Czy trzeba pisać więcej? Ci którzy wiedzą o co chodzi, to wiedzą już wszystko, a całej reszcie i tak nazwa niewiele powie... No ale w końcu po to tego bloga prowadzę, żeby pisać Wam i... sobie na pamiątkę.
Trasa jak to zwykle z grybowską ekipą bywa, przygotowana perfekcyjnie, wielokrotnie objeżdżona i skontrolowana. Ostatni raz na dzień przed przejazdem, żeby niespodzianek nie było.
W zasadzie to są trzy rasy - mocna, średnia i rodzinna. Ta mocna jest rzeczywiście mocna, średnia wymaga niezłej kondycji i umiejętności, a rodzinna to też nie dla mięczaków... nie mniej jednak wszyscy dali radę, czyli po raz kolejny brawa dla organizatorów za świetną robotę - o to wszak chodzi, utyrać się, ale dać radę.
Zbiórka w Ptaszkowej, przy ośrodku sportowym Jaworze. Naprawdę fajny obiekt.
Ostatnie formalności, my zrobiliśmy to znacznie wcześniej więc teraz w spokoju możemy dokonać ostatnich przeglądów przy rowerach, albo po prostu postać i pogadać, odświeżając lub zawierając znajomości.
Grybowska Grupa Rowerowa przystępuje do wykonania Gaszyn Challangu do którego my ich nominowaliśmy. Polega to na zrobieniu 10 pompek i wpłaceniu jakieś tam kwoty na jedną z fundacji pomocowych. Trzeba im przyznać że sprawnie to poszło.
A potem ruszamy - wpierw ci którzy mają trasę najbardziej wymagającą, potem my na średniej i jako ostatni rajd rodzinny. Wszystko jest tak pomyślane że koniec końców i tak wszyscy zjadą się mniej więcej w tym samym czasie.
Początek jest łatwy, tak na rozgrzewkę, wkrótce jednak rozpoczną się podjazdy, przejazdy wąskimi przepustami pod trasą kolejową, lasy, pola... będzie się działo. Nawet nie mam specjalnie kiedy zdjęcia zrobić.
A tereny naprawdę malownicze.
W oczekiwaniu na przejazd pociągu
Skrzyżowanie pod Wojciechową Górą.
Nie wszyscy muszą "drapać" się na nią, ale chyba nikt nie został.
Wojciechowa Góra 555 m.n.p.m.
I niesamowite widoki stamtąd
Potem zjeżdżamy do Grybowa, zjazd jest fajny, nie powiem, ale zawsze wiąże się ze świadomością, iż potem znów trzeba będzie cisnąc pod górę... No cóż takie uroki rajdów górskich, a to wszak już Beskidy.
Kościół p.w. Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej
W samym Grybowie króciutki postój na podciągnięcie rozwleczonego składu i zaraz jazda dalej. Jakiś czas nie ma większych podjazdów, za to jest sporo terenu, wąska kładeczka i nieco błota, ot takie peryferie miasta, w sumie bardzo lubię takie tereny. Są ciekawe i nieoczywiste.
Wkrótce jednak znowu zaczynamy podjazdy, mniej lub bardziej strome - ale także coraz bardziej widokowe.
Aż do góry Wawrzka 515 m.n.p.m - niby nic wielkiego ale wysokość zdobywana praktycznie od poziomu rzeki Białej, czyli podjazd wymagający był.
Kościół p.w Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny
Światowe centrum apiterapii
W chwilę potem wjeżdżamy w lasy, przed nami największy podjazd podczas tej przygody, co prawda droga prowadzi przez przełęcz - ale wiecie jeśli z jednej strony jest Dział 861, z drugiej Kopiec 871, z trzeciej Ubocz 819 - to nisko być nie może...
Bogusza i kościół pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego
Tu gubię resztę peletonu, nie wiem jakimi jadą drogami, terenu nie znam, wybieram opcję bezpieczną czyli jadę głównymi traktami na Ptaszkową a tam szukam wjazdu na Jaworze. Ma to zresztą swoje dobre strony gdyż pozwala mi na rozmowę z innymi którzy też się odłączyli. Tempo przejazdu nie było mordercze, ale było stałe i wymagające, więc na fotografie, czy rozmowy zwyczajnie brakowało czasu.
A oto i owoż Jaworze.
Odrobina wysiłku i jesteśmy na miejscu, prawie wszyscy już tam są. Otrzymujemy michę z bigosem, piwo kawę - jest czas na regenerację,zabawę, poznawanie się z innym. A wszak sporo tu ludzi przyjezdnych, bo i z Gorlic, i z Muszyny, i z Nowego Sącza... My z Tarnowa...
A bym zapomniał! Potem była jeszcze loteria! Nic nie wygrałem, ale Marek dostał naprawdę fajną bandanę w barwach Grupy Grybowskiej.
Jak dla mnie był to pierwszy Rajd Grybowski i wiece co... na ten jesienny już jestem zapisany!





















