niedziela, 18 października 2020

Centrum Produktu Lokalnego, czyli - zaczyna się coś dużego

W trosce o Was na chwilę przestanę pisać o przygodach wodniackich, w końcu jeszcze jeden dwa "mokre" posty i na powiekach pojawiła by się Wam "skóra praczki" ;). Nie będzie też o Aneczce, tak wiem post bez Niej, to post zmarnowany, ale dajmy dziewczynie trochę odpocząć. 

 

 

 Wzgórza nad Pleśną i doliną Białej

Przydrożna figura gdzieś w Zgłobicach


Do Rzuchowej jedziemy całkiem nowym szlakiem, dłuższym, ale dogodnym dla rowerów. Bo musimy mieć opanowane wszystkie możliwe trasy, skoro chcemy organizować przejazdy turystyczne dla innych. A między innymi Centrum Produktu Lokalnego  w Rzuchowej jest jednym z podmiotów dla których chcemy pracować. Pracować, to dużo powiedziane - chcemy robić to co robimy, a przy okazji robić coś dla innych, popularyzować kolarstwo turystyczne i promować nasz region. Można. 

Krzyż pamiątkowy      
Jesteśmy w Dolinie Dunajca -
3 maja 1918 roku każdy metr tej ziemi był miejscem zażartej krwawej walki
    


Wiecie, dopiero będąc niejako w środku jakiegoś projektu, udaje się dostrzec ukryte dla zewnętrznego obserwatora mechanizmy, powody podejmowania takich a nie innych decyzji itp. Dostrzec nie znaczy zaakceptować, mamy ten komfort, że nie musimy robić tego co uważamy za złe, szkodliwe, nieprawidłowe z punktu widzenia interesów rowerzysty/turysty. Nie musimy, nie jesteśmy na etatach. Nawet nie macie pojęcia jakie to fajne! Za to możemy, radzić, sugerować, pouczać. Czy zdajecie sobie sprawę że mało kto z osób "robiących w turystce" ma pojęcie iż dla rowerzystów ważne jest... bezpieczne miejsce do przechowywania rowerów!

Centrum Produktu Lokalnego w Rzuchowej.
swoją drogą - serdecznie tu zapraszam, można kupić naprawdę mega smaczne rzeczy, których nie dostaniecie nigdzie indziej, a i zapoznanie się z tutejszą załogą da Wam wiele satysfakcji

 

No tak, piszę w liczbie mnogiej ale nie piszę o kogo chodzi, My czyli Tarnowska Korba. Było już o Korbie kilka postów, więc nie widzę konieczności przybliżania tematu. Na pewno też jeszcze nie raz będzie. 

Znów Dolina Białej - tyle że z nieco innego miejsca

A o co chodzi tak w ogóle? W ogóle chodzi o to że powstaje projekt "szlaku śliwkowego", który już jest, ale jest to szlak samochodowy, teraz my adaptujemy go na szlak rowerowy. Trzeba ugadać mnóstwo szczegółów, cały szereg działań, kolejność tychże, a nawet to jakie miejsca koniecznie muszą być na szlaku uwzględnione, jakie powinny być, które być mogą ale nie muszą itp. przez jakie gminy ma biec, itd. Reszta już w naszych rękach, nogach i głowach. przyznam szmat pracy - ale satysfakcjonującej. Oby tylko nie poszła na marne. 

My wewnątrz  

Kramik
 

CK mapa księstwa Galicji i Lodomerii


To be continued...







czwartek, 15 października 2020

Syrena nad Dunajcem, czyli - Ania, Kajak i ja

Obiecywałem że będzie mokro? Obiecywałem! A ja zawsze dotrzymuję obietnic. No więc mamy mokro! To w ogóle bardzo mokry rok był, nie mam na myśli wiosennych powodzi ani jesiennych deszczy. To był rok spływów i brania rzek w bród, choć i jazda w deszczu była i rajdy w chmurach, a nawet w mżawce. Działo się!

Jak się zapewne domyślacie, po tym jak z Anią pojeździliśmy po lasach i powędrowali po górach, nadszedł czas próby wody. Zapytacie o próbę ognia? Spokojnie - był i ogień!

Wykorzystuję fakt że jestem powiedzmy... rozpoznawalnym klientem i rezerwuję nam fajny termin spływu, a pod pojęciem "fajny termin" rozumiem sytuację w której możemy sobie pozwolić na dłuższy postój w czasie rejsu i spokojnie zabierzemy się z którąś z następnych grup spływowiczów. A to znaczy że będzie plażing, leżing, fajering i kiełbasing. Nie zabraknie wrażeń.

Jadę po Anię, a potem razem śmigamy już do "Chorwacji". Tak, tak - żebyście słyszeli zdziwienie w glosie koleżanki która akurat do Ani zadzwoniła, gdy dowiedziała się że jedziemy na spływ kajakowy do "Chorwacji"! Dopiero potem dorzuciłem że to taka popularna nazwa kąpieliska w po żwirowych nieckach nieopodal koryta Dunajca. Oczywiście nie mam najmniejszych wątpliwości że Dunajec gdyby tylko zechciał, nie miał by problemów, by przy okazji jakieś powodzi, na powrót tamtędy popłynąć - ale na razie jakoś mu się nie chce.  


Zajeżdżamy, wypełniamy stosowne papiery. No wiecie "ja  Maciej Czernik, świadom na umyśle i zdrów na ciele , oświadczam iż zdaję sobie sprawę że to co robię jest bez sensu i robię to wyłącznie dla własnej radości a firma "Kajaki Dunajcem" umywa ręce jeśli stanie mi się krzywda" - znaczy tekst był z deczka odmienny, ale sens zostaje zachowany ;)

No nic, pokrótce tłumaczę Ani gdzie są jakieś szczególnie wymagające miejsca, a potem wodujemy kajak, pakujemy do niego sprzęt i... siebie, odbijamy... płyniemy. Przygoda która zaczęła się kilka godzin wcześniej - już w chwili w której wstałem i zrobiłem sobie kawę, właśnie wkroczyła, wpłynęła w kulminacyjną fazę. 

Jedno jest pewne, muszę Ani skuteczniej zlustrować przeszłość, wiele wskazuje na to że może mieć epizod w służbach specjalnych, bo na wodzie radzi sobie REWELACYJNIE! Zero stresu, pełna swoboda, lekkość manewrów, ale już jak przyszło wiosłować, to naprawdę silnie i zdecydowanie to robi. 

 

Po pewnym czasie dopływamy do jednej z kamienic, przybijamy, wyciągamy kajak na brzeg i zaczynamy imprezowanie ;) odpalam kuchenkę, gotuję wodę na kawę, razem z Anią zbieramy wysuszone, wyrzucone na brzeg gałęzie i trawy. Z doświadczenia wiem że nie ma szans ich rozpalić od krzesiwa, zbyt są pokryte mułem i przesiąknięte krzemionką. Za to rozpalone nad płomieniem gazowym, płoną równym, stabilnym ogniem. Dorzucamy ciut grubszych gałęzi i czekamy aż muł się wypali, to znaczy ognisko przestanie dymić. To naprawdę dobra metoda. W międzyczasie śmigam z maczetą w wierzbinę przybrzeżną naciąć jakieś sensowne kijki do kiełbasy, a potem już zupełny luzik. Kiełbaski sobie skwierczą, kawka się popija - jesteśmy na "bezludnej wyspie". Jeśli o mnie chodzi, mogło by to trwać, naprawdę długo. 


Po jakimś czasie dopływa do nas inny kajakarz, to samotnik - wybrał się na spływ Dunajcem i Wisłą do Warszawy. kajak ma pneumatyczny - ok, to bardzo dobry sprzęt, ale nie koniecznie na takiej rzece jak Dunajec, gdy jest on dopakowany sprzętem i zwyczajnie ciężki. Do tego widać że chłopak nie ma specjalnego doświadczenia - znaczy teraz już ma, jak mu się akcja udała, ma i to spore, ale wówczas jeszcze nie miał. Na ile mogę staram się mu przybliżyć rzekę, ale od razu mówię że wybrał co najmniej nieodpowiedni odcinek na początek - gdyby zaczął od Tarnowa, a ściślej już za Tarnowem, tam gdzie Biała uchodzi do Dunajca, to 90% jego problemów by znikło - a tak to praktycznie na każdym bystrzu musi wyciągać kajak na brzeg, przenosić klamoty, przenosić kajak i dopiero wtedy płynąć dalej. Mówcie co chcecie ale to cokolwiek upierdliwe. W kajaku z włókna węglowego, mógł by sobie pozwolić na więcej swobody - też nie obyło by się bez problemów, bo z racji na  większe zanurzenie, częściej wieszał by się na łachach ale mimo wszystko.

Kolejnym problemem którego nie miał rozeznanego było... co zrobić z kajakiem gdy idzie się do sklepu?! Szczerze? Nie mam pojęcia! No nie mam - do tego o ile dobrze pamiętam to na tym odcinku najbliższy obiekt który można nazwać mariną znajduje się w... Sandomierzu! To jeden z tych powodów dla których spływy kilkudniowe urządza się w większych grupach!
Chłopak pyta się o najbliższe sklepy, uzbrojony w mapę Googli na smartfonie twierdzi że w Isepie (Isepiu?), owszem potwierdzam, tam jest sklep, ale... i tak dobry kilometr od rzeki. Tak owszem może zostawić kajak "pod opieką" kogoś napotkanego podczas zabawy/odpoczynku nad rzeką, tylko to kwestia zaufania. Bądź co bądź - to co ma, to dobre kilka tysięcy zeta, z tego co widzę.

Hmmm - a jeśli pytania były tylko pretekstem, jeśli tak naprawdę chłopaka zwabiła na brzeg syrena?

 

Jedyne co możemy dla niego zrobić, to poczęstować Go kiełbasą z ogniska. Zostawiamy naszego nieoczekiwanego towarzysza i płyniemy dalej.

Trzeba przyznać że niektóre bystrza są dalece nieprzyjemne, ale to ich urok. Na jednym z nich praktycznie nie sposób nie wpłynąć w fale, Z prawej duży stopień z kamieni, z lewej to samo, my środkiem, w nurcie, ale nurt jest dobre 30 cm, poniżej poziomu wody spiętrzanej na kamieniach! W efekcie dostajemy się w sam środek kipieli - dobrze prowadzonemu kajakowi przewrotka nie grozi - fale jednak załamują się na naszych burtach i w ciągu kilku sekund jesteśmy dokładnie mokrzy - czad. Ale jak to odbierze Ania? Kilka metrów za kipielą odwraca się do mnie z ogromnym uśmiechem, szerokimi jak u dziecka oczami i wyraźnym zadowoleniem na twarzy! Wspaniałą dziewczyna! 


Gdy widzimy wieże kościoła w Wielkiej Wsi dzwonimy do Jurkowa, jak się okazuje, nasz leżing przy ognisku na tyle się przedłużył że powoli zaczęto uznawać nas za... zaginionych ;) Ale skoro żeśmy się odnaleźli, no to ok. W sumie to i tak dobrze że Marynarki Wojennej na poszukiwania nie wysłali ;) 

Na widok pomarańczowej tabliczki z napisem "ISEP" (doceńcie jak pomysłowo wybrnąłem z konieczności odmiany tego toponimu), powoli zaczynamy zbliżać się do zachodniego brzegu Dunajca, tak by prąd wyrzucił nas prosto na kamieniste plażę. Udaje się to praktycznie bezbłędnie, aczkolwiek nurt szoruje po kamorach jak wściekły i trudno jest utrzymać kajak w ryzach. Jednak jakoś wysiadamy i wyciągamy skorupę na brzeg. Przed nami spora chwila oczekiwań, mimo iż nie jesteśmy sami i razem z nami czeka większa grupa osób. Polityka firmy jest jednak taka by nie mieć pustych przewozów. Co rozumiem, aczkolwiek bywa to irytujące.

Reszta już przebiegła standardowo, jedziemy tam, zmieniamy pojazdy, wsiadamy do Skody, jedziemy znów świetne znaną nam trasą (przez te wakacje mostek w Isepiu (Isepie?) - był najczęściej przejeżdżanym przeze mnie obiektem infrastruktury drogowej), a potem odwożę Anię do Mielca i wracam do domu. Zmęczony i szczęśliwy. Jeszcze tylko konserwacja  sprzętu i już czas na odpoczynek. Do następnego razu.



Czyżby to wybrzeże szkieletów było?! ;)


wtorek, 13 października 2020

Trzech na pontonie nie utonie, czyli - o tym jak Beskidnick Synów Dunajca uczył.

Dunajec zdradliwa rzeka! Takie twierdzenia często można usłyszeć w okolicy, a nawet całkiem daleko od niej. Jak do niech podchodzę? Z ubolewaniem! Serio. Autentycznie cierpię gdy słyszę takie tezy, zazwyczaj wypowiadane przez ludzi którzy NIC wspólnego nie mają z wodniactwem a swój pobyt nad rzeką ograniczają do pluskania na bystrzu lub brodzenia w wodzie po kolana. Tymczasem Dunajec to rzeka górska, silna, energiczna, która cały czas szuka sobie nowego koryta, meandruje, wymywa i nanosi - żyje! 

 

zapoznanie z rzeką, czyli ciut teorii, której i tak chyba nikt nie pamięta

  I owszem nie ma roku by na brzegach  nie płonęły znicze, by lokalne media nie trąbiły o kolejnych utonięciach. Ale tu jest właśnie problem, ludzie nie rozróżniają utopienia od utonięcia, a już zwłaszcza nie rozumieją że nie każda śmierć w wodzie jest... utonięciem. Tymczasem tych klasycznych UTOPIEŃ jest na Dunajcu bardzo mało, naprawdę trudno tu znaleźć takie głębie, które pozwoliły by się "swobodnie" utopić, zazwyczaj zresztą nim dojdzie do śmierci, delikwent jest siłą nurtu wyrzucany na miejsca znacznie płytsze - no chyba że zaplącze się w zatopionych konarach lub korzeniach. Natomiast często dochodzi do śmierci lub utraty przytomności w wyniku urazów mechanicznych (człowiek jest siłą nurtu pchany na kamienie w które uderza), a potem już wtórnie dochodzi do UTONIĘCIA! Jak ktoś ma problemy z rozeznaniem, to proponuję taką mnemotechnikę ktoś "się topi", a nie ktoś "się tonie", "statek tonie" (bo jest martwy) ale statek "się nie utapia"! 

Więc teraz gdy wszystko jasne to... Zapraszam do wspólnej zabawy wodniackiej! 

Jak zapewne się domyślacie, Dunajec nie napawa mnie strachem, ani nie głoszę wieści o jego "zdradzieckości" znam tę rzekę, szanuję, czuję respekt i zachowuję czujność. Co w najmniejszym stopniu nie przeszkadza mi świetnie się bawić. 


A tak w ogóle, to mi się z tego wszystkiego chronologia poplątała... Ale o tym na końcu.*

Tradycyjnie, zaczynamy od Chorwacji w Jurkowie. Tym razem jestem z moimi chłopcami i... mamy pewien problem - ponton jest liczony na dziewięć osób, ok! Ale nas jest trzech! Co to znaczy? Ano ino to że będziemy mieli ciut roboty więcej, bo o ile do przodu popłynie z nurtem, o tyle do tyłu, już nie bardzo, a i na boki z ociąganiem, więc manewry muszą być stosunkowo wcześniej rozpoczynane. Gdyż na to żeby nas obijało po kamienicach, albo wyrzucało na brzeg, to się moja bosmańska dusza nie godzi. 

Kolejny problem to jak rozłożyć siły! Mikołaj jest znacznie od Miłosza silniejszy, ale obaj mają bardzo niewielkie doświadczenie wodniackie, ideałem był by Mikołaj na sterburcie w roli obserwatora, Miłosz na bakburcie jako przeciwwaga, a ja na rufie jako sternik. No ale skoro Mikołaj jeszcze nie umie czytać rzeki, to taki układ jest nierealny, ponadto wtedy oni przejęli by olbrzymią ilość pracy pagajami. Ale jak na razie innego rozwiązania nie widzę. Pojawia się poniekąd samo. Nurt prawie natychmiast po zwodowaniu obraca nas o 180 stopni i ... płyniemy do tyłu. Tu w moich zwojach rodzi się diabelski iście pomysł, nie obkręcamy pontonu! Siadam na rufie, która w tym momencie stała się dziobem, spuszczam nogi do wody, i jako "sternik napędowy" mam pełną kontrolę nad kursem. Muszę wprawdzie co i raz przekładać pagaj z prawej na lewą i odwrotnie, ale to fajny wysiłek. Chłopcy zostali na swoich miejscach, musieli jedynie obrócić się przodem do tylu, co jakiś czas zresztą pilnuję by się zamieniali miejscami, tak aby nie męczyli się za bardzo, stale pracując jedną połową ciała. 


 pozycje wypracowane eksperymentalnie

Sam spływ jest super, ale... jakiś czas przed nami wypłynął inny skład i poproszono nas byśmy byli z nimi na miejscu mniej więcej o tej samej porze, czyli już pomysł ogniska odpada, dodatkowo chcąc ich dopaść musimy w miarę raźno pracować pagajami, a to znaczy że z chilloutowego spływu też nici - choć akurat chyba nie uwierzylibyście gdybym Wam napisał że miałem takie plany? Fakt, nie miałem, ani mi przez myśl nie przeszło. Ale ogniska szkoda...


Sam rejs super! Chłopcy radzą sobie wyśmienicie, nurt niesie, siedząc na rufo/dziobie widzę doskonale co mamy przed i pod sobą. Wystarczy poprosić jednego lub drugiego o nieco większy wysiłek i nasz ponton posłusznie ustawia się na wymaganym kursie. Oczywiście i tak raz uderzamy o skały nadbrzeżne, niestety niedobór mocy robi swoje. 


Mniej więcej, tuż za połową trasy czyli za mostem w Zakliczynie, dostrzegamy ponton tych którzy wypłynęli pół godziny przed nami, przynajmniej daliśmy im czas na kąpiel w Dunajcu, co już samo w sobie jest jakąś atrakcją, ale teraz zwijają się pośpiesznie i płyną tak by zachować dystans.

Ostatecznie i tak dopadamy ich na kamienicy w Isepiu (swoją drogę, jak odmienić miejscowość która w mianowniku brzmi Isep? Isepiu? Isepie? Isepii?) Ale tu czeka nas ciut, ciut czekania... można było jednak to ognisko spokojnie rozpalić... bo nie ma dla nas stosownego transportu. Wykorzystuję ten czas by pokazać chłopakom (ale nie tylko) Jak się myje pontony od wewnątrz i jak można je wykorzystać w roli szałasu, dającego cień parawanu, albo wiatrochronu. Z Wami tą wiedzą podzielę się dwa posty dalej.

I w sumie tyle, wracając, ucinam sobie pogawędkę z kierowcą, który jak się okazuje także ma wiele wspólnego z harcerstwem, organizacjami strzeleckimi i im podobnymi zajęciami które wprawdzie może nie są cool ale za to dają ogromną satysfakcję i spory zasób wiedzy, która potem świetnie się przydaje podczas takich przygód.


* chronologię wpisów na blogu, brałem sugerując się kolejnością mapek na Traseo - zapominając iż nie wszystkie trasy rejestrowałem... więc czeka nas mały skok w przeszłość... Ale będzie naprawdę ładnie.









niedziela, 11 października 2020

Hala Łabowska czyli - o tym jakżeśmy z Anią przed domniemanym niedzwiedziem stokówką uciekali.

Po deszczowej wiośnie, przyszło całkiem fajne lato - naprawdę fajne, słoneczne, ciepłe... a jak by było inne to co? Nic! Pewnie też byśmy z Aneczką w góry czmychali, no bo już tak mamy. Zresztą z dziewczyną która oznajmia na podkoszulku że na kawę się nie umawia, ale w góry może iść - to chyba jedyny sposób? Nie sądzicie?!

No więc idziemy! Pasmo Jaworzyny i w ogóle tereny wkoło Doliny Popradu są w tej chwili idealne - stosunkowo blisko, Ania ich nie zna (albo tak świetnie udaje ;) ), łatwy dojazd, a do tego to naprawdę piękne i ciekawe tereny. Znaczy zanim żeśmy ruszyli, to musieliśmy dojechać - stajemy na "naszym" parkingu na przeciwko "Willi Poprad", przebieramy buty, rozkładamy kije i w drogę.

Ostatni raz byłem tam w styczniu - znajdziecie na blogu - z gay ekipą ;) czyli czterech chłopaków z jednej brygady. Wtedy było, chłodno, wietrznie i niesamowicie ślisko, a był bym zapomniał było też od cholery śniegu. Teraz jest słonecznie, ciepło, idealna przyczepność i w ogóle jest inaczej - co znaczy po prostu że w góry nie wystarczy wejść raz - trzeba wchodzić wiele razy i dopiero wtedy pozna się ich różne oblicza - to całkiem tak jak z kobietami. 

No ale od początku!

(doprawdy mam już pewność  że nowy skrypt bloggera pisał debil albo sabotażysta - niezależnie od zaznaczania, ani od tego czy zarzuca się zdjęcia z komputera, czy z dysku google - ZAWSZE pojawiają się od ostatniego do pierwszego i trzeba je ręcznie przekładać - to mega upierdliwe. Już do nich pisałem, zobaczymy czy Googlarze są równie bezczelnie aroganccy co Fejsmani?)

 

 

Pobudka wczesnym świtem, w zasadzie nocą, jedna kawa, druga... kilka garści magusiów i jakoś się zbieram, samochód raźno mknie do przodu i wkrótce jestem w Mielcu. Tak w ogóle to mógł bym tę wycieczkę nazywać "od nocy do nocy", albo "od świtu do zmierzchu" - ale chyba to już było czy w tytule czy w tekście, więc jeszcze by mi jakiś nadgorliwiec plagiat zarzucił. 

Aneczka jest już gotowa, jak to Ona zawsze. Jest u siebie, czyta sobie książkę i czeka - zbiera się w 30 sekund! Nie znacie takich kobiet prawda? Ja też nie znałem, prawdę powiedziawszy do dziś nie wierzę w to że jest prawdziwa.

Ale jedziemy, trasa mija, krajobrazy się zmieniają... Zresztą co będę nawijał - sami się przejedzcie. 

I tak jak pisałem wcześniej, parking - sprzęt - szlak - mostek - podejście - zamek. Czyli wszystko się zgadza. 

Dolina Popradu

To też ale już z innego punktu widzenia.

Takie widoki ze szlaku. Zazdrościcie? I macie rację!

Wkrótce docieramy do Schroniska na Cyrli, z Anią to w ogóle czas traci swe "codzienne" właściwości i zaczyna  zachowywać się jak w obliczu silnych zmiennych pól grawitacyjnych, czysty relatywizm, choć pewnie Einstein nic na jego temat nie pisał. 

Oczywiście zachodzimy... no bo jak inaczej? 

Kawka piwo i... nalewka. Nie powiem... 

 

Niestety nawet Ania nie posiada właściwości punktu osobliwości i nie umie spowolnić czasu do zera. Idziemy więc dalej, choć nie miał bym nic przeciw by zostać tam na dłużej, albo w ogóle na stale?

Kapliczka na zboczu Jaworzyny Kokuszczańskiej.

Się napatoczył... Od razu piszę nie został zjedzony, lecz odłożony, grzecznie i bezpiecznie obok szlaku.
Zresztą dobrze się stało, bo wkrótce przekręciło tamtędy małe stadko chłopaków, którzy na rowerach pokonywali ten odcinek głównego szlaku beskidzkiego.

No cóż - Ania nie była by sobą, gdyby mając w pobliżu szczyt nie starała się na niego wejść - fakt że praktycznie nic tam nie ma - absolutnie jej nie zniechęca. Nie powiem - bardzo mi to imponuje.

Schronisko na Hali Łabowskiej

Zjadamy po porcji pierogów, popijamy piwem i udajemy się na zasłużony i już tradycyjny przy Ani


Leżing.

 

 

I tak sobie leżingujemy aż spostrzegliśmy że czas nam się niepokojąco skraca. Plan maksimum zakładał jeszcze przejście przez Runek i na Jaworzynę Krynicką, ale był już w pełni nierealny, nawet pomysł by iść na sam Runek a potem schodzić przez Wierchomle do linii kolejowej miał nikłe szanse powodzenia. Wybieramy szlak na samą Wierchomlę Wielką i łapanie busa. Nawet dobrze bo jeszcze ani ja ani Ania tym szlakiem nie szliśmy. 

 Fajnie zrośnięte drzewa.

 Kolejne miejsca widokowe

 I kolejne ciekawe drzewa

To właśnie wtedy dochodzi do naszej przygody z... niedźwiedziem? W pewnym momencie schodzimy ze szlaku pieszego i idziemy stokówką, nie żebyśmy błądzili bo to szlak narciarski, więc obaw o zbłądzenie nie ma , ale... kawałek dalej gdy idziemy granią małego jaru, słyszymy potężny rumor. Coś przesuwa się zboczem, Coś dużego i silnego, nie jest to stadko dzików, bo te widziałem nie raz, idą w pewnym rozproszeniu, tu zdecydowanie to pojedynczy obiekt. Nie jest to też jeleń. Jelenie także nie raz widywałem w podszycie i zawsze były odeń zdecydowanie wyższe, dobrze widoczne z daleka. Tym razem widać było tylko poruszane przeciskającym się pomiędzy krzewami ciałem, czubki krzaków. Nie powiem, poczułem niepokój. Podzieliłem się nim z Anią i razem, choć bez słów, przyśpieszyliśmy nasze zejście - tak naprawdę to odetchnęliśmy dopiero na szutrowej drodze. 


Wiatka w pobliżu przystanku busa.

Kolejne w moim życiu mineralne źródełko - kolejny raz z wodą dla desperatów - jak ktoś jest tak chory że już mu nawet taka woda smakuje - to albo mu pomoże, albo... już nie ma dlań ratunku ;)

I rzeczona w nazwie źródełka kapliczka

Docieramy do przystanku i jest... wtopa!!! Owszem jedzie tędy bus do Rytra, ale to bus pracowniczy! Pojedziemy nim jeśli poczekamy do 21! Nie ma też w sensownym czasie żadnej komunikacji do Piwnicznej, ani Muszyny, w ogóle nic nie ma! (Kononowiczu wybacz) - Ale za to łapiemy okazję. Bóg kocha wariatów! Nie uszliśmy dalej niż kilkaset metrów, już jedzie fajny SUV, wyciągam rękę, staje, uśmiechy, rozmowa - też turyści, też masa fajnych przygód, mnóstwo znanych szlaków, będzie fajnie spotkać ich kiedyś na szlaku, lub w schronisku - w schronisku fajniej, osuszyć jakieś piwa, podjeść to pierogami i można rozmawiać godzinami - świetni ludzie. Podwożą nas do Piwnicznej, pod samą kładkę, do przejścia mamy może trzysta metrów więc pozwalamy sobie na:

sesję fotograficzną

wkrótce zachodzi słońce.
Tak nie do końca, ale chowa się już za górami, nadchodzi zmierzch.

Na dworcu, kilku chłopaków z rowerami,pytam czy czekają na pociąg, czy to tylko takie ich miejsce spotkań. Czekają, jeżdżą tym pociągiem często - uff uspokajam się. Ania ma na rano do pracy - żartuję że w razie czego zawiozę Ją prosto pod bramę szpitala, ale wiecie żarty żartami, ale moja męska duma bardo by ucierpiała. Zresztą i tak cierpi, bo omal nie przesypiam Rytra, na szczęście Ania czuwa. Wysiadamy i idziemy na samochód - po drodze oczywiście jeszcze zakup energetyków - przede mną  kilkaset kilometrów jazdy! A przecież wczoraj miałem spływ pontonowy z moimi Synami, więc mam prawo być zmęczony.
ps. Spoko - następny wpis o spływie.