Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mielec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mielec. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 września 2022

Na zachod od Mielca

Mamy zaproszenie od znajomych na wieczorek hiszpański - znaczy taka posiadówa, przy smakołykach i hiszpańskim winie, a to znaczy że zostaję u Ani na noc, a skoro na noc, to na następny dzień szkoda od razu wracać. Czyli pasuje sobie jeszcze coś ciekawego znaleźć, spacer albo... rajdzik rowerowy. Pada na ten drugi.

Trasy żadnej sprecyzowanej nie mamy, ale jak jadę do Mielca, to po drodze widzę fajne układanki z bali słomy... żal było by nie skorzystać, a resztę jakoś się po drodze wykombinuje, żeby było ciekawie.

Rankiem po kawie i wysłaniu Bartosza (syn Aneczki) do szkoły, odpalamy rowery i ruszamy na szlak. Pierwszym poważnym wyzwaniem będzie odnalezienie drogi przez las między Wolą Mielecką a Piątkowcem. potem powinno iść już bezproblemowo, tym bardziej że tereny na południe od Piątkowca Aneczka już nieźle zna. Ale sama przeprawa przez las, to na cuja i macanego - po prostu na mapach jest tylko jedna zaznaczona ścieżka i nie do końca nam pasuje. Z drugiej strony, znamy charakterystykę polskich lasów, i mamy prawie pewność że jakąś drogę znajdziemy.  Kawałek oczywiście jedziemy po nowopowstającej obwodnicy Mielca, ale to głównie dzięki urokowi mojej Towarzyszki, która uśmiechem zdobywa dla nas prawo przejazdu.

W pewnym momencie, stale monitorując nasze położenie na mapach.cz, orientuje się że w tej a  nie innej okolicy powinniśmy szukać przejazdu przez las i faktycznie coś tam jest, kawałek asfaltem, zaraz potem szuter i w końcu leśny trakt. Odrobina kluczenia ale za to znajdujemy przejazd i wkrótce wyjeżdżamy na opłotkach Piątkowca.


Jeden z mieleckich pomników żołnierzy wyklętych i AK-owców.
A to już Piątkowiec i urocze zapraszajki dożynkowe
Plaster na nosie to pamiątka po Fibi - kotce Aneczki, która (kotka a nie Aneczka) nie lubi naruszania jej przestrzeni osobistej - przestrzeń ta rozciąga się w zasięgu jej pazurów.
Jedyne fotoradary które szanuję. Pozostałe nie służą niczemu, poza pobieraniem od kierowców haraczu.

A propos - mój "byczek" ma nowe rogi i siodełko - nie powiem wygodne! Tak na marginesie, bo ni9c z tego nie mam - jest firma (Chińska jak mniemam) - "Rockbros" - spokojnie możecie kupować ich gadżety - przetestowałem już kilka i żadnych uwag krytycznych nie mam - w zestawieniu cena/jakość/funkcjonalność - nie znalazłem nic lepszego
I taką "władzę" także szanuję
Sklep i serwis motocyklowy
Trochę tu zboczyliśmy, uwiedzeni fajnymi drewnianymi kierunkowskazami - ale rozczarowanie totalne - raz że to nie zajazd - ale dom weselny, a dwa że kompletnie bez klimatu
Za to tutaj... niby teren prywatny, ale wiecie Aneczka niespecjalnie sobie z tego problem robi a ja...
dostrzegam coś takiego na brzegu - wstępnie uznaję to za Widłaka, ale bez konkretnego określenia gatunku.
Dopiero Stanisław Kucharzyk - autor świetnego bloga Na Pogórzu oznacza roślinkę jako widłaczka torfowego - i okazuje się że wcześniej nie był on tutaj notowany - czyli takie małe odkrycie mamy na swoim koncie
Kościół w Rydzowie - nic specjalnego - ale to jedyny charakterystyczny punkt w okolicy
Zamek w Przecławiu
Marniutki odlew - nadaje się tylko do leżenia, albo odpalania słabych petard  - obawiam się że ładunek prochowy by go rozerwał na sztuki - ale jako eksponacik... czemu nie?
kapliczka w przecławskim parku zamkowym - zastanawiają mnie te ciężkie zawiasy...
Rynek w Przecławiu i "Kuźnia" - niestety w poniedziałki zamknięta...
kupujemy piwo w sklepiku, i spożywamy je w okolicach, pod "baldachimem" z milinu. 
herb miasta
A to już moja prywatna rewelacja!
Cmentarz wojenny nr 500 Tuszyma-Biały Bór!
i tu klika znaków zapytania:
1 - skąd taki numer?
2 - skąd ta charakterystyczna dla Pogórzy i Beskidu Niskiego stylistyka?
Oraz
Na cmentarzy spoczywają także ofiary II wojny
Oraz skąd mieli zapalniki do szrapneli aby nimi ten cmentarz ozdobić - z tego co doczytałem, to nie są oryginalne elementy, lecz dodane później?!
Wprawne oko dostrzeże pierścienie na których ustawiało się czas do eksplozji.  Precyzyjnie ustawiony zapłon, powodował eksplozję ładunku miotającego dokładnie nad pozycjami przeciwnika, a setki metalowych kulek czyniły spustoszenie w jego szeregach - nie pomagały okopy, ani hełmy - jedynie dach ziemianki, pozwalał na uniknięcie trafienia. Tyle że gdy tu walczono czy to w 1914, czy pół roku później, walki nie miały charakteru statycznego, nie było linii obronnych, okopów ani tym bardziej ziemianek - był oddziały piechoty i kawalerii, które z jednej strony prowadziły działania przesłonowe, opóźniające marsz przeciwnika, a z drugiej oddziały pościgowe, które miały za zadanie stale naciskać tak by nie dać mu czasu na stworzenie pozycji umocnionych. No cóż taka jest prosta logika wojny.
Ołtarz polowy.

Przed nami jeszcze wizyta u Wujka Aneczki i ... zakupy w Nawigatorze (mielecka galeria handlowa). U Aneczki jeszcze przepyszna zupa chorizoi... trzeba wracać do domu - na drugi dzień oboje do pracy na dniówki, a to znaczy pobudki o 5 rano... wiecie 5 rano gdy trzeba iść w góry, to jednak całkiem inna 5 rano od tej gdy trzeba iść do pracy, i tym akcentem na temat względności czasu żegnam Was do następnego razu.

niedziela, 1 maja 2022

lajtowy po Mielcu spacer

Było ekstremalnie, pasuje by było i lajtowo. jak pisałem we wcześniejszym poście, spaliśmy do południa, potem kawa, coś zjeść, choć nie bardzo wchodzi, jednak skatowane nocną wędrówką ciało, to nie jest maszynka do przerobu  żarcia. Szczęście Aneczka to absolutna mistrzyni sałatek, a sałatkę można zjeść, sałatka jest lekka, wilgotna, przyprawna... o tak sałatka jest jadalna, choć i tak lepiej iść rozruszać zakwasy na spacerze.

No to idziemy!

Mielec to nie jest wielka metropolia, nie obfituje w zabytki, ani w wielkie budowle, ale to ładne miasto, ciekawe i ma kilka naprawdę ślicznych secesyjnych i eklektycznych kamieniczek, oraz bardzo ciekawy, nieuporządkowany układ, dzięki czemu, można wiele po nim chodzić i rzadko kiedy powtarzać te same trasy. A Aneczka jest też mistrzynią spacerów.

Ale wieje... solidnie wieje. No trudno żeby nie wiało, tej wiosny zazwyczaj wieje. Ciała już mamy przewiane po EDK, ale co tam, jeszcze kawałek się porozchodzimy, a potem na obiad i... niestety będę musiał wracać, wprawdzie nazajutrz rankiem nie muszę iść do pracy, ale trzeba zadbać o chłopców, a jak znam życie po weekendzie lodówka będzie pusta.

No nic, wieje to niech wieje, na mięczaków nie trafiło, a czasami jak się wejdzie między budynki a słoneczko zaświeci.. no wiosna! Chwilo trwaj... do następnego zakrętu, bo tam znów wieje.

Jest czas na spotkanie ze znajomymi i w ogóle jest to dobry czas... no tylko tyle że wieje...

A i ciekawostek kilka wpadło...

Ani dystans imponujący, ani trudność wielka... ot typowo mieszczuchowski spacer po mieście i co... tak też jest fajnie! No tylko tyle że wieje... a to przecież nie Kielecczyzna!

Grzegorz - resztę znacie. ma na sobie polar i podróbę US kurtki wojskowej... a Aneczka ma tylko jakieś tam ciuszki - ale Ania jest mistrzynią takiego ubierania się by było jej ciepło i by wyglądała w tym pięknie.

Kościół św. Mateusza Apostoła i Ewangelisty


Wisłoka - niemała, niebiała... pewnie to efekt tych kilku dni opadów.

Byliśmy na kładce a teraz podkładkujemy... znam wiele podmości (teorie o moim wcześniejszym życiu znacie), to jest... ani lepsze ano gorsze od innych - tylko pizga tam całkiem konkretnie.

Kościół św. Marka

znów nakładkujemy

A to clou czyli gwóźdź tego postu - piękna, bogata późnobarokowa figura św. Józefa


Animbym się jej tam nie spodziewał. W sumie poza kościołami to w Mielcu innych barokowych pamiątek nie znalazłem... a tu taki klejnocik!

Tak na pamiątkę - ale kiedyś obiecują zrobić wyjście z Aneczką do Jadernówki i cały post poświęcę temu jednemu muzeum

I jeszcze takie jedno memento...

A potem wracamy do Aneczki i ... jadę do Tarnowa. Ale uwierzcie... nie chce mi się, i nie chodzi o drogę która mija niepostrzeżenie...

piątek, 29 kwietnia 2022

Ekstremalnie

Nie, nie skakałem z samolotu w kajaku,  nie nurkowałem na rowerze w morzu Azowskim, ani nie spacerowałem po Marsie... aczkolwiek przyznam że ochotę mam. 

Idea EDK czyli Ekstremalnych Dróg Krzyżowych nie jest nowa, pamiętam jak startowała, pamiętam jak ruszały na nią małe grupki ludzi. To było już naprawdę dawno, dawno temu. Dziś to ruch prawie masowy, każdego roku powstają setki jeśli nie tysiące dróg. Już nie potrzeba przewodników, każdy ma aplikacje i może wędrować sam. Tak jest nawet fajnie, to dobry pomysł by wędrować samemu, to sprzyja myśleniu, rozważaniom, w grupie zawsze ktoś coś powie, coś rozproszy. Z drugiej strony jest w takim samotnym wędrowaniu, w takim odrzuceniu próśb by przyłączyć się do grupy, wiele egoizmu, pychy. Ktoś chce być bliżej Boga, dobrze, ale inni też chcą, a boją się, czują się słabi, nie ufają swoim siłom, czy wtedy odmawiając im wspólnej drogi jest się bliżej Boga czy wręcz idzie się w odwrotnym kierunku?

Ja lubię wędrować samemu, nie straszą mnie ani lasy, ani ciemności, bo czego tu się bać? Niech inni boją się mnie, a nie ja ich. Lubię, nieraz do pracy na noc idę piechotą jest ciemno, fajnie jest, ulice praktycznie puste, zwłaszcza jak się idzie opłotkami. Można pogadać z psami odważnymi za siatkami ogrodzeń, można pobawić się w ducha i przemykać niezauważenie. Można naprawdę dużo - ciemność sprzyja swobodzie. Można wreszcie zatopić się w myślach i pozwolić im by swobodnie w rytmie kroków przemierzały swoje kilometry między synapsami...

Ale jeśli ktoś chce bym szedł z nim na drogę krzyżową, to jest to zaproszenie od samego Jezusa. Wielki zaszczyt o odpowiedzialność. Dał mi Bóg siły, wytrzymałość na szlaku, odporność na chłód i wilgoć, to przecież po coś mi to dał. Pora spłacić dług.

Na EDK ruszamy w Mielcu, z kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Modlitwa, rozprowadzenie, wcześniej rozdanie fantów, opasek i książeczek/przewodników duchowych z rozważaniami. Ruszamy, przez pewien czas jeszcze jest gwarno, prawie tłoczno, potem kolumna dzieli się na grupki, wkrótce zapada cisza.

Czasem ktoś coś powie, czasem słychać warkot samochodu... cisza.

Deszcz pada... ale nie cały czas, czasami zamiast deszczu pada śnieg, wiatr też nie ustaje - trudno. "nasze peleryny są pewne" - pamiętacie ten hicior Sztywnego Pala Azji sprzed lat... trzech dziesiątek?

Idziemy. W wyznaczonych, koło kapliczek, czasem na przystankach miejscach przystajemy - ktoś wyjmuje telefon i czyta stację. Czasem ktoś urywa się za potrzebą na boczek, czasem ktoś powie kilka słów. Ale tak to cisza. Punktualnie na przełamaniu dób gaszą światła.

Wysuwam się na czoło, trzeba kontrolować trasę, zdarzają się pomyłki, ale jeśli idę kilkadziesiąt metrów przed grupą, to zdążę to zauważyć nim inni dotrą do rozwidlenia, Choć dwa razy i tak idziemy równolegle do trasy a nie dokładnie nią, na szczęście mapy wujka Cześka (czyli serwis mapy.cz) jest naprawdę solidny i mogę nawigować bez obaw o całkowite zejście z trasy.

Jakiś szalony mostek, błociaro i droga typu "wujo Józek tendy po pijaku do pola jeżdżo, żeby go policjanty nie złapali" Ale tam jest jedna ze stacji, trzeba to przebrnąć.

Gdzieś tak w połowie drogi, spotykamy tych którzy czekają na podwózkę, siedzą skuleni pod wiatą przystankową. Robimy tam popas. Miejsca za wiele nie ma, aby nie zajmować miejsca innym, pewnie bardziej potrzebującym wymiguję się chęcią zapalenia. Po kilku minutach po tamtych podjeżdża samochód. Wtedy i ja się mogę pod dachem schować. Wiele to nie daje, ale od wiatru jako tako osłania, zresztą to już druga połowa nocy, o tej porze zawsze wiatry cichną, robi się chłodniej ale mniej pizga. Deszcz i śnieg na przemian. Chyba nie mogą się porozumieć i uzgodnić miedzy sobą które ma padać, w sumie i tak dobrze że nie padają razem.

Powoli świta, czołówki jeszcze się przydają ale już coraz mniej, oczy zaczynają wyłapywać kontury krajobrazu, droga staje się przewidywalna na kilkadziesiąt metrów w przód. Nie jest źle.

Świt to już okolice Dębicy. Pola ukryte w kępkach samosiejek kapliczki. Kałuże zamarznięte, jedne pozwalają przejść inne pękają z trzaskiem, buty przemokły mi już dawno, więc i tak nie robi to na mnie większego wrażenia, mam dwie pary skarpet, w tym rewelacyjne od Aneczki, trekkingowe, nawet totalnie mokre trzymają ciepło i nie robią pęcherzy na stopach!

Już widać wieże kościołów, całe drzewa, wkrótce pojawiają się domy. Zaczynamy spotykać innych ekstremalsów, idących gdzie indziej, albo zgoła z innych miast. Już jest jasno. Zawierucha ustaje, jedyną jej pamiątką są leżące gdzieniegdzie płaty mokrego śniegu.

Po przejściu "starej czwórki" - czyli drogi między Dębica a Ropczycami, zostaje nam już niewiele do przejścia, to ostatnie kilometry, lecz... droga zaczyna się wspinać, znów wchodzimy w lasy, znów trzeba pilnować ścieżek i walczyć z błotem. To miejscowość, przysiółek Góry - nazwa zrozumiała to pierwsze wzniesienie w okolicy.  Ale za to ten przebieg trasy pozwala mi odnaleźć miejsca o których nie miałem wcześniej pojęcia, choćby krzyże i mogiły (symboliczne?) na wzgórzu Szemberek. Oficjalnie to miejsce nie figuruje w spisie cmentarzy wojennych. Jednakże jak możemy przeczytać  w zapiskach księdza Władysława Szołdrskiego: "Natomiast niemało żołnierzy w dniach 11-12 maja w zawadzkiej parafii głowy położyło. Zginęło 150 Austriaków i kilkudziesięciu Rosyan. Później większą część zwłok przeniesiono do grobów wojskowych w Dębicy. W mogile na pograniczu Sepnicy i Laskowej spoczywa 40., na Szembergu zaś przy drodze do Laskowej 7 austryackich żołnierzy, nie licząc kilku mogił w lasach od strony Sepnicy". (Jest to dokładnie zgodne z szacunkami liczby poległych i liczby pochowanych na oficjalnych cmentarzach administrowanych przez Kriegsgraber Abtailung - tych pierwszych jest znacznie więcej)

Między drzewami prześwitują nam kontury zawadzkiego sanktuarium, kierujemy się na nie, idę za drogą, ale to nie tak. Ci którzy wyznaczali ten szlak, nie chcieli takich ułatwień, trzeba było odbić w lasy, musimy się cofnąć - na szczęście tylko podgrupa czołowa. Więcej osób, po prostu zostało nieco z tyłu. znów znikamy w zaroślach, śmiejemy się do siebie że to "na dobicie" wytyczyli - faktycznie, jest trudno, stromo, błotniście i szlak zasieczony poprzewracanymi drzewami, trzeba obchodzić, co wcale  nie jest takie oczywiste. Ale i tu dajemy radę. Kilka kroków i już jesteśmy na bitej dojazdówce polnej - pełen luksus.  mostek, parking i świątynia... idziemy tam, robimy sobie zdjęcia - niestety kościół zamknięty - trochę  niefajnie. Nie nasza sprawa, a sumienia tamtejszych kapłanów. Sesja foto się jednak należy.

Wracamy, dwie dziewczyny przyjechały i zostawiły tu swoje samochody, teraz mamy czym odjechać, przynajmniej część z nas, ale nikogo na pastwę losu nie zostawiamy, po prostu zadzwonili wcześniej po podwózkę i głupio by było gdyby się rozminęli po drodze. Tyle że jedna z racji na zmęczenie nie jest w stanie prowadzić, siadam za kierownicą i wracamy do Mielca.

W Mielcu ostatnie kilkaset metrów, krokiem "zombiaków" z teledysku Jacksona, kąpiel i wyro... śpimy do południa.

Jak widać droga zasadniczo prosta ;)

Kościół Matki Bożej Nieustającej Pomocy

 

ostatnie poprawki przed wyruszeniem na szlak


Ciut pizga, ale co tam...

Góra śmierci pod Dębicą - ciut się poprzestawiały te zdjęcia.


Przedświt - ale to nie jest nasze miejsce docelowe




Wzgórze Szemberek między Lubziną a Zawadą


Nasza grupa - cała nikt nie odpadł!




to zostawiłem na koniec.