niedziela, 6 marca 2022

Kotelnica

Jeśli słowo Kotelnica rozpoznajesz bez błędnie i od razu to jesteś*:

A - turystą górskim
B - narciarzem
C - pracownikiem kuchni który smaży kotlety w specjalnym urządzeniu 

Jak myślicie?  

A ja myślę że trzeba było rankiem wstawać, pakować bety i zawijać się do samochodu, dobrze że z Aneczką to jest nawet czas na spokojne wypicie kawy. Potem już spakowani możemy jechać po resztę bractwa, w sumie i tak będzie nas blisko ćwierć setki... a może więcej, wiecie ja mam tylko dziesięć palców u rąk i powyżej tej liczby zaczynam się gubić ;) 


Już zgadliście czy czytacie nadal aby się przekonać gdzie jedziemy?

Oczywiście jak zwykle jedni czekają na innych, a potem i tak okazuje się że czegoś zapomniano, a ktoś jeszcze inny mówi by jechać bez niego, bo dojedzie sam... życie. Podziwiam ludzi którzy potrafią ogarnąć grupę powyżej 5 osób. Ale nic to, w końcu wszyscy zapakowani, usadowieni i jedziemy. Kierunek na Tarnów, bo musimy zabrać jeszcze Miłosza. Ja spałem u Aneczki by rano sprawniej się pozbierać, ale On został w domu i zaokrętujemy Go dopiero jadąc tam gdzie jedziemy...


Wiecie już gdzie jedziemy?

W sumie taka przerwa w drodze ma swój urok, nim się Miłosz zapakuje, jedni mają czas zapalić, inni wysikać się, albo... nakarmić koty! O tak karmienie kotów to podstawa, nigdy nic nie było tak istotne jak to ;) One chyba wyczuwają że coś się święci i w związku z tym domagają się karmy ot tak na wszelki wypadek... no wiesz gdybyście jednak nie wrócili...
Miłosz to minimalista, dobrze że sam Go spakowałem dzień wcześniej bo by nie zabrał nic, ale i tak miał pakuneczek najmniejszy ze wszystkich - telefon, ładowarka i jakieś swoje drobiazgi 9wiadomo że ubrania, już w samochodzie, żeby się z tym nie kłopotać w dniu wyjazdu. Wkrótce znów jesteśmy w drodze, nawigacja pokazuje nam kilka dróg, ale ja wiem swoje i jadę po swojemu, się będzie musiał Yanosik przyzwyczaić - zresztą i tak potrzebuję go tylko do ostrzegania przed suszarkami i lotnymi "filmowcami". Zamiast autostrady na Kraków, wybieram "starą czwórkę" i potem jazdę przez Jurków na Nowy Sącz, Krościenko i... 

No właśnie, i co?

Droga mija szybko i sympatycznie, dziewczyny sobie gadają, ja coś od czasu do czasu burknę - lubię taką jazdę, nie męczy jak samotne przeloty. Mimo środka tygodnia, udaje nam się ominąć korki, jedynie na "obwodnicy" Nowego Sącza utykamy na światłach, ale to mały problem, potem sprawnie skrótem dojeżdżamy do Białki Tatrzańskiej, a tam ciąg samochodów poruszających się z prędkością kulawego żółwia... trochę to trudne do akceptacji, ale w końcu udaje mi się jakoś wymusić włączenie się z podporządkowanej i jedziemy już na kwaterę.

Już wiecie co to ta Kotelnica?

Pozostała jeszcze kwestia znalezienia lokacji, a to w miejscowości takiej jak Białka Tatrzańska wcale łatwe nie jest, raz że trzeba uważać na samochody, dwa że na pieszych, trzy że trudno odróżnić zjazd na posesję od drogi wewnętrznej, a tę od drogi publicznej. No ale w końcu dzięki Ani u Yanosikowi znajduję lokację i zajeżdżam pod... Giewont! Znaczy mleczarnia tak się nazywa... (nie nie bredzę...sprawdźcie sobie sami, jak kiedyś będziecie). Teraz pora na rozpakowanie manatków, kawusię, ogarnięcie się i możemy iść. Na Kotelnicę rzecz jasna.

Wiecie już co zacz?

Rozpakowani, napojeni kawą, przebrani ruszamy, droga prowadzi nas kawałek środkiem Białki Tatrzańskiej - no jak sama nazwa wskazuje to ulica Środkowa, potem obok ślicznego drewnianego kościoła to tzw. "stary kościół" (z 1765 roku - więc od mojego młodszy o circa about dwieście lat, no ale w porównaniu ze współczesnymi to stary)  parafii 
św. św. Apostołów Szymona i Judy Tadeusza. Wkoło niego stary cmentarz (widać edykt jaśnie oświeconego Cesarza Józefa II to nie dotarł, nawiasem mówiąc zauważyliście że im bardzie oświeceni władcy tym bardziej nieludzkie edykty wydają?) Kawałek dalej mijamy nowożytny duży cmentarz i kierujemy się wprost pod wyciąg narciarski

Już wiecie A, B czy może jednak C? 

W kasach dziewczyny sprawdzają, znaczy głównie Aneczka - imponuje mi jej zorganizowanie, dane potrzebne na jutro, a dokładnie rzecz ujmując czy bardziej się opłaca karnet zjazdowy, czy zjazdowy z kąpielowym i jak to w praktyce wygląda, a ja powoli prowadzę wycieczkę wkoło wyciągu, między samochodami, przez jakiś mostek aż do drogi a drogą kierujemy się w górę. Podejście nie jest męczące, śnieg nie za wysoki, droga ujeżdżona, nieco wyżej zaczyna się głębszy ale też bez przesady. Aż na sam szczyt idziemy żwawo, poganiani podmuchami ostrego wiatru. Gdzieś zza drzew dochodzi przygaszony gwar górnej stacji wyciągu narciarskiego, można by tam zaglądnąć, ale chyba nie ma chętnych. Idziemy dalej przed nami Marków Wierch (913mnpm) i najwyższy w okolicy Jankulakowski wierch (838 mnpm). Tu myślałem o zejściu, ale ścieżka prowadząca w dół jest pokryta ujeżdżonym śniegiem i stale szusują tamtędy narciarze - musimy dołożyć drogi. Znaczy Ja i Aneczka spokojnie byśmy dali radę zejść przez Bukownę, ale reszta? Tego pewnym być nie mogę, za to wiem że w dole mamy przysiółek Białki czyli Kaniówki tam nas prowadzę

I co już coś w głowach świta?

W sumie to na Jankulakowskim mieliśmy ochotę na kawę, ale już zamykali lokal... jak widać góralom nieźle się powodzi, skoro stać ich na rezygnowanie z klientów... Potem był jeszcze obiekt restauracyjny (nie powiem atrakcyjny widokowo) pod Wysokim Wierchem (948 mnpm) ale już nam się nie chciało ani kawy ani nic - zmierzchało i to co dla Ani, Miłosza czy mnie jest normą (czyli powrót do latarek) w innych budził trwogę. Na szczęście zobaczywszy pod górną stacją wyciągu, już nie prowadziłem ścieżkę między drzewami, ale odnalazłem drogę, którą to auto tam wyjechało i nią zeszliśmy na sam dół... A tam atrakcja w sam raz dla mnie - łągodny stok o nachyleniu rzędu 0.5%... no na takim to ja mogę poszaleć ;)

Więc?

Potem już szybko do Środkowej i środkiem Białki, po drodze jeszcze niezbędne zakupy... nie dla mnie cały zapasik piwa (czyli to co najważniejsze) plus spożywkę miałem już kupioną i prosto do naszej "mleczarni". A teraz mapka i zdjęcia, a na koniec rozwiązanie zagadki. 


 

Stary kościół parafialny


Idziemy - za nami nowy kościół


Taraz widokowy - prywatny, ale się pakujemy na bezczela
Ania - Milosz - Kuba - Bernadetta - ja

Takie widoki

Mieszkaniec szczytów

Zaprzyjaźniamy się




Słońce zachodzi

Ale tu na grani jeszcze jest jasno



kolejna "nasze zdjęcie z panoramą Tatr" ;)



Górna stacja wyciągu na Wysokim Wierchu




Wasze Zdrowie


To już Kaniówki

A ten szczyt to mój cel na jutro... to oczywiście tradycyjne pytanie - o temat kolejnego postu.

Gerlach... co nie podobny?

 

* Oczywiście Kotelnica to jeden ze szczytów otaczających Białkę Tatrzańską. Nie ma tam szlaków turystycznych, nie ma schroniska - to mekka narciarzy, więc odpowiedź B jest prawidłowa.

piątek, 4 marca 2022

W Mielcu spacer na tropie Jankesów

Jak wiecie (no Putin nie wie, więc się nie wygadajcie, bo On tylko czyha na takie wiadomości ;) ) w Polsce rozlokowano elitarne pododdziały jakieś elitarnej dywizji z równie elitarnego korpusu jakiś wojsk. Nie moja sprawa - zakładam że coś w tym jest, aczkolwiek specjalnie sobie do głowy nie dobieram. Rosjanie na pewno przewidzieli taki ruch i jak pokazują zdarzenia nie przejęli się niem specjalnie. Zakładam iż ataku na państwa inne niż Ukraina nie planują, bo gdyby planowali, to pewnie teraz bym już tego posta pisać nie mógł.

Z drugiej strony, to zawsze jakaś atrakcja, sprzęt na żywo, Chinooki radośnie łopoczą nad głowami, obok z cichym pomrukiem silników przemykają humvee (o takiego to bym chciał mieć... i jeszcze w kopule jakieś MG-42 ma wypadek spotkania "miszcza kierofnicy" na swojej drodze - choć i czołówka była by dla takiego wystarczającą nauczką, a "hamwik" pewnie by się tylko zadrapał...

A do tego ci wszyscy przystojni, rośli, pewni siebie, sypiący dolarami nabuzowanie testosteronem spadochroniarze... nie dziw że tyle wycieczek w okolice ich stacjonowania widziałem tego dnia.

Aneczka oczywiście także iść chce... no muszę Ją pilnować!

Dzień wcześniej mieliśmy w Rzeszowie wieczór teatralny, więc nie było sensu wracać i zostałem już w Mielcu, zatem poranny spacer, był czynnością równie oczywistą jak umycie zębów i wypicie kawy.

Jak widzicie żaden rekordowy dystans,ot taki spacerek, za rączkę, przegadany... sama radość. W sumie to przecież po to poszliśmy, fajnie jest gdy dwoje ludzi dobiera się pod kątem tego co lubią robić. Ale to już w dorosłym wieku, w młodości "myśli" za nas biologia, szukamy (nawet nie, biologia za nas szuka) partnerów z którymi będziemy mieli udane biologiczne potomstwo, to czy będziemy z nimi szczęśliwi, już dla matki Genetyki nie ma większego znaczenia, o ile tylko na świat przyjdą nowi ludzie, ze zróżnicowanym garniturem genów i wydadzą nowe pokolenia. To taka gra matematyczna.






Oczywiście skrypt bloggera wstawił zdjęcia w odwrotnej kolejności - głupota programistów jest niereformowalna. Tyle że w tym przypadku nie ma to większego znaczenia - ot po prostu spacer.

Zdjęć sprzętu, ani ludzi nie zamieszczę... bo ich nie robiłem, po co? Nie moja działka, są blogi poświęcone obserwacjom ruchu powietrznego, są blogi poświęcone militariom - tam je znajdziecie, chyba nie ma sensu bym i ja je pokazywał?

A teraz łapki w górę, kto spodziewał się takiego kierunku i tematu posta?
Jak ktoś zgadł, to niech sobie kupi w nagrodę co będzie chciał - należy się.

No fajnie, czyli... kto zgadnie gdzie zabiorę Was w następnym poście? Dla ułatwienia dodam że mam nowy aparat i zdjęcia będą duuuużo lepsze... 

środa, 2 marca 2022

We mgle pilnie bacz byś trafił na Turbacz

A mgła jest jak diabli, wpierw myślałem że ten szum we łbie i mgła przed oczami to efekt wieczornej balangi, ale niestety... to działo się na zewnątrz mnie. Wyglądało to jak permanentny opad wiatro/deszczo/gradu ze wszystkich kierunków na raz i połączony z zachmurzeniem sięgającym 125%. Chyba już wolał bym mieć kaca giganta...

Ale nic to robię kawkę sobie, zalewam zupkę chińską, wkrótce schodzi też i Jacek - jemu również kawkę serwuję (przezorny zawsze ubezpieczony - wiecie zdradzę Wam sekret, jak gdzieś jedziemy to zamawiam kawkę np na Orlenia albo CirkleK, i do tej kawki biorę sobie cukier - tyle że zawsze za dużo i te nadmiarowe saszetki trzymam w woreczku w plecaku - są jak znalazł, w takich wypadkach!)

Niedługo na dole są też Piotr z Mariuszem, czyli ruszamy, nie poczekamy aż reszta bractwa wstanie, w sumie jak tak na nich patrzę akurat jedzenie jest ostatnią rzeczą o której marzą. I ok. Nieraz już tak było, że ze schroniska ruszałem na długo przed innymi. 

Inna sprawa że na ten syf na zewnątrz wychodzić się nie chce... :(

Ale trzeba,nawet nie to że brak miejsc, pewnie i z tydzień byśmy tu mogli mieszkać, pieniędzy by nam starczyło, trzeba by tylko jakiegoś ochotnika na dół wysłać po zapasy szkła i aluminium, ale trzeba wracać do pracy, a z bezpiecznego pojutrze dniówka, zrobiło się rankiem jutro dniówka i to już nie jest fajne...

Pasuje wrócić tak by jeszcze zdążyć zrobić zakupy, zarzucić ciuchami pralkę, ogarnąć miliard drobiazgów, które nic nie znaczą ale ogarnięte być muszą i iść się wyspać. Czyli im wcześniej będziemy w domach tym lepiej.

Więc wychodzimy, cicho i bez pożegnania, w deszcz, wiatr i śniegi... ;)

Podejść niewiele, dominują zejścia, ale wiecie, przy oblodzeniu i topniejącej skorupie lodowej pod którą płynie woda... schodzenie bardziej w kość daje niż wspinaczka. Zresztą przeżyli to na własnej skórze młodzi ludzie którzy szli tędy dzień przed nami,musieli wzywać GOPR bo sami nie dali by redy zejść. 

Śniadanie mistrzów, kawa, pischingerek i zupka chińska w psiej misce... tak w psiej misce, bo wiecie dokładnie taka sam miska z napisem "miska turystyczna" kosztuje 28 zeta, a ta z napisem "turystyczne poidło dla psów" kosztuje 8 zeta... Sami rozumiecie,nie jestem jakimś człowiekoszowinistą i argument finansowy do mnie przemawia bardziej niż metka ;)  
 

Widzicie co jest za oknem? Mielibyście sumienie wygnać tam psa, kota, czy choćby myszę?

A tak zewnętrze wygląda od wewnątrz zewnętrza 



a za mną ju z tylko wilki...



Tu gdzieś prowadzi szlak na szczyt Turbacza, ale jest doszczętnie zasypany,nie ma sensu błądzić idziemy wprost pod schronisko

Otóż i ono, w całej swej zachmurzonej krasie



Na zewnątrz zewnętrza,czyli wewnątrz schroniska

jako że szczytowałem tu już wiele, wiele razy, przeto zostałem przy betach, a Chłopaki w trzech wydarli na szczyt pod obelisk, potem już tylko spokojny, odpoczynek w schronisku, dojadanie resztek, dopijanie ostatków i mobilizacja ostatnich rezerw silnej woli, bo schodzić się nie chce.



Schroniskowa izba pamięci

i just called to say i love you
zgadnijcie do Kogo?

zimowe post appo ;)

Idziecie na skróty przez kopny śnieg, czy drogą jako tako odśnieżoną...
My poszliśmy drogą - dzień przed nami skrót wybrała grupka młodych ludzi, skończyło się wzywaniem GOPRu



Gorczańska kaplica - swoją drogą muszę tu kiedyś z Aneczką na mszę trafić



Asfalt!!!! - cieszyliście się kiedyś na jego widok?

Jesteśmy w Kowańcu, przysiółku Nowego Targu, zostajemy na pętli, czekając na autobus który ma nas podwieźć na dworzec. I tak się dzieje. W sumie nie jest ciężko trafić, o ile wcześniej umówicie się z kimś że powie Wam gdzie wysiąść.
Sam dworzec tak sobie, znaczy mega do niczego - niby otwarty i ciepły, ale ani jednego kebaba w pobliżu, ani w ogóle nic... taki no man lands do tego wejście obwarowane półmetrową stertą śniegu niczym szańcem.
O kasach czy informacji zapomnijcie... Ba nawet wewnątrz nie słychać tego co mówią megafony na zewnątrz!

Patrzymy na rozkłady jazdy i wychodzi że mamy ponad godzinę do pociągu, postanawiamy walnąć na miasto i coś sobie do zszamania zafundować, bo głodno się zaczyna robić.


Tym sposobem trafiamy na lazanię w jadłomani - nie powiem pyszna ale cena taka że mielibyśmy po dwa kebsy i piwo za jedną!

Miny mówią same za siebie - głodu nie czuć, ale satysfakcji także nie

I znów na dworcu...
 
A tu jak pech to pech, jakiś wariat wjechał pod pociąg osobówką. Linia zablokowane, pociągi opóźnione 20 minut i tak po kawałku, zamiast od razu zapodać - "porzućcie wszelką nadzieję, krócej niż dwie godziny nie będzie", to nam tak dawkują wkur..enie!

W końcu Mariusz nie wytrzymuje  - rzuca hasło "idziemy na autobus i to jest STRZAŁ W DYCHĘ!!! kursują do Krakówka co paręnaście minut i nie ma problemu z opóźnieniami - oczywiście z założeniem ze nie bezie korka na "Zakopiance" - ale mamy farta - nie ma.

A to już dworzec w Krakowku


Wkrótce jesteśmy w Tarnowie, Mariusz rozwozi nas po domach (nie pił od wczoraj nic - biedak), szybko mobilizuję Mikołaja, jedziemy do sklepu, uzupełniamy zapasy na dzień następny, pakuję ciuchy do pralki,siebie pod prysznic a potem od kołderkę. Rano obowiązki zawodowe budzą mnie o piątej...

Zgadnijcie gdzie zabiorę Was w następnym poście?

SUPLEMENT!!!
To nie fejk - takie były zaspy

Nie każdy dotrze do mety...