Dunajec zdradliwa rzeka! Takie twierdzenia często można usłyszeć w okolicy, a nawet całkiem daleko od niej. Jak do niech podchodzę? Z ubolewaniem! Serio. Autentycznie cierpię gdy słyszę takie tezy, zazwyczaj wypowiadane przez ludzi którzy NIC wspólnego nie mają z wodniactwem a swój pobyt nad rzeką ograniczają do pluskania na bystrzu lub brodzenia w wodzie po kolana. Tymczasem Dunajec to rzeka górska, silna, energiczna, która cały czas szuka sobie nowego koryta, meandruje, wymywa i nanosi - żyje!
zapoznanie z rzeką, czyli ciut teorii, której i tak chyba nikt nie pamięta
I owszem nie ma roku by na brzegach nie płonęły znicze, by lokalne media nie trąbiły o kolejnych utonięciach. Ale tu jest właśnie problem, ludzie nie rozróżniają utopienia od utonięcia, a już zwłaszcza nie rozumieją że nie każda śmierć w wodzie jest... utonięciem. Tymczasem tych klasycznych UTOPIEŃ jest na Dunajcu bardzo mało, naprawdę trudno tu znaleźć takie głębie, które pozwoliły by się "swobodnie" utopić, zazwyczaj zresztą nim dojdzie do śmierci, delikwent jest siłą nurtu wyrzucany na miejsca znacznie płytsze - no chyba że zaplącze się w zatopionych konarach lub korzeniach. Natomiast często dochodzi do śmierci lub utraty przytomności w wyniku urazów mechanicznych (człowiek jest siłą nurtu pchany na kamienie w które uderza), a potem już wtórnie dochodzi do UTONIĘCIA! Jak ktoś ma problemy z rozeznaniem, to proponuję taką mnemotechnikę ktoś "się topi", a nie ktoś "się tonie", "statek tonie" (bo jest martwy) ale statek "się nie utapia"!

Więc teraz gdy wszystko jasne to... Zapraszam do wspólnej zabawy wodniackiej!
Jak zapewne się domyślacie, Dunajec nie napawa mnie strachem, ani nie głoszę wieści o jego "zdradzieckości" znam tę rzekę, szanuję, czuję respekt i zachowuję czujność. Co w najmniejszym stopniu nie przeszkadza mi świetnie się bawić.

A tak w ogóle, to mi się z tego wszystkiego chronologia poplątała... Ale o tym na końcu.*
Tradycyjnie, zaczynamy od Chorwacji w Jurkowie. Tym razem jestem z moimi chłopcami i... mamy pewien problem - ponton jest liczony na dziewięć osób, ok! Ale nas jest trzech! Co to znaczy? Ano ino to że będziemy mieli ciut roboty więcej, bo o ile do przodu popłynie z nurtem, o tyle do tyłu, już nie bardzo, a i na boki z ociąganiem, więc manewry muszą być stosunkowo wcześniej rozpoczynane. Gdyż na to żeby nas obijało po kamienicach, albo wyrzucało na brzeg, to się moja bosmańska dusza nie godzi.
Kolejny problem to jak rozłożyć siły! Mikołaj jest znacznie od Miłosza silniejszy, ale obaj mają bardzo niewielkie doświadczenie wodniackie, ideałem był by Mikołaj na sterburcie w roli obserwatora, Miłosz na bakburcie jako przeciwwaga, a ja na rufie jako sternik. No ale skoro Mikołaj jeszcze nie umie czytać rzeki, to taki układ jest nierealny, ponadto wtedy oni przejęli by olbrzymią ilość pracy pagajami. Ale jak na razie innego rozwiązania nie widzę. Pojawia się poniekąd samo. Nurt prawie natychmiast po zwodowaniu obraca nas o 180 stopni i ... płyniemy do tyłu. Tu w moich zwojach rodzi się diabelski iście pomysł, nie obkręcamy pontonu! Siadam na rufie, która w tym momencie stała się dziobem, spuszczam nogi do wody, i jako "sternik napędowy" mam pełną kontrolę nad kursem. Muszę wprawdzie co i raz przekładać pagaj z prawej na lewą i odwrotnie, ale to fajny wysiłek. Chłopcy zostali na swoich miejscach, musieli jedynie obrócić się przodem do tylu, co jakiś czas zresztą pilnuję by się zamieniali miejscami, tak aby nie męczyli się za bardzo, stale pracując jedną połową ciała.
pozycje wypracowane eksperymentalnie
Sam spływ jest super, ale... jakiś czas przed nami wypłynął inny skład i poproszono nas byśmy byli z nimi na miejscu mniej więcej o tej samej porze, czyli już pomysł ogniska odpada, dodatkowo chcąc ich dopaść musimy w miarę raźno pracować pagajami, a to znaczy że z chilloutowego spływu też nici - choć akurat chyba nie uwierzylibyście gdybym Wam napisał że miałem takie plany? Fakt, nie miałem, ani mi przez myśl nie przeszło. Ale ogniska szkoda...
Sam rejs super! Chłopcy radzą sobie wyśmienicie, nurt niesie, siedząc na rufo/dziobie widzę doskonale co mamy przed i pod sobą. Wystarczy poprosić jednego lub drugiego o nieco większy wysiłek i nasz ponton posłusznie ustawia się na wymaganym kursie. Oczywiście i tak raz uderzamy o skały nadbrzeżne, niestety niedobór mocy robi swoje.

Mniej więcej, tuż za połową trasy czyli za mostem w Zakliczynie, dostrzegamy ponton tych którzy wypłynęli pół godziny przed nami, przynajmniej daliśmy im czas na kąpiel w Dunajcu, co już samo w sobie jest jakąś atrakcją, ale teraz zwijają się pośpiesznie i płyną tak by zachować dystans.
Ostatecznie i tak dopadamy ich na kamienicy w Isepiu (swoją drogę, jak odmienić miejscowość która w mianowniku brzmi Isep? Isepiu? Isepie? Isepii?) Ale tu czeka nas ciut, ciut czekania... można było jednak to ognisko spokojnie rozpalić... bo nie ma dla nas stosownego transportu. Wykorzystuję ten czas by pokazać chłopakom (ale nie tylko) Jak się myje pontony od wewnątrz i jak można je wykorzystać w roli szałasu, dającego cień parawanu, albo wiatrochronu. Z Wami tą wiedzą podzielę się dwa posty dalej.
I w sumie tyle, wracając, ucinam sobie pogawędkę z kierowcą, który jak się okazuje także ma wiele wspólnego z harcerstwem, organizacjami strzeleckimi i im podobnymi zajęciami które wprawdzie może nie są cool ale za to dają ogromną satysfakcję i spory zasób wiedzy, która potem świetnie się przydaje podczas takich przygód.

* chronologię wpisów na blogu, brałem sugerując się kolejnością mapek na Traseo - zapominając iż nie wszystkie trasy rejestrowałem... więc czeka nas mały skok w przeszłość... Ale będzie naprawdę ładnie.