poniedziałek, 27 września 2021

Jezioro Tarnobrzeskie

W zasadzie zalew, bo jeziora tą są naturalne a tu mamy wyrobisko pokopalniane. W zasadzie dwa wyrobiska połączone w jeden zbiornik. Całkiem niepłytki bo miejscami do 110 metrów! No to już robi wrażenie. kolejne wrażenie to czystość wody, może nawet nie tyle czystość co klarowność - podejrzewam że ma z tym coś wspólnego fakt że to wyrobiska po kopalni siarki i tejże siarki w wodzie musi być sporo, co zapewne działa na drobnoustroje zazwyczaj powodujące mętność wody w sposób cokolwiek hamujący.

Obecnie zbiornik wygląda całkiem interesująco, na pewno interesująco dla mnie. Objazd z Aneczką mamy już za sobą, teraz przyszła pora na zapoznanie się z wodą.

CHMS "Beskidnick" na pakę T5, potem po Aneczkę i do Tarnobrzega - jest parcie czasowe, bo muszę zdążyć do pracy na drugą zmianę, więc zero zabawy, ani nawet piwa na brzegu. Ale za to jest świetna przygoda.

Już na brzegu, Ania decyduje że jednak chce płynąć w kapoku. Idzie go więc wypożyczyć. Generalnie prawo wodne mówi iż statek wodny musi mieć tyle środków ratunkowych (kół, kapoków, miejsc w szalupach (wyobrażacie sobie kajak z szalupą na pokładzie?) ile osób jest nim transportowanych. O ile ma to sens w przypadku żeglugi komercyjnej, o tyle w przypadku kajakarzy jest tylko ciut mądrzejsze od wymogu by lotniarze mieli obowiązkowo... spadochrony! (tak był kiedyś taki przepis!) Co oczywiście nie znaczy że jestem przeciwnikiem pływania w kapokach! Co to to nie! Jestem przeciwnikiem regulacji zmuszających ludzi do tego (tak samo jak jazdy w kaskach, czy zapinania pasów - to indywidualna sprawa każdego z nas, a coś do powiedzenia może mieć najwyżej rodzina i... firma ubezpieczeniowa!)
Na dzień dzisiejszy kwestia prawna wygląda tak - jako osoba dorosła mam mieć kapok w kajaku ale zakładać gonie muszę.
Zatem w czasie gdy Aneczka organizuje dla siebie kapok, ja dymam naszą łupinkę , przy okazji tłumaczę jednemu z plażowiczów o co chodzi w kajakach. Człowiek jest rozsądny ale... zielony! Radzę mu żeby najpierw nim kupi cokolwiek wziął udział w spływach organizowanych przez profesjonalne firmy, zapoznał się ze sprzętem i kupował dopiero wówczas gdy już będzie wiedział czego chce/potrzebuje.

Ja z mojego ITWIT'a zadowolony jestem bardzo, ale nie zaprzeczę iż marzy mi się porządna "skorupa", tyle że z transportem pneumatyka problemów nie mam żadnych, a z przewozem "skorupy" wiązała by się konieczność inwestycji w specjalny bagażnik.

Ale nic, Ania wraca i płyniemy...

Już na wodzie





Marina

A my płyniemy kanałem odpływowym z zalewu. To pewnie tędy go zalewano (kurza twarz ale to musiał być widok!) a teraz służy do regulacji poziomu.

Cokolwiek jak na Mazurach... ;)

 


Niestety, dopływamy do ściany, czyli tamy, aż prosi o śluzę o połączenie z Wisłą... ale chyba komuś brakło wyobraźni



Znów otwarty akwen


A na bezludnej wyspie - całe gaje rokitnika. Ciekawe czy ktoś posadził i się rozrosły, czy ptaki przyniosły gdzieś znad morza?


Tyle naszej wodniackiej radości - do przeciwległego brzegu wiosłujemy już... "biegiem" ;)  Szybka akcja spuszczania powietrza z kajaka, Ania biegnie oddać kapok, i niestety musimy dołożyć szmat drogi, bo ta jest jednokierunkowa - ktoś nie przewidział że gośćmi nad zalewem będą nie tylko mieszkańcy Tarnobrzegu - i musimy dojechać prawie do centrum miasta!!! (tak wiem tam jest chyba taki skrót polną drogą, ale to temat do wybadania)

Czasy są tak dobrane że spokojnie zdążę... bym zdążył - między Tarnobrzegiem a Mielcem dochodzi do wypadku i czekamy, wiele minut... Niby nic poważnego a droga zablokowana. Dzwonię do pracy, spóźnienie jest nieuniknione, trudno.

Samochód na pierwszym planie NIE JEST uczestnikiem wypadku, czeka jak my.

Ps. myślicie że mapka Wam się upiekła? NIC bardziej mylnego ;)

Hmmm ciekawy ten wykres... o ile jeszcze prędkość to faktycznie raz było szybciej raz wolniej... ale profil wysokości? GPS zaprzecza prawom fizyki? ;)

Jamna koncertowo

Adam - Wielki Baca z Jamnej, twórca najlepszych w tej części galaktyki szarlotek, niekwestionowany władca Krainy Łagodności, u Którego chronią się wszystkie Dobre Myśli w promieniu setek kilometrów, a prywatnie świetny, ciepły, mądry człowiek. Tenże Adam zaprosił nas (znaczy nie tylko nas, ale nas też, na koncert - ba zaprosił nas na wszystkie koncerty które u siebie organizuje - tylko wiecie - w 90% przypadków wtedy gdy pasuje wszystkim to nie pasuje mnie...

Ale tym razem spasowało, a że Marek chciał jeszcze sobie po Jamnej pospacerować, bo niektórych zakamarków nie zna, no to Go zabrałem na spacer - a on mnie na Jamną swoim autem, dla mnie bomba, wreszcie mogłem sobie na piwo pozwolić. Ale do tego dojdziemy.

Żaden wyczyn, ot spacer, tak by kiedyś mógł tu przyjść sam z kimś na kim Mu zależy, i samemu po tych pięknych wzniesieniach oprowadzać.


To już Bukowiec. i jego Diable Skały


Dla mnie najważniejsza jest włóczęga po pagórach i lasach, dla Marka to jeszcze okazja do grzybobrania


Balkonik (jak kto nie wie jak tam trafić, to niech pisze, zaprowadzę)




65 milionów lat temu (circa about, co to jest 5 milionów lat w tę lub wewtę? kto to zmierzy... kto to w ogóle wyobraźnią pojmie? -  gdybyśmy mieli maszynę czasu i mogli się poruszać wstecz z szybkością jednego roku na sekundę to podróż do czasów gdy osadzały się te piaskowce trwała by:
A - kilka godzin
B - siedem dni
C - około dwóch lat
D - Nawet nie zdążylibyśmy wypić zabranej ze sobą kawy..

Za trafne odpowiedzi nagroda w postaci spaceru po Jamnej.



Jakieś 20 mln lat temu, ruchy skorupy ziemskiej zamknęły definitywnie ocean Paratetydy - Dunajec przestał płynąć na wschód, do morza Czarnego, a zdeponowane piaskowce rozpoczęły swe wypiętrzanie - wtedy też zaczęła się ich erozja, której zawdzięczamy tak niesamowite kształty.


Wiecie że z każdego centymetra wypiętrzonych skał, erozja zabiera średnio 8mm? Jak duże były by te ostańce, gdyby nie erodowały?

Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny - dawna łemkowska cerkiew.

Idąc w kierunku kościoła napotykamy tutejszego proboszcza który wraz z gosposią... zbiera maślaki na kolację! Pozostaje życzyć im smacznego, zapraszają byśmy też sobe pozbierali, bo jest ich naprawdę wiele, le cóż, przed nami jeszcze kawałek drogi - szkoda grzybów gnieść w plecakach



U Adama koncert już trwa, nie nazbyt długo, ale trwa, cichutko biorę sobie piwo, Markowi kwas chlebowy i pogrążamy się w słuchaniu. Mrok zapada, gwiazdy wychodzą na firmament zwabione muzyką ze sceny.





Na końcu Adam zbiera wolne datki na gażę dla wykonawcy, dopijamy co nasze, podziękowania, plany na przyszłość i rozjeżdżamy się do domów. Adam zostaje na swoim królestwie. 

Skutki złego podejścia

Kalwaria Pacławska - jedno z sanktuariów regionalnych porównywalnych siłą z Kalwarią Zebrzydowskich, czy Świętą Lipką - nie tak istotne dla Polski i Polaków jak Częstochowa, ale mimo wszystko ważne i istotne zwłaszcza dla Rzeszowszczyzny i Bieszczad. Jest też stałym punktem dla grup rowerowych z Tarnowa. 

My startujemy oczywiście lokalnie - pewnie że fajnie by było, pojechać sobie na kilkudniową pielgrzymkę, ale wiecie, to nie takie proste - jest poniedziałek, we wtorek muszę już być w pracy. Nawet nie jedziemy z Przemyśla, wybieramy opcję zjazdu samochodem (jakże szczęsną dla mnie) w kierunku na Rybotycze i stamtąd spod Cerkwi dopiero zaatakujemy dalsze tereny.  Znaczy pojedziemy do Kalwarii, tyle że wcześniej ujrzymy jeszcze kierunkowskaz na Arłamów i... jakoś tak nie będziemy mogli sobie podarować.

Jak łatwo dostrzec na mapie są zaznaczone punkty na Kalwarii Pacławskiej, ale bez trasy dojazdu do nich... I nie jest to tym razem błąd zapisu. Zaraz Wam opowiem całą historię: Traktowałem ten wyjazd czysto turystycznie, nawet nieco sportowo. Nie jak pielgrzymkę ale jako dobrą zabawę - ok, nie ma w tym nic złego, tyle że ja... no mi chyba tak nie wolno. Miałem już podobną historię choćby w Kalwarii Zebrzydowskich, gdy na wywołanym zdjęciu było COŚ przed obiektywem... ale ja robiłem te zdjęcia starym Zenitem! Tam nie da się zasłonić obiektywu palcem, no chyba że celowo. Potem pilnowałem już skrzętnie by zawsze jechać czy iść w jakieś sensownej intencji. A tu sobie o tym zapomniałem... W drodze z Arłamowa łapię gumę - ok, nic niezwykłego. Dziewczyny jada przodem, Bartosz zostaje ze mną dla asekuracji. Mamy jechać niebieskim szlakiem - ale... gubię go! Ja gubię szlak! Ładujemy się w jakieś mega błota, już wiemy że dziewczyny tędy by nie przejechały - one czekają na nas na właściwym, ale na dobrą sprawę nie możemy już się wycofać - cholerna nawigacja, tak nas prowadzi, nie mam pojęcia co jej się stało? Co gorsza gdy już mijamy najgorszy odcinek, w przerzutnik wkręca mi się jakaś gałązka, w sumie nawet niewielka, ale wystarczająca by go urwać! Pozostaje mi wypchać rower z tego lasu i... odpuścić sobie jazdę na Kalwarię. Co gorsza nie ma zasięgu i nie mamy jak zadzwonić do Ani i Agaty. Dobrze że Bartosz to świetny kierowca - daję Mu kluczyki od T5-ki i jedzie przodem, ja na jednym przełożeniu jakiś dobijam do Makowej na krzyżówkę i tam ładuję grata na pakę. Dopiero wtedy jedziemy na Kalwarię. Nie tak to miało być! Ale trudno - pewnych rzeczy zabawowo mi traktować nie wolno.


Cerkiew warowna pod wezwaniem Św. Onufrego w Posadzie Rybotyckiej





A to już Rybotycze i
Gospodarstwo rolno rybackie i turystyczne "Nad Potokiem"
 

Rozglądamy się planując tu przyszłą bazę pod wypady, w sumie... czemu nie?


Jeden z gościnnych gospodarzy


Bez wątpienia towarzyski. Zakładam iż to wonnica piżmówka i do tego samczyk.
po czym rozpoznać samczyka?
po długości!!! oczywiście czułków. Po czym rozpoznać wonnicę? po zapachu piżma oczywiście - ale ja tam żadnych samczyków obwąchiwał nie będę, wybaczcie.

Ale dojazd dość ekstremalny





Prawda że kuszące? Podjazd taki, rzekł bym spory... To już droga na Arłamów - tym bardziej że następnego dnia miał tam startować Tour De Pologne! Światek rowerowy w całej krasie. 90% szosowców nikogo nie pozdrawia... oni są ponad takie ludzkie zachowania, oni są maszynami do wykręcania wyniku ;) 



My wprost odwrotnie! Dla nas każdy napotkany człowiek to okazja do pozdrowień, a każdy taki punkt wyzwala ochotę by sobie z nim zdjęcie zrobić

A to już sam Arłamów - wielkie nic, z zaje...ście drogim ośrodkiem na szczycie.


Jak pisałem wkoło światek rowerowy, więc samochodziarze zmuszani są do ustępowania nam pierwszeństwa, a sami poddawani badaniom na covidiotozę. Nas nie bada nikt, pewnie ochroniarze zakładają że jesteśmy jednym z teamów przygotowujących się do zawodów.  Bezczelnie z tego statusu korzystamy!

Wkrótce dojeżdżają do nas Agata z Bartoszem i już całą czwórką zwiedzamy sobie obiekt.

Czas na uśmiech ;) - a podjazd był naprawdę wymagający.



Gdzieś są zdjęcia nas wszystkich razem... ale nie u mnie, jak znajdę to wrzucę, podejrzewam że tkwią w czeluściach messengera

I kolejna panoramka
Dość tego dobrego - dwa łyki kawy, w papierowym kubku kosztowało więcej niż dwa dobre piwa na mieście, albo dwa kawałki niezłej pizzy! Oczywiście cennika nie ma nigdzie, a niby po co - przecież tu przyjeżdżają tylko tacy których stać...

Puszczamy się w dół, w szaleńczym pędzie, na licznikach mamy prędkości w okolicach 70km/h! Na samochód to nic, ale na rowery?

Paportno - niesamowity cmentarz w wielkiej pustce. Tu jeszcze jesteśmy na szlaku.

I teraz na Przełęczy pod Kiczerą powinniśmy jechać w prawo... tymczaem...

Pojechaliśmy prosto!!!

Takie błota to by najbardziej wymagających zadowoliły.

Samotny krzyż pośród lasu, kiedyś pewnie coś tu było... dziś...

Leszczyny... dotarliśmy do cywilizacji, ale kompletnie nie tam gdzie dotrzeć chcieliśmy!

kościółek pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu
I dla mnie to już koniec rowerowej przygody. Bartosz wraca po T5, ja wykorzystuję fakt że jestem na górce w stosunku do Makowej i staczam się w dół. tam jeszcze chwila oczekiwań i podjeżdża samochód. 

Panoramy z Makowej

Ta jest też z Makowej

A to już Kalwaria Pacławska

Sanktuarium jest franciszkańskie, więc jego duchowość i charyzmat bardzo mi odpowiada - tyle że czuję się jak syn marnotrawny.



Jak by kogo interesowało to obie panramy są spod wieży widokowej bo ta była zamknięta

Wielkie wspaniałe pole biwakowe - już tu się z Anią umówiłem na nocleg w T5 i potem cały dzień zwiedzania



Nadszedł czas powrotu - jeszcze tylko posiłek w Przemyślu i ... znów mamy farta! Odkrywamy świetny, niedrogi lokalik, z uroczym wystrojem, miłą obsługa i naprawdę świetnym żarłem!

A oto on

Agata z Bartoszem jeszcze zostają na jeden dzień, my z Aneczką musimy jechać do domów - ale jeszcze do Przemyśla wrócimy... jak Bóg da, oczywiście.