Budzimy się... eufemizm, nie śpimy od wieczora, to tylko drzemki, przerywane utarczkami z psem, któremu się ubzdurało że jest obrońcą... Choć myślę że Piernik (Kudłach, Kluchacz itp.) się po prostu bał. I to strach nakazywał mu szczekać na najmniejszy szmer, na wiewiórkę i na... popielicę - choć nie gwarantuję że to była ona i oczywiście na wielkiego psiura z okolicy. Z drugiej strony taki "auto alarm - to dobra sprawa - nie ma szans by ktokolwiek się zbliżył i cokolwiek zabrał z biwaku. Inna sprawa że wartościowe drobiazgi po prostu mamy ze sobą albo są zamknięte w samochodzie.
Młodzi jeszcze śpią - no taki już ich urok. trudno co ja im na to poradzę? ja pije już drugą kawę - bo ja pije dwie słabe a Aneczka jednego szatana. A potem składamy nasz namiot, nasze materace itp. bierzemy Piernika i idziemy na spacer wkoło zalewu.
 |
Śniadanie mistrzów
|
 |
Się otwierają - ale wygląda na to że wyżerka będzie fajna...
|
 |
Taki bulwar
|
 |
Sopockie (bądź co bądź) molo - chyba nawet je wolę.
|
 |
A plaże co... gorsze niż te nad morzem?
|
 |
| Dobrze nam... |
|
 |
A to na następny wyjazd
|
 |
| Zapora |
 |
Oj - nie odpuszczę mój kajak już za tym zalewem tęskni
|
 |
A potem wchodzimy w las
|
 |
I fajnie jest, ciekawie, ścieżki, kapliczki...
|
 |
Widoczki - ale to już po zatoczeniu pętli
|
 |
| Kwietnik |
 |
Takie domki "u nas" na polu namiotowym... Ale niestety ruina...
|
I tyle pobytu, wrzucamy wszystko w czeluście Transportera, wrzucamy się tam sami i... witaj kolejna przygodo.
Spływamy! Rezerwacje nie popttrzebne - przynajmniej "na tygodniu" w weekend może być tłumniej. Ale nie musi. Lepiej żeby nie było. Odcinek wspaniały! Szybki, meandrujący, sporo konarów, pniaków... bajka - ale żeby utrzymać się w nurcie trzeba sporo walczyć, a i tak często walimy w brzeg lub pniaka.
 |
Cymbał dwa razy wyskakiwał - był niewyspany po nocy i marudził jak małe dziecko, ale po drugim razie chyba najadł się strachu i już nie próbował kozakowania. Wkrótce zresztą wbił się w mój kapok i poszedł spać.
|
 |
Trzeba się było całkiem położyć
|
 |
kacze opowieści
|
 |
A to już Chata Rybaka i przenośka - nie da się inaczej. To dawny młyn i całość nurtu jest zaadoptowana na jego potrzeby.
|
 |
Czekamy na Julie i Mikołaja
|
 |
Rozglądamy się.
|
 |
Czekamy aż inni odpłyną żeby nie robić zatorów na rzece - przy okazji chwila odpoczynku i rozprostowanie nóg
|
 |
Takie klimaty
|
 |
A Piernik pilnuje by nikt nie został
|
 |
| Zarośnięte |
 |
| zawalone |
 |
Piękne!
|
 |
I te mostki
|
 |
A to kolejny stary młyn - niestety nie miał tyle szczęścia co ten w Bondyżu...
|
 |
Koniec - 17 km minęło jak mrugniecie okiem...
|
 |
Jeszcze tylko Julia i Mikołaj dopływają - bus kursuje cały czas - zabiera kajaki i ludzi i teraz to nawet dwa busy i zabierają wszystkich. No taką organizacje to ja rozumiem.
|
I co... jedziemy jeszcze do Zamościa. Czemu? A tak. Bo czemu nie?
Chciało by się pozwiedzać - ale trzeba coś zjeść - ja bym wolał pizzę lub kebaba... no nawet chyba bardziej na kebaba... ale idziemy no knajpy azjatyckiej...
 |
No na kudłatego przyjaciela to zawsze coś do puszki wrzucimy
|
 |
WOW - dużo i smacznie!!! PYCHA!!!
|
 |
Kudłacz zjada mi pół porcji - ale trudno - cóż zrobić!
|
 |
Kościół pw. Zwiastowania NMP - barok... ale klasycyzujący już
|
 |
Podcienia - brakuje mi ich w Tarnowie
|
 |
Nasza ekipa
|
 |
Całkiem przypadkowa modelka
|
 |
Druga tablica - pierwszy rząd od góry - trzeci znaczek od lewej
|
 |
ładnie tam
|
 |
hmmm - czyżby kobiety bez facetów schodziły na psy? ;)
|
 |
Ładnie w tym Zamościu... Ale wracamy, po drodze jeszcze... Szczebrzeszyn
|
 |
Czemu Szczebrzeszyn? Bo przecież bez chrząszcza się nie liczy
|
 |
A tam cała gama... szarańczaków i ani jednego chrząszcza ;)
|
Tyle przygody - wracamy do domów, jest zmęczenie ale i ogromne zadowolenie... a przecież ani wakacje ani lato się jeszcze nie kończą.