Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kajaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kajaki. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 października 2020

KOszMARnY rejs, czyli - Miłosza po Dwudniakach spławiam.

Dwudniaki - nazwa pochodzi od ilości dni pańszczyzny jakie byli zobowiązani odrabiać chłopi. Straszna rzecz pańszczyzna... ale ja bym się chętnie z takim chłopem zamienił. Policzcie sobie. TYLKO dwa dni pracy, i to pracy JEDNEJ osoby z gospodarstwa, a dziś trzy i pół dnia i to wszystkich mających jakiekolwiek dochody! Oczywiście pańszczyzna była wybitnie niefajnym systemem w porównaniu z dobrami... kościelnymi, bo tam obowiązywała dziesięcina! Czaicie to?! Dziesięć procent podatku!!! I już wiecie na czym polega tzw. postęp społeczno ekonomiczny...

No ale wróćmy do Dwudniaków - Onegdaj pańszczyźniana wieś, położona na gruntach cokolwiek podłych, bo w pobliżu jest też miejscowość trzydniaki (i tak znacznie niższy wymiar daniny niż obecnie), jak łatwo się domyślić tam grunty były urodzajniejsze. - A mnie znowu na dygresje nabrało... klątwa jakaś, albo karma?

Więc tak - wracam z pracy, lato, dzień długi, głupio tak siedzieć na tyłku. Korba milczy, Bikersi także - no jest pewna pustka. Ale jest też CHMS Beskidnick i jest Miłosz, Mikołaja gdzieś poniosło. Bywa. Na szczęście z Miłoszem nie ma przepychanek - jedziesz popływać? Jadę! Szybko i po męsku. Tak lubię.

Zarzucam kajak do bagażnika i jedziemy - fajnie - ale przecież zamknęli most w Ostrowie - ciekawe że żaden urzędas nie został zamknięty za decyzje które się przyczyniły do tego zamknięcia?! A to znaczy że sporo nadkładam drogi i na miejscu jesteśmy już późnym popołudniem. Niby nic się nie dzieje ale... OBUDZIŁY SIĘ KOMARY!!!

Samice przeklęte, tną, atakują, wku...ją!!! No nawet się nie da uczciwie kajaka poskładać, w konsekwencji mamy siodełka założone w drugą stronę (da się pływać, ale stale się popuszczają z zapięć) i rezygnuję ze stateczników. Stateczniki to już nie konieczność, bo jak się płynie we dwóch to kajak ma zdecydowanie mniejszą ochotę do dryfu. W każdym razie, zapieprzam przy dymaniu jak jeszcze nigdy - byle tylko wypłynąć. Bo wbrew powszechnemu mniemaniu - komary nie latają nad wodą! Tak, wiem że dla wielu osób to novum, bo nigdy na kajaku nie nocowali, ale tak to wygląda. Zresztą postawcie się w sytuacji komara - nad wodą nie ma NIC z czego można by się krwi napić, a jest za to dużo... wody! A w wodzie można łatwo zginąć, czy to z racji utonięcia, czy zjedzenia przez ryby. Matula Ewolucja swoje zrobiła i te komary które nad wodą latały już dawno swoje geny wykasowały z puli komarzego DNA!

Więc byle szybciej, byle od brzegu, byle dalej od tych choler! W końcu odbijamy! 



No cóż, nie ma się co oszukiwać - Dwudniaki, to nie jest morze ani nawet solidne jezioro - kilkanaście minut wystarcza by opłynąć je w jedną i w drugą stroną, jeszcze ciut manewrów, żeby nauczyć Miłosza jak się przybija do pomostu i w zasadzie można by wracać - trochę zmęczenia jest, trochę ręce bolą, ale w sumie wracać się jeszcze nie chce - sam się zastanawiam czy to taka tęsknota za wodą, czy taka niechęć do tych krwiopijczych gadzin?
 


 

Kiedyś jednak przybić trzeba! Więc tak - rozpęd na ile się da... A swoją drogą dacie wiarę że pośród kadry profesorskiej naszych dołujących w rankingach uczelni można znaleźć ludzi którzy powątpiewają w to że roślinność wodna może skutecznie hamować ruch pojazdów pływających? Wiecie taki rodzaj płaskoziemców... i z impetem na brzeg. Miłosz wyskakuje pierwszy i biegiem do samochodu, potem ja i wyciągam kajak. Nawet nie próbuję go składać, tylko spuszczam powietrze i łubudu do bagażnika. Miłosz składa wiosła i w ciągu 20 sekund odjeżdżamy. Tym razem wściekłe komarzyce dopadły nas tylko w minimalnym stopniu.

Czy było warto? - no jasne że tak! Każda przygoda warta jest przeżycia, bąble posmarowało się fenistilem, kajak wysuszyło słońce następnego dnia, a chwile z Synem bezcenne! 





poniedziałek, 15 lipca 2019

Biała to kobieta, obyś jej zaznał

Brzmi jak klątwa i w sumie czymś takim może się stać, jeśli spływy po Białej się upowszechnią. A zamierzam je rozpropagować, bo zabawa przednia.

Biała Tarnowska to nieduża rzeka górska! Celowo wykrzyknik, Biała ma wszystko to co mają rzeki górskie plus kilka cech charakterystycznych dla rzek nizinnych, choćby meandry i zastoiska. Jednak podczas spływu w tyłek dają gównie elementy górskie, kamory, głazy, płycizny, łachy, bystrza, mini wodospady itp. innymi słowy lekko nie jest. Co ciekawsze, przy byle przyborze wody, gdy poziom rzeki podnosi się ledwie o kilkadziesiąt centymetrów, natychmiast przyjmuje ona cechy powodziowe i dalekim od rozumu było by pchanie się na jej nurt. Generalnie lekko nie jest.

Wszyscy mówią Dunajec, Poprad a o Białej nikt wspomnieć nie raczy, tymczasem tamte rzeki niosą znacznie więcej wody i dzięki temu spływ jest jednak spływem a nie przepychanką. Tu już tak lekko nie ma. Zaczyna się od mielizny, która płynnie (jak to rzeka) przechodzi w łachę, przeciętą bystrzem za którym jest mały wodospad i kamulce. Musisz zrezygnować ze stateczników, bo nie ma szans by się zmieściły między tobą a dnem, dzięki czemu cały czas masz możliwość ręcznego korygowania toru spływu, o ile oczywiście nurt na to pozwoli. Zasadniczo jest to atrakcja, gorzej gdy przez kilka kilometrów nie możesz nawet sięgnąć po butelkę z piciem, bo niechybnie nurt ustawi Ci kajak w poprzek i wciśnie go na możliwie największe kamienie.  Do tego co i rusz przewrócone drzewa, pale które miały od czasów zaborów chronić nurt przed meandrowaniem, a teraz są dokładnie w jego środku, albo zgoła całkiem po drugiej stronie, żyłki z haczykami zerwane dawno, dawno temu, dziś niczym latające chole..nd..ry czyhają by zakotwiczyć w burcie mojego itwita, ba nawet wózki z Biedronki!

Biała to kobieta! 
Uwierzcie. Ten byt drobny, delikatny, niepozorny, łagodny, uroczy, i ogólnie ... (słowa określające kobiecość są dość powszechnie znane, wpiszcie co chcecie i tak będzie pasowało do Białej) , jest jednocześnie,  złośliwy, zołzowaty, nieprzewidywalny, zdradliwy i nie daje chwili wytchnienia. 
No ale jest i samym faktem tego że jest kusi by ją zdobywać...  

Ba ale samo zdobywanie, poprzedzone jest naprawdę dużym wysiłkiem, samochód zaparkowałem koło Biedry, ale stamtąd drogą techniczną wzdłuż obwodnicy musiałem iść z buta. Sam marsz nic, ale mając na sobie (nie wierzcie w to co napisane na plecaku do przenoszenia kajaka!) dwudziestokilowy garb (jeszcze mój własny osobisty plecak, też tam doczepiłem) w pełnym słońcu, można się zapocić, do tego limit czasowy krótki a margines błędu żaden. 

Wszystkie zdjęcia które poniżej pokażę powstały albo z narażeniem życia, albo w warunkach skrajnej głupoty i nieodpowiedzialności. 

 Prawie jak Amazonka...
No dobrze, jeden z dopływów Amazonki, ten w którym ryby śpiewają z tęsknoty za szerokimi wodami (rzecz jasna w wykonaniu Mroza) ;)

 uroczo... 
Ale chwilę wcześniej płynąłem tyłem, tak mnie zmotało. 
Kobiecość w najczystszej postaci. 
 Na zdjęciach tego nie widać, ale tam są tysiące ważek, motyli, much (o dziwo komary nie tną), to wszystko karmi się tym co rzeka im oferuje, a samo staje się karmą dla mnóstwa ptactwa nadbrzeżnego.
A propos wiecie co robi kaczka gdy się zagapi i trudno jej odlecieć a czuje się zagrożona?
Nurkuje - znika pod wodą i pojawia się albo wiele metrów dalej, albo tkwi tam przez długi czas! 
 
 Most drogowy w ciągu ul. Krakowskiej.
Tam wre życie, a tu...
też wre, tyle że inne. 

 Kolonia jaskółek brzegówek  
zero komarów, w ogóle zero owadów
idylla dla entomofoba

 I niedługo lasek sobie popłynie...
Mało takich lasków przepadło przez kobiety? 

 Most kolejowy na trasie Wiedeń Lwów.
Przyznam że tego odcinka bałem się najbardziej, znając go z widzenia, bo często przez most przechodzę lub przejeżdżam na rowerze. 
Tymczasem, owszem było szybko, dynamicznie ale poza tym bez żadnych przygód. 
 
 Most w ciągu ulicy Mościckiego. 
 Filar, starego mostu, pięknego nitowanego z trawers stalowych... Mógł być atrakcyjny dla miłośników techniki zabytek - głupota zwyciężyła...
Na tym filarze zdobywałem pierwsze szlify bulderingu od tej wylizanej przez wodę strony wejść jest straszliwie trudno, ale z drugiej albo od tyłu już spokojnie człowiek sobie radzi.
 
 Samotny żółty czepek...
Kto wie, może kiedyś napiszą o mnie książkę? ;)

 Wózek z Biedry...
skąd wiem? bo podpłynąłem..

 Chciał bym Wam co nieco o tych rurach napisać, jednak otrzymałem srogie upomnienie... 

 Nieudane zdjęcie?
Owszem 
właśnie zaczęło mnie obracać...
Aparat "myśli" pół sekundy, Biała nie myśli.... Biała obraca! 

I to już koniec... Przede mną kładka na Białej do... Białej! Tak! Tam po prawej stronie to podtarnowska wieś Biała. Tam dobijam, pakuję sprzęt i dalej już na nogach, do pracy... jakiś kilometr, bo cóż z tego że zakład na wyciągnięcie ręki, skoro brama z czytnikiem hen daleko? 
30 sekund przed gwizdkiem... Ale wypiłem z marszu trzy mineralne (chwała ci klimatyzacjo - celowo trzymam kilka butelek w biurku) i dopiero wtedy odzyskałem możliwość mówienia. 

 ps. Żebyście widzieli gały wartownika jak wieczorem kajak niosłem do autobusu... Bezcenne! za całą resztę zapłaciłem kartą Visa ;)

środa, 13 września 2017

Augustowskie noce. Część VII - kajaki

Augustów to dla kajakarzy miejsce legendarne - niczym Morskie Oko dla turystów pieszych - wszyscy psioczą a każdy był... no bo jak tu nie być?

W propozycjach spływów można przebierać, wybierać i kombinować. Nie będę kolejny raz opisywał czemu decydujemy się na taką a nie inną ofertę.  Tu dodatkowym czynnikiem jest chęć sprawdzenia Mikołaja w roli skippera - to on miał dowodzić ich kajakiem i na siebie brać główną część pracy. A tym samym nie chciałem ryzykować dłuższego spływu, po terenach gdzie nawet nie mógł bym szybko interweniować gdyby doszło do kłopotów. Dlatego wybieramy Kanał Augustowski i chcemy zaliczyć dwie śluzy Białobrzegi oraz Augustów. Nie będzie to jakiś wyczyn, ale trasa wymaga dyscypliny (dlatego np. nie robię zdjęć ważkom, które tysiącami latają nad wodą i przy brzegach).

Wybieramy firmę Szot - raz że blisko, dwa że bardzo plastycznie podchodzą do swojej oferty, trzy że klimat faktycznie jak w marinie. Dodatkowo miejsce startu i lądowania jest bardzo blisko ich bazy - więc opóźnienia z tym związane będą niewielkie. 

Zatem zajeżdżamy (parking chroniony, za ogrodzeniem, bezpłatny, bezpieczny... jak by kto pytał), pobieramy sprzęt (mają nawet beczki, gdyby ktoś potrzebował hermetycznego miejsca na swój ekwipunek na wodzie), za moment jedziemy już nad kanałem a za nami na przyczepce, dwa bardzo zgrabne kajaczki.  Szybko zrzucamy ubrania (razem z dokumentami itp. lądują w workach na śmieci, a te w plecakach - mój patent - worek zakładany na plecak, łatwo może się uszkodzić - a tak jest chroniony przed rozdarciem i sam chroni przed zamoczeniem - plecakowi jak zmoknie nic nie będzie).

Za chwile jesteśmy już na wodzie i zaczyna się akcja.
Czym się różni pływanie po kanałach od spływów rzekami?  Przede wszystkim brakiem nurtu! Na rzece, pomaga albo przeszkadza, znosi, popycha, obraca - tu nic - trochę jak jazda na rowerze przez Równinę Mazowiecką - z drugiej strony, można łatwo pokazać pewne manewry,  unaocznić jak siła odbicia wiosłem przenosi się na kajak ile trzeba siły by skręcić, by przyspieszyć, wyhamować. O tak kanały mają swoje zalety. 





Tuż przy śluzie Białobrzegi mój Fuji ląduje w wodzie - tylko ciut, ale jednak bierze wodę na pokład i ekran staje się ... fioletowy! Kilka zdjęć robimy jeszcze  komórkami, ale już z ogromną ostrożnością i ... głównie z brzegów. Akurat zalaniem aparatu się nie przejmuję, padnie to kupie nowy - w sumie już dawno mnie nachodzi ale ten... no właśnie - po kilku godzinach odzyskał jasność widzenia i nadal jest sprawny - zdecydowanie firma Fuji robi najwytrzymalsze aparaty jakie dane mi było psuć...  
Ps - jak by wpadli na pomysł przekazania mi jakiegoś w celach testów wytrzymałościowych - to ja chętnie...

Potem kierujemy się na Augustów - tu dość niemiła przygoda - jakiś patologiczny grubas, z wancem zwisającym na uda i biustem wielkości aktorki porno wsiada na swoją motorówkę (owszem fajna) i ze sporą prędkością przecina między naszymi kajakami. Rzucam mu kilka miłych marynarskich słów i ... o tak usłyszał!!!! Rany jak mnie to cieszy, mam nadzieję że się zatrzyma... niestety. Przy śluzie Augustów jest znacznie szybciej od nas, nie ma szans go dopaść i naurągać mu po raz kolejny.  kichać palanta.  

Ważne jest to że Marzenka połknęła bakcyla! w tym roku już raczej się nam nie uda, ale w przyszłym na pewno postaram się zorganizować dla niej spływ Dunajcem do Tarnowa i Nidą z Wiślicy do Korczyna.

No i najwyższa pora brać się za pisanie o Litwie...