Ceprostrada - cóż to takiego? Zapytacie. I rację mieć będziecie. To mało popularne określenie, albo inaczej, bardzo popularne ale pośród niewielkiej grupy ludzi. Rzecz jasna to określenie pogardliwe, odnoszące się do rzeszy ceprów przelewających się z doliny Morskiego Oka - do Doliny Pięciu Stawów Polskich, przez Szpiglasową Przełęcz - tu opis.
Czy nam to przeszkadza? W najmniejszym stopniu! Osobiście wolę równie łatwy szlak przez Świstówkę który otwiera panoramę na "całą Polskę", ale Tak zaplanował Piotr i dyskutował nie będę.
Bo ta trasa jest w pełni Piotra trasą autorską - sam zaplanował, sam zrobił rezerwację, sam prowadził samochód - niesamowity facet. Wszystko bez jednego zacięcia, doskonała organizacja, przeliczenie czasu, drogi, ekwipunku, trasy alternatywne lub odwrotu przy załamaniu pogody. Jeśli wybierać się będziecie kiedyś w góry, to szukajcie kogoś takiego jak on - nie zawiedziecie się.
Odpalamy zaraz po ostatniej nocnej zmianie - dzień wcześniej już wszystko spakowane tkwi w plecakach, ostatnie kontrole nie przynoszą nowych gadżetów koniecznych do zabrania (i tak zapomniałem niezbędnika). Jedziemy do Zakopanego. Piotr wybiera trasę przez Kraków i na "Zakopiankę", intuicja dobrze mu podpowiada, nie ma zatorów, jazda jest płynna i stosunkowo szybka, za to w drugą stronę zatory ciągną się bez mała pod Myślenice, obłęd.
Przy okazji oglądamy sobie (komfort pasażera) prace które "wrą" na budowie "nowej zakopianki".
Parkujemy pod krokwiami, miejsca jeszcze jest sporo, w weekend było by krucho o tej porze, ale jesteśmy "w środku tygodnia". Szybko łapiemy busa w czym pomagają stręczyciele (naganiacze - dla osób delikatniejszej skóry) i jedziemy do Palenicy Białczańskiej - dziesięć zeta nas to kosztuje od łebka!!! Niech im Bóg wybaczy... bo ja za cholerę nie jestem w stanie!
Potem jeszcze tylko opłacić wejście do TPNu - kolejny raz przekonuję się że nie honorują karty PTTK'u - nie żebym był zdziwiony, bo wcześniej też nie honorowali - ale liczyłem na przyjemne zaskoczenie ;-). W zasadzie spokojnie bym mógł przestać opłacać składki - robię to tylko dla ubezpieczenia, znaczka i z sentymentu.
Po zdarciu z nas skór, górale przestają się nami interesować, zostajemy tylko my, góry i setki turystów z obłąkaniem w oczach, nie wiedzących czy iść, czy abordażować fasiąg, czy może zawrócić, póki jeszcze można...?
Ładujemy toboły na grzbiety i hajda na szlak. My wiemy, gdzie idziemy, jak idziemy, ile nas to będzie sił kosztowało, generalnie, czujemy się w tym towarzystwie zgoła elitarnie, to co dla tamtych będzie celem, dla nas jest tylko wstępem.
Zobacz trasę w Traseo
Od Morskiego Oka do Szpiglasowej wyłączył mi się zapis trasy (pewnie zbyt długo trwał okres bezruchu), musiałem potem edytować ręcznie.
Od Morskiego Oka do Szpiglasowej wyłączył mi się zapis trasy (pewnie zbyt długo trwał okres bezruchu), musiałem potem edytować ręcznie.
Rozkładamy kije, poprawiamy plecaki i w drogę, nikt nas nie wyprzedza - no chyba że zatrzymujemy się by zrobić zdjęcia, ale to krótkotrwałe "wybryki". Reguła jest taka że my idziemy a oni zostają w tyle.
Wpadam do środka, wbijam pieczątki w pięczętariusz, kupuję sobie wpinkę z Orlą Percią bo takiej jeszcze nie mam i gonię za kolegami, daleko nie muszę, czekają koło TojTojów, nie ma co romantyczne sobie miejsce wybrali na spotkanie, ale trudno.
Wodogrzmoty
No coś tam ciurczy... trzeba by przyjechać wczesną wiosną na roztopy to faktycznie by grzmiało, teraz jeno dudni.
Po drodze mijamy wyładowującą się z fasiąga niemiecką wycieczkę. Przewodnik wrzeszczy na nich coś co w moich uszach brzmi jak alles zu mir ciule (ale moglem się przesłyszeć... wietrznie było) co oni skwapliwie z niemieckim ordnungiem realizują.
Do schroniska docieramy po półtorej godzinie - pół godziny szybciej niż szlakowskazowy czas, nie jest źle. Niezła rozgrzewka.
W samym schronisku tłoczno, gęsto i klimat nie ten. Trochę sensownych ludzi, traktujących Morskie jak przystanek ale gross to wczasowicze. Wbijam pieczątkę i już by mnie tam nie było, gdyby nie koledzy, w sumie to co mi szkodzi sieknąć sobie kawusię, gdy oni będą uzupełniali płyny piwem? A swoją drogą kawusie w górskich schroniskach mają jeden ogromny dla mnie plus - nie wiem czy zwróciliście uwagę - nie chodzi o smak, aromat itp. chodzi o to że oni tam stale mają gar z wrzątkiem i na kawę się po prostu nie czeka. Wyskakuję z sześciu zeta i już mam dymiąca filiżanę w łapkach.
Do kawusi zagryzam przyniesiony z Tarnowa batonik ciniminis z Biedronki (polecam, lekki, syci a nie obciąża bebechów, smaczny - od wielu swych odpowiedników możliwych do kupienia w sklepach sportowych różni się głównie ceną).
Z Żabim w tle.
Chwilkę kręcimy się jeszcze po okolicy i ruszamy dalej.
Jak by kogo interesowało to od prawej:
Mnich, skryty za nim Mniszek, ledwie łeb wystawia, Cubryna z Wielką Galerią Cubryńską ładnie podkreśloną poziomym pasmem śniegu, oraz trzy Mięguszowickie: Wielki, Pośredni i Czarny. Rzecz jasna na skraju z lewej jeszcze Kazalnica.
Przed nami Ceprostrada
Powoli nabieramy wysokości i humorów.
Ludzi coraz mniej, a co co idą tędy, pomimo miana szlaku, rzadko kiedy wyglądają na ceprów.
Powoli otwierają się widoki na Czarny staw pod Rysami
No tak - w porównaniu z nim to jesteśmy ceprami...
Dzwonek alpejski
A tu już w okolicach dwóch tysięcy zaczynają się panoramy i przestrzenie - po te widoki warto się wspinać, choć to raczej mozolne wchodzenie po schodach nie wspinaczka.
Statycznie
i z dźwiękiem.
Na przełęczy.
ale jeszcze szczyt męczy.
Czarny Staw w Dolinie Pięciu Stawów
Jarek zostaje przy plecakach. Odjuczeni z Piotrem nagle zaczynamy się czuć bez mała jak Armstrong na Księżycu.
Rzucam hasło by Szpiglasowy wierch zdobywać "metodą alpejską" czyli "na lekko i biegiem" i zasadniczo nam się udaje - tyle że w pewnym momencie ilość wdychanego powietrza zaczyna być mniejsza niż nasze zapotrzebowanie na tlen i pomimo robienie trzech wdechów na jeden wydech, nadal mamy niedobory tego pierwiastka w płucach.
Ale co tam - szczyt zdobyty.
Przy okazji testuję Hammerta - który spada na skały kilka metrów niżej (wymsknął się z kieszeni gdy zeskakiwałem z półki), jedyny uraz to delikatne zadrapanie na otaczającej go gumowej osłonce. Jest super.
A przed nami otwiera się Dolina Pięciu Stawów Polskich
się otwiera
się jeszcze bardziej otwiera...
Złocieniec Alpejski - już przekwitł (albo się mylę)
Jak dzieci
Idąca za nami rodzina z Gdyni, także zbacza pobawić się w śniegu, widząc że my weszliśmy i żadnym wypadkiem to się nie kończy.
Świstówka.
Od zawsze Świstówka myli mi się ze Szpilówką (okolice Iwkowej - Pogórze Wiśnickie).
Dolina pod słońce
Przedni Staw ze Świstówką w tle.
Kamyczek - zdania co do niego są podzielone. Znam takich co mają na nim zrobione zdjęcia i takich którzy twierdzą że jakiekolwiek zbliżanie się jest srodze zabronione. Nie zamierzamy testować tych opinii.
Schronisko.
Nas apartament.
I wyciąg z regulaminu.
Przede wszystkim kąpiel, choć Piotr jednak woli nawiązać wpierw łączność z żoną, problem w tym że zasięg jest kiepski łamane przez żaden. Nie mniej jednak nie ustaje w pelengowaniu. Ja walę pod prysznic, a potem po kawę, dojadam szarlotką, zagryzam batonikiem i mogę myśleć co dalej z tak pięknym późnym popołudniem. W końcu dołącza do mnie wykąpany Jarek - Piotr nadal pelenguje. Ja prędzej nawiązuję łączność z domem za pomocą fejsa, bo jest tam darmowe WiFi. Akurat dzień rozdania świadectw. No jest się czym pochwalić, jest (za kilka dni skubniemy Media eksperta na ponad 120 zeta).
Na werandzie jakieś dwie lamy koniecznie chcą zwrócić na siebie czyjąś uwagę, pewnie liczyły na "podryw w górach" albo się naoglądały debilnych reklam pewnego napoju... Tymczasem nic z tego, weranda pustoszeje i zostają same. My z Jarem idziemy pospacerować - Piotr nadal pelenguje.
Wieczorem przy piwku tak lubiane przeze mnie rozmowy schroniskowe. Skąd jesteście, jakim szlakiem idziecie, jakie przygody, warunki, spostrzeżenia? Schroniska zbliżają ludzi. Piwo smakuje wyśmienicie, rozluźnia... powoli zaczyna dawać o sobie znać, nocna zmiana... walimy się na koje... jutro czeka nas jeszcze większa przygoda.































