No co... przysłowia powinny ewoluować. No wiecie na zasadzie evolve or die, kto nie maszeruje ten ginie a co ma wisieć nie utonie. W zasadzie nawet powinienem napisać "w morcu jak na Gorcu" - ale wiecie bojem siem że mi jakiś profesorek czy inny purysta słomę z butów wyciągać zacznie i pal sześć z tym że naśmieci, ale w stopy zacznę marznąc.
A jak jest w marcu na Gorcu? A tego to nie wiedziałem, i postanowiliśmy się przekonać - no bo czemu niby unikać takiej nauki? W ogóle nauka to potrzebna rzecz! Znacie to przysłowie... ucz się dziecię ucz... nauka to potęgi klucz, a jak już będziesz miał wszystkie klucze to zostaniesz woźnym! A Sokrates rzekał był przy byle okazji (całkiem jak ja w szkole) - "Οἶδα οὐδὲν εἰδώς" co się po ludzku czyta (Oîda oudén eidṓs)... w sumie nawet w transliteracji po ludzku to nie brzmi, zatem musimy spolszczyć i nadać tejże sentencji formę przysłowiową - czyli: "człek się całe życie uczy a umiera głupi"... i tego się trzymajmy. Niech nam przykro nie będzie.
Z drugiej strony empiria jak artyleria królową tyle że nauk a nie pola walki. Zatem wystarczy empirycznie stwierdzić jak na Gorcu jest w marcu - no czy to takie trudne?
Wcale nie trudne, najtrudniejsze jest skrzyknąć ekipę na jeden dzień, potem już z górki, znaczy pod górkę, bo Gorc to górka. czyli z górki bo pod górkę, a potem z górki, bo jak się weszło to zejść trzeba i... no taka kołomyja życiowa, jak Maanam śpiewał "z dołu do góry, z góry na dół"...
Bartosz przywozi mi Aneczkę i jeszcze jedną koleżankę Aneczki z Mielca a reszta jakoś się organizuje na miejscu i ruszamy. Ludziów w sam raz, żeby T5 na pusto nie gonić.
Na punkt startu wybieram Szczawę, choć trasy kreśliłem i z Ochotnicy i z Mszany, po prostu ten punkt startu zapewni że wrócimy jeszcze w miarę za światła dziennego, ale na tyle wytuptani by opłacało się jechać.
Jak wydać fajny kopczyk nam się był wykreślił.
Wpierw foty podesłane przez towarzyszy niedoli.
 |
Piotr cyka, Ele się Uśmiecha, Basia się chowa za Elą, Ja stoję ja zawsze z miną Komorowskiego udającego że jest inteligentem, Aneczka promienieje, marek chyba chciał coś powiedzieć, Stach ja zawsze ma wyje..ne, a Bartosz zamyka grupę.
|
 |
Lubię być z Nią
|
 |
Popas na Nowej Polanie
|
 |
Hala Świnkówka
|
 |
Gorc - jak jest każdy widzi
|
 |
Na wieży
|
A teraz moje:
 |
Kościół pod wezwanie Najświętszego Serca Pana Jezusa w Szczawie. stąd startujemy.
|
 |
przejazd robią, nad Głębieńcem - potok taki, no nie był bym sobą jak bym nie wlazł...
|
 |
Na Gorcu jak w morcu, słuńce świci, śnig lyży, wiotr wieje... no tak to się zwykle dzieje
|
 |
Aneczka nawet nie wie, że mam to zdjęcie - nieuczesana i nie gotowa, ale dla mnie właśnie w takich momentach wygląda najpiękniej
|
 |
Za nami widok na dalsze góry, ale niestety kontrast świetlny jest taki że prymitywne aparaty w komórka nie wyłapać w stanie tego wyłapać.
|
 |
Gorc już widać, jak na wyciągnięcie łapki
|
 |
I to jest też element przysłowia w marcu jak na Gorcu
|
 |
A potem odjęło mki kolor - znaczy ja coś macnąłem na ekranie i nim się zorientowałem wszystkie zdjęcia na Gorcu Kamienickim mam czarno białe...
|
 |
Nad czym nie ubolewam wcale
|
 |
Skrzynka z pieczątką na wieży
|
 |
I widoki z tejże, znaczy z wieży nie ze skrzynki
|
 |
Korbianie i goście pod wieżą
|
 |
| Młynne |
 |
Knapy to już czy jeszcze Motawy?
|
 |
A lepiężnik sobie kwitnie
|
 |
Wnętrze kapliczki domkowej przy drodze do Szczawy
|
 |
I stary kościół pod wezwaniem takim samym jak ten na zdjęciu pierwszym czyli NSPJ
|
A potem powrót.
W tym samym dniu miałem odebrać z dworca Ukrainkę z dzieckiem, którym ofiarowałem schronienie u siebie (Boże ale mi Ania o tą kobietę głowę suszy...) więc tniemy do Tarnowa, a że Bartosz nie pijący (bo i tak musi do Mielca jeszcze jechać z Aneczką i Basią) więc sobie spokojnie piwka zażywam, w czasie gdy On T5 prowadzi. No nic - towarzystwo głodne, wpadamy do jakiegoś zajazdu, ale tam weselisko i rezerwacje - w ostateczności dobijamy po prostu do Tarnowa i lądujemy w Grande Forno - gdzie pizza jest naprawdę świetna. Zostawiamy większość ludzi, dalej jadę ja, Marek którego mamy odwieźć do domu i Bartosz który prowadzi. Wpadam na dworzec jak furiat, bo już kilkanaście minut po czasie. No są - dwie osoby babcia z wnuczką... Pakuję je szybko do samochodu - są ewidentnie przerażone. No ale jak im wytłumaczyć że tam pizza stygnie? Gdzieś dzwonią, płaczą - potwierdzam że ja to ja i że to ze mną były umówione - uspokajają się dopiero jak widzą klucz w drzwiach i że mogą się zamknąć - rano już będzie lepiej. Lecz ja z Bartoszem jeszcze na kolację... w miłym, zacnym górskim towarzystwie - vi wiecie co.... trzy DUŻE pizze weszły jak woda w piach.
 |
Smacznego...
|
Do następnego razu