. 

Po wyjściu na połoniny czekają nas już tylko tak wspaniałe widoki. 

Tarniczka zza chaszczy. 
Te chaszcze to w ogóle niezwykle ciekawa sprawa. 
Wcześniej sam nie zwracałem na te drzewka rachityczne jakieś szczególnej uwagi - ot były malownicze i tyle. 
(link jest do fejsa, więc nie wiem jak Wam się wyświetli).
Chodzi o to że połoniny nie są zjawiskiem naturalnym, do ich powstania znacznie przyczynił się człowiek, są więc zjawiskiem antropogenicznym - i tu pytanie do ekoekstremy - czy wyobrażacie sobie Bieszczady bez połonin? 
Wypalanie i wypas zrobiły swoje. Tymczasem jest to regiel górny który w sposób naturalny powinien być zalesiony. I las chce tu powrócić. Problem w tym że raz odsłonięta góra, broni się przed powtórnym zalesieniem, z pomocą klimatu i zjawisk atmosferycznych. Ale raz na jakiś czas, jakieś nasionko zostaje zawiane, lub zaniesione przez ptactwo właśnie na połoniny i udaje się mu wykiełkować. Z racji bezlitosnych wiatrów i chłodów, rośnie poskręcane, małe, płoży się przy gruncie, ale trwa. Ba nawet się rozradza, tyle że nie przez nasiona, a wegetatywnie i jak będziecie kiedyś koło takiej kępki świerczyny przechodzić, to zwróćcie uwagę skąd one wszystkie wyrastają. Kiedyś za lat dziesiątki, gdy rozrosną się bardziej, gdy dadzą osłonę innym świerkom - las tu powróci, no chyba że wcześniej powrócą Wołosi ze swoimi stadami - czego wszystkim nam życzę. 
   
Przełęcz pod Tarnicą.

Szlak w kierunku na Ustrzyki

A my szybko się odziewamy. Wieje i nagle przyszedł ziąb. Oczywiście nie na tyle by zmrozić w nas ducha, ale przepocone podkoszulki wymagają osłony. 

Krzemień.

Kopa Bukowska

I Jej wspaniałość Tarnica! 

Selfie na szczycie.
Mamy farta - silny wiatr zgonił romantyków na dół, fala przedpołudniowa wędrowców już zeszła, a popołudniowi maruderzy jeszcze nie dotarli.
 

dla tych co nie byli: 
WZNOSZĘ SWE OCZY KU GÓROM
SKĄDŻE NADEJDZIE MI POMOC?" 
Na pamiątkę wyprawy na Tarnicę
ks. Karola Wojtyły 5.VIII 1953R.
postawiono Krzyż
W roku III pielgrzymki do ojczyzny
Jana Pawła II w czerwcu 1987R.

Tablicę odnowiono w roku V pielgrzymki 
Ojca Świętego i jego obecności w Bieszczadach
czerwiec 1997R.  PTTK Rzeszów.


A to zdjęcie jest już w pełni czytelne.


I jak tu wracać?
Ale trzeba, powoli zbliża się zmrok.

Schodzimy - krzyż pątniczy który przeoczyliśmy idąc do góry. 

Omieg górski
(tak a propos - wybaczcie jakość tych zdjęć - oczy oślepione jaskrawym słońcem i aparat w smartfonie to nie jest najwydajniejsze połączenie przy robieniu makr)

Taki sercowy akcencik na poręczy. 

I literka M pod czymś co też można za serduszko uznać na pniu buka - całkowicie naturalne acz sympatyczne.

A słoneczko się chyli...

Gółka Długoostrogowa 
(nie to nie ja taki bystrzak jestem, to mi dopiero na fejsie BdPN - podpowiedział - podejrzewam iż w osobie Stanisława)

Podkolan Biały. 

I już prawie zaszło. 

Miejsce warte polecenia - pokoiki maleńkie, ale przytulne, aneks kuchenny znakomity, do tego miejsce czy w jadalni, czy na tarasie więc jest ta przestrzeń wspólna. 
 
Zupki się zaleje, kawusię zaparzy, pasztecikiem kromale pociągnie - głód zaspokojony, zmęczenie z nóg spływa. Zapada noc, a wraz z nią najbardziej niesamowite niebo jakie widziałem. Żadne zdjęcia nie oddadzą nocnego nieba nad Bieszczadami, to trzeba zobaczyć samemu.  



wtorek, 19 czerwca 2018

Tam gdzie Biesy z czadu po nocach wyją

Co tu dużo mówić, w Bieszczadach nie byłem już dawno, strasznie dawno, tak dawno że aż mi głupio. Nawet nie chcę wspominać, bo młodzi uznają że konfabuluję, a starsi mogą zacząć poprawiać. Ale w końcu się udało tam wyrwać. Marzenka znalazła lokum i rozpoczęliśmy naszą małą bieszczadzką przygodę. 

Z setek opcji i pomysłów wybrałem chyba ten najbardziej dla Bieszczad charakterystyczny szczyt, albo inaczej nie tyle charakterystyczny, bo tu osoby dobrze znające te góry będą miały (i powinny mieć) odmienne zdanie, ale ten najbardziej rozpoznawany, bieszczadzki odpowiednik Giewontu czyli Tarnicę. 

O Tarnicy zresztą rozmawiałem z Marzenką od dawna. Moje dawne koło PTTK właśnie drogą krzyżową na Tarnicę rozpoczynało nowy sezon wędrówkowy. Padały też propozycje wypadu tutaj z rodziną Piotra, ale ostatecznie pognaliśmy tam sami. 

Nocleg mamy w Wołosatem (tak jest prawidłowo, choć ja w rozmowie najczęściej mówię o Wołosatym) i to w znacznym stopniu determinuje nasze plany, choć najbardziej determinuje je konieczność wykonania pierdyliarda niecierpiących zwłoki czynności przed wyjazdem, co z kolei opóźnia porę wyjazdu i w efekcie nie starcza już czasu np. na marsz przez Rozsypaniec.  Kombinowałem też przejście z Ustrzyk Górnych na Tarnicę i zejście do Wołosatego, a sam okazją lub busem (choć najchętniej piechotą) śmignął bym po samochód pozostawiony w Ustrzykach ale tu znów zaważyła raczej niechętna do rozłąki mina Marzenki więc stanęło na tym że:

USTRZYKI GÓRNE

Zaliczyliśmy tylko przejazdem.
Jako się rzekło, co nieco teren znam, bo kiedyś tam właśnie zaczynaliśmy nasze bieszczadzkie drogi krzyżowe (co poniektórzy już w trakcie jazdy autokarem doprowadzali się do stanu "żywcem z krzyża zdjętych", a my mieliśmy z nimi prawdziwy "krzyż pański"). Ale mniejsza o nich. Pora była taka że pasowało coś zjeść, ja tam wprawdzie mógł bym się obejść, lecz Marzenka silnie optowała za nakarmieniem Miłosza, a przy okazji i siebie więc zajechaliśmy do Zajazdu pod Caryńską. Głównie dlatego że pamiętałem iż mają tam wygodny parking dla klientów.

 Lokal znam i doceniam zmiany, choć nie wszystkim przypadły do gustu. Mi nie przeszkadzają.
To zresztą cały kompleks wypoczynkowy i nie wiem czy mam ochotę poznawać ludzi którzy korzystają z części hotelowej. Nam wszak potrzebna jest tylko część restauracyjna i do niej zachodzimy.

Zamawiamy pierogi, w menu było więcej potraw, ale akurat pierogi to jest to co wiem że wszyscy zjemy ze smakiem. I w oczekiwaniu na danie nam dania popijam kawusię i robimy sobie małą sesję foto. 
Charakterystyczny dla Bieszczad czy Beskidu Niskiego element wyposażenia kuchni. Rozbrojony granat - świetnie się nadaje np. jako tłuczek do przygniatania wieka beczki z kiszoną kapustą. Słyszałem opowieści o używaniu także nierozbrojonych... sam jednak takich przypadków nie spotkałem. Fakt faktem jednak że w ubożuchnych gospodarstwach tego regionu, każde powojenne żelastwo znalazło swoje zastosowanie i po dziś dzień spotkać by można jeszcze przedmioty gospodarskie wykonane z materiałów wojennych pozostawionych tu w trakcie I i II wojen światowych. 
  
 Bieszczadzkie zakapiory. 
Pamiętam obrazek ze Żmigrodu (tak wiem nie Bieszczady - jednak stosunkowo blisko i klimat społeczny ten sam), gdy zakapiory brały w barze jedno piwo do trzech kufli, uzupełniali poziom cieczy denaturatem i... potem spali z głowami na krawężnikach a resztą ciała na jezdni, tyle że wówczas w gminie były trzy samochody, w tym jeden milicyjny więc mogli smacznie spać bez obaw snu wiecznego wywołanego czymkolwiek innym niż to co wypili. 
 Wydawało mi się że robię więcej zdjęć, ale gdzieś się zapodziały, albo skasowały przez przypadek. 
Nie szkodzi. Miejsce Wam polecam, aczkolwiek ma tu konkurencję i tam także warto zaglądnąć. 


 Bardzo pusty bezpłatny parking, obok bardzo zapełnionego parkingu płatnego... zagadka? 
"a bo to Panie Bieszczady som, to pewnie biesy na tych ludziów czar rzuciły". No więc nie biesy, po prostu tamten parking jest świetnie widoczny z drogi, opisany i stoi na nim masa aut, a do tego trzeba przejechać między sklepikami... legalnie, bez napinki, za darmo... tylko trzeba wiedzieć - tymczasem przyjeżdża tu masa ludzi którzy są bieszczadzkimi żółtodziobami... 
A jak mówi stare góralskie przysłowie "łowce som po to co by je szczyc". 

Te wzgórza na horyzoncie to Ukraina, Użański Narodowy Park Przyrody - jak mniemam, ale nazw szczytów nie czuje się kompetentny opisywać. 

 Kościół w Ustrzykach, tyle że z dala. 

Oczywiście robimy zakupy, bo nie wiem czy w Wołosatem będzie jakiś sklep. 
Do kolekcji przybył nam kolejny anioł, obok mojej rzeźbionej pamiątki I Komunii (jedynej którą cenię! - drodzy rodzice chrzestni, wam ku przestrodze - rower, quad, tablet itp to nie są pamiątki to prezenty) zawiśnie równie piękny drewniany rzeźbiony bieszczadzki krzyż. w lodówce wyląduje  kilka piw i ... tanie (nie takie tanie, którego zakapiora stać na 9 zeta za flaszkę?) dobre wino owocowe marki - no jakże by inaczej - Bieszczady (pycha mówię Wam).
Prócz tego jakieś kartki pocztowe (obowiązkowo), znaczki itp. 

A potem już.

WOŁOSATE
Ale wiecie co? 
O tym opowiem Wam następnym razem.

środa, 13 czerwca 2018

Rodzinnie na Jamnej

Wiekopomna (to od wieka... tego trumiennego?) chwila. Udało mi się zebrać 5/6 rodziny (Mas.kotka zdecydowanie odmówiła wyjazdu) i śmignąć z nimi na Jamną. Generalnie tym razem najbardziej zależało Mikołajowi, bo ma tam zaplanowany biwak harcerski i chciał wcześniej poznać teren z którego wystartują i szlak jakim będą szli. Nie powiem, zaimponował mi, tak zachowuje się rasowy, odpowiedzialny przewodnik. Żadnej improwizacji, kluczowe elementy muszą być dobrze dograne, bo chodzi tu o bezpieczeństwo i komfort osób które mu zaufały. 

Tam w ogóle jest problem z transportem, w zasadzie kursuje już tylko Feniks (odrodzony z popiołów dawnego PeKaeSu) i to niezmiernie rzadko. W niedzielę będą musieli wracać tuż przed 8 wieczorem, bo wcześniej nie jedzie nic.  Choć kombinujemy jeszcze inne opcje powrotu, ale to nie temat na dziś. Dobrze że więc rozpoznał okolicę wcześniej. Drogę mniej więcej kojarzy, bo prowadziłem tam kiedyś ich klasę, ale dobrze sobie szlak przypomnieć, żeby nie nadganiać lub nie błądzić po paryjach.  Czyli potrzebna pomoc taty, a jak tata to i mama, zaaferowana urodą miejsca i opowieściami o najlepszej w tej części wszechświata szarlotce zjadanej na tarasie z widokami takimi że brak słów. Miłosz nie bardzo chciał jechać, rozanielony wizją kilku godzin swobodnego dostępu do komputera, bez konkurencji starszego brata. Aura to wiadomo - na wypady pierwsza. 

Nieco ściga nas czas, bo po południu muszę być w pracy, ale jakoś damy radę. 

Jazda do Siekierczyny nie jest uciążliwa, z zaparkowaniem także nie ma problemów, zaraz za szkołą jest pętla i przestronny szutrowy plac. A potem już w ruch idą własne nogi i zaczyna się przygoda. 


Zobacz trasę w Traseo

Podejście nie jest męczące, wprawdzie cały czas pod górę, ale najbardziej strome miejsca są zalesione, a na odsłoniętych miło dmucha wiatr chłodząc rozgrzane ciała.

 Poziomkowanie.
Całe łany poziomek ułożone w pionie 
(poziomka w pionie... hmmm ciekawostka ;-) ) 
Sporta wyżera, w sumie to takie same mamy w ogródku, ale zawsze te "dzikie" bardziej smakują. 
 
 Detal z kościoła p.w. Matki Bożej Niezawodnej Nadziei
Przegapiony ostatnio. Przy okazji trafiamy na dwie zakonnice sprzątające przybytek. Niezwykle miłe osoby. Wywiązuje się rozmowa, która w sumie mogła by trwać bardzo długo.
 
 Teren Bacówki - ci którzy znają miejsce już zdążyli się zorientować jak wiele się zmieniło. 

 Widok z tarasu.

 I tarasowa selfie
(Aura pilnuje zejścia, jakoś nie wiem czemu, nie ma talentu do wspinania się po stopniach)


 Czekan Ojca Pawła Kozaka 
Prowincjała Polskiej Prowincji Dominikanów

 Samoszydera...
do tego założyłem tył do przodu...
 
 Ale szarlotka bezsprzecznie pyszna.

 Młódź pojęcia nie mając o tym co dobre (pojęcie przychodzi z wiekiem, a młódź z definicji wieku nie posiada) zajada lody...
 
 I znów widoki...

 I mądra sekwencja do zapamiętania...
a potem powrót.

 Znów odwiedzamy miejsce pamięci. 

 Kolejny z detali, którego nie pokazałem wcześniej. 

Niestety trzeba już wracać, schodzimy tą samą drogą. Nie ma czasu na obejście przez Bukowiec, ani na wizytę przy Wieprzku - czyli będzie pretekst by kiedyś znów tu Marzenkę zabrać. 

Do zobaczenia na szlaku.