Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jamna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jamna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 września 2021

Jamna koncertowo

Adam - Wielki Baca z Jamnej, twórca najlepszych w tej części galaktyki szarlotek, niekwestionowany władca Krainy Łagodności, u Którego chronią się wszystkie Dobre Myśli w promieniu setek kilometrów, a prywatnie świetny, ciepły, mądry człowiek. Tenże Adam zaprosił nas (znaczy nie tylko nas, ale nas też, na koncert - ba zaprosił nas na wszystkie koncerty które u siebie organizuje - tylko wiecie - w 90% przypadków wtedy gdy pasuje wszystkim to nie pasuje mnie...

Ale tym razem spasowało, a że Marek chciał jeszcze sobie po Jamnej pospacerować, bo niektórych zakamarków nie zna, no to Go zabrałem na spacer - a on mnie na Jamną swoim autem, dla mnie bomba, wreszcie mogłem sobie na piwo pozwolić. Ale do tego dojdziemy.

Żaden wyczyn, ot spacer, tak by kiedyś mógł tu przyjść sam z kimś na kim Mu zależy, i samemu po tych pięknych wzniesieniach oprowadzać.


To już Bukowiec. i jego Diable Skały


Dla mnie najważniejsza jest włóczęga po pagórach i lasach, dla Marka to jeszcze okazja do grzybobrania


Balkonik (jak kto nie wie jak tam trafić, to niech pisze, zaprowadzę)




65 milionów lat temu (circa about, co to jest 5 milionów lat w tę lub wewtę? kto to zmierzy... kto to w ogóle wyobraźnią pojmie? -  gdybyśmy mieli maszynę czasu i mogli się poruszać wstecz z szybkością jednego roku na sekundę to podróż do czasów gdy osadzały się te piaskowce trwała by:
A - kilka godzin
B - siedem dni
C - około dwóch lat
D - Nawet nie zdążylibyśmy wypić zabranej ze sobą kawy..

Za trafne odpowiedzi nagroda w postaci spaceru po Jamnej.



Jakieś 20 mln lat temu, ruchy skorupy ziemskiej zamknęły definitywnie ocean Paratetydy - Dunajec przestał płynąć na wschód, do morza Czarnego, a zdeponowane piaskowce rozpoczęły swe wypiętrzanie - wtedy też zaczęła się ich erozja, której zawdzięczamy tak niesamowite kształty.


Wiecie że z każdego centymetra wypiętrzonych skał, erozja zabiera średnio 8mm? Jak duże były by te ostańce, gdyby nie erodowały?

Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny - dawna łemkowska cerkiew.

Idąc w kierunku kościoła napotykamy tutejszego proboszcza który wraz z gosposią... zbiera maślaki na kolację! Pozostaje życzyć im smacznego, zapraszają byśmy też sobe pozbierali, bo jest ich naprawdę wiele, le cóż, przed nami jeszcze kawałek drogi - szkoda grzybów gnieść w plecakach



U Adama koncert już trwa, nie nazbyt długo, ale trwa, cichutko biorę sobie piwo, Markowi kwas chlebowy i pogrążamy się w słuchaniu. Mrok zapada, gwiazdy wychodzą na firmament zwabione muzyką ze sceny.





Na końcu Adam zbiera wolne datki na gażę dla wykonawcy, dopijamy co nasze, podziękowania, plany na przyszłość i rozjeżdżamy się do domów. Adam zostaje na swoim królestwie. 

sobota, 31 października 2020

JamnAnia, czyli - z Anią po Jamnej biegania

Chcieliście góry, macie góry - może nie rzucają na kolana wysokością, ale za to odbierają oddech urokiem i czarują swoim klimatem. Zapraszam na Jamną, na Pogórze Ciężkowickie.

Przy okazji moja niedoszle belferska dusza cierpiała by męki gdyby się nie wyrwała z kolejną lekcją. Więc i Wam darowane nie będzie. Wiecie skąd nazwy "Pogórza"? Prawda? Ciekawe! bo niby na logikę, powinny być "przedgórza", "przygórza" - ale "pogórza" - tak jak by góry się już skończyły... owszem ma to sens, gdybyśmy uparcie liczyli że Karpaty zaczynają się na południu a tu się kończą. W zasadzie ma to nawet sens, bo faktycznie orogeneza alpejska postępuje od południa i wynika z napierania Afryki na Europę. Ale to było by zbyt proste. Wszak przez lata funkcjonowały sensowne określenia "Podgórze" albo "Podkarpacie" - skąd zatem to "Pogórze"? Wszystko wskazuje na to że ktoś źle odrobił terenowe lekcje geografii i geologii i wpadł na pomysł że te pagóry na północ od Karpat to kiedyś były bardzo wysokie góry, a to co oglądamy to resztki po górach - czyli po-górze*! Przy okazji jakiemuś urzędasowi wpadł do łepetyny pomysł (zgodnie z tą logiką po-mysł, to resztki które zostały po-myśli ;)) że oto mamy już "Podgórze" jako dzielnicę w Krakowie, a Podkarpacie jako region (wtedy jeszcze ie województwo) i że tak będzie "czytelniej". Że bez sensu? Wiem - ale co mogę zrobić, często jest tak że absurdalny pomysł nagle zaczyna być dominującym i już nie ma siły by to zmienić - no i mamy Pogórza... 

Ok - mamy pogórza, na tych pogórzach mamy całą masę świetnych miejsc, pięknych szczytów i wspaniałych krajobrazów. Że nie góry? Jak to nie góry? Góry z definicji, góry jak malowane, tyle że w paśmie pogórzy, ale czy to umniejsza ich górskość? Czy w jakikolwiek sposób wpływa na ich atrakcyjność?

A jeśli jest tam jeszcze miejsce takie jak Jamna...

Więc jedziemy. Dla Ani to pierwszy raz w te tereny (oczywiście wcześniej wszystko tysiąc razy przeglądnęła w Internecie...i zrób tu takiej niespodziankę!) Ale pooglądać górki to nie to samo co połazić po górkach. Więc i tak jakiś element suspensu będzie. 


Parkujemy w Jastrzębiej pod kościołem św. Bartłomieja, a potem już na nogach zdobywamy wysokość. Kawałek szosą przy której leży wioska, skręcamy między zabudowania (chwila niepokoju, bo zawsze tam mam problem ze znalezieniem wejścia na szlak), maleńkim mostkiem i już pomiędzy polami, po łąkach, dochodzimy do ściany lasu. Trwają prace (gdzie nie trwają?), ale jeden z ZULowcow** kieruje nas na właściwą ścieżkę i po chwili wracamy na szlak. 


Idzie się świetnie, raźno, ba nawet wydaje mi się że znacznie krócej niż szedłem tędy ostatni raz. Może to kwestia pory roku, ja szedłem zimą, może fakt że teraz Ania jest przy mnie?! 


Sam nie wiem kiedy docieramy do Wieprzka i urządzamy sobie małą fotosesję. 


A potem gna nas dalej, dochodzimy do Siekierczyny i schodzimy w kierunku Bukowca. 

 

Mamy do zwiedzenia Kościół Niepokalanego Serca NMP. To dawna cerkiew grekokatolicka z 1805roku, w czasie wojny uszkodzona, ale odremontowana i po tym jak w ramach akcji Wisła wysiedlono z terenów Beskidu Niskiego Ukraińców i Łemków przeniesiona w 1949 roku tu do Bukowca - po przebudowie, (np. w kościele katolickim nie ma potrzeby posiadania babińca, ani cebulastych wież), została konsekrowana w 1955r. 


Lecz Bukowiec to także Wspaniałe wychodnie skalne, tam też idziemy. Na takim solidnym zwanym "galerią", urządzamy sobie chwilkę posiadówki, jakieś paluszki, coś do picia, ot po prostu zwykłe bycie, (które nawiasem pisząc poznałem i zacząłem praktykować dopiero przy Ani) ;)



Znaczy ciut sensu w tych "pogórzach" jest, faktycznie materiał który je buduje to resztki po zerodowanych górach, zniesionych przez rzeki na dno oceanu Tetydy, tam zlepione pod dużym ciśnieniem (spokojnie, nie ogromnym, ogromne ciśnienie to miał mój wujek po trzech piwach, to pod dnem oceanu jest zwyczajnie duże). 


 

 

 

 I znów w drodze, i znów idziemy, i znów mogę zamęczać Anię swoimi opowieściami czy to o Batalionach Chłopskich, czy o przydrożnych figurach. Ba nawet udaje nam się zbłądzić! Znaczy mi, bo Ania terenu nie zna, ja owszem... na szczęście szybko łapię błąd i wracamy na właściwy szlak. Sprawnie docieramy pod szczyt wzgórza, po drodze płosząc żaby w kałużach. Tam czeka na nas kolejna porcja tym razem tragicznych wojennych pamiątek. Ale też Bacówka i Schronisko Dobrych Myśli. Zostajemy u Adama. Tu, a jakże by inaczej, zamawiamy sobie zestawy standardowe czyli kawa, szarlotka i kwas chlebowy i znów mamy czas posiedzieć, porozmawiać, pobyć. Dobry czas. Zachodzimy jeszcze pod Bacówkę, to już nie to samo, bez Adama, albo kogokolwiek innego który by tu klimat ludzi szlaku umiał wprowadzić, to już komercja. Jedynie ściany jeszcze pamiętają Moskałę i ducha który przyświecał ich budowie. 

 

 

Ale za to jest wieża widokowa. A przy okazji jak wdrapujemy się na jej szczyt, to zahaczam jedną z plakietek na plecaku i odrywam tę z Bieszczadzkiego Parku Narodowego, duża przykrość (już nadrobiona - mam kolejną), chwilę szukamy, ale bez przesady żebym miał marnować czas na takie duperele. 



Następnym punktem akcji jest oczywiście Sanktuarium Matki Bożej Niezawodnej Nadziei. Wpierw modlitwa, potem zwiedzanie. Do modlitwy warto by uklęknąć, problem w tym że kilkanaście dni wcześniej miałem solidne łubudu na rowerze (przy szybkości 30 km/h z hakiem, wyrypałem na betonową kostkę) i teraz prawe kolano stanowczo odmawia uczestnictwa w takiej "zabawie". Cóż czynić? Przyklękam na moment, ale potem wstaję, nie da się, za bardzo boli. 


Idziemy też do Dominikanów zobaczyć Dom Błogosławionego Czesława i resztę zabudowań, odwiedzamy grób Ojca Andrzeja Hołowatego i kapliczkę maryjną zwaną "Matką Bożą Narciarską" z racji na przymocowane do drzwi narty Ojca Andrzeja.

A potem wiecie co się dzieje?
Ale zaczną od początku, obiecałem Ani że to będzie taki solidny rajd, co najmniej 30 km. No tak mi to szacunkowo wychodziło, choć dzisiejszej trasy w całości jeszcze nigdy nie robiłem, a jedynie jej odcinki, więc pozlepiałem sobie to w głowie i wyszło że tyle wyjdzie... a nie wychodziło! Ba, ja nawet nie wiedziałem że nie wychodzi, bo jakoś tak nie chciało mi się na Traseo zerkać. I właśnie w tym momencie, w tej chwili jakże krytycznej, w tym momencie przełomowym... całkiem się pogubiłem! SERIO. Jakimś szalonym splotem myślowym skojarzyłem że ten zimowy śnieg ujeżdżony po którym szedłem to... asfalt. Zatem idziemy za asfaltem! Raźnie i bez mała ze śpiewem na ustach, a mi się oczy coraz to okrąglejsze robią - bo okolicy nie kojarzę - znaczy kojarzę, ale nie tę okolicę z nie tą drogą którą chciałem iść! 


W pewnym momencie nie wytrzymuję i zerkam na Traseo - no jasne idziemy na Rosulca, zresztą wkrótce potwierdzają to szlakowskazy. Ale poruta... No trudno, zawracać nie ma sensu, dobrze wiem, że tędy też dojdziemy, tyle że na około i raczej nie uda mi się Ani pokazać Uroczyska z jego leśniczówką i zbiornikami po.poż (wielce malownicze), ani stoku narciarskiego. No nic - to będzie tzw. następnym razem. Ania reaguje... entuzjazmem! No tak ma kolejny szczyt. wprawdzie nie wchodzimy na sam wierzchołek, ale to jest góra w typie Słonej, czyli na samym szczycie NIC nie ma - kompletnie nic, nawet sterty kamyków. Za to idąc szlakiem mamy malownicze wąwozy i urokliwe wykroty. Wkrótce wychodzimy na otwartą przestrzeń i wtedy mamy piękny widokowo szlak, otwarty na dolinę Jastrzębiej i przeciw stok Policht. Chce się iść. Praktycznie aż do samego dołu, aż do zabudowań a nawet już pomiędzy nimi stale można cieszyć oczy krajobrazem. Tam jest po prostu pięknie!

I wiecie co... tak sobie z Anią rozmawiamy już idąc pomiędzy domami, gdybym nie pomylił dróg, to nie udało by mi się dotrzymać obietnicy! Czyli że czuwa nade mną jakiś dobry duch górski który w porę zainterweniuje by wszystko dobrze się skończyło, a nogi miały dość szlaku by się zmęczyć. 





* - w 1947 roku ukazała się praca prof. Mieczysława Klimaszewskiego, opublikowana przez "Czasopismo Geograficzne" ("Jej wysokość Brzanka" str. 22 - 24)

** Zakład Usług Leśnych - ZULowiec - pracownik takiego zakładu.

czwartek, 20 czerwca 2019

"Ja prosze pana osiem lat w Warszawie mieszkałam, ja wiem jak mam chodzić..." czyli wycieczka szkolna.

Do tytułowej opowieści jeszcze wrócimy, ale na razie zaczniemy sobie spokojniej. Wycieczki szkolne w formie rajdów, nie cieszą się popularnością. To żadne novum... nigdy się nie cieszyły! Fakt że dziś mamy do dyspozycji parki rozrywki, galerie, nowoczesne muzea, niczego nie zmienia, nie o konkurencję tu wszak chodzi.  Dzisiejsza młodzież jest zła i głupia dokładnie w takim samym stopniu jak wszystkie pokolenia od czasów Sumerów (bo stamtąd mamy pierwsze zapisy), a pewnie i przed Sumerami tak samo było. 

W każdej klasie mamy "skautów" (to ci których wszędzie pełno, bardzo przydatni społeczności, skutecznie niszczeni są jednak przez sfeminizowane szkolnictwo), "rolników" (pielęgnowana trzódka, cicha i pokornego serca), "arystokrację i gwiazdy" (bywają męczący, ale zawsze można na nich liczyć w kwestiach reprezentacyjnych). Jak łatwo się domyślić tylko "skauci" chętnie jeżdżą na rajdy, dla "rolników" to przykry obowiązek, któremu poddają się bez protestów ale i bez entuzjazmu. dla "gwiazd i arystokracji" wręcz katorga, zesłanie i szykany. Do tego jeszcze młody wiek, który sprawia że większe znaczenie ma towarzystwo grupy rówieśniczej, niż najbardziej ciekawe ciekawostki, najrzetelniejsza wiedza, najpiękniejsze widoki itp. 
Reasumując - rajd klasowy to atrakcja porównywalna tylko z wykopkami.  

Inna sprawa iż ja osobiście nie mam najmniejszych wyrzutów sumienia, naciskając na organizowanie takowych w klasach moich synów. Czemuż? Ano temuż iż jest to dla wielu z nich możliwość (pierwsza, często jedyna na lata) zobaczenia czegoś innego niż centrum miasta, galerie handlowe i odmóżdżające migotanie ekraników. Podoba się czy nie, ruszamy. 

Zbiórka, wyjazd... dwudniówka, niektóre dziewczynki zabierają potężne walizy na kółkach... ja wprawdzie mam dwa plecaki, ale tylko jeden z rzeczami osobistymi, a drugi to plecak techniczny, mam tam np. maczetę, składaną piłę, siekierkę, łuk, strzały, harpun pneumatyczny, ot taki sprzęt survivalowo rozrywkowy ;).

Pierwszy przystanek 

 WYTRZYSZCZKA

Malownicza Figura Jana Nepomucena tuż obok szkoły, blisko przeprawy promowej przez Dunajec, więc jak najbardziej w adekwatnym miejscu. 
(oczywiście nie omieszkałem dodać do map googli)


Byliśmy też pod "rekonstrukcją" zamku Tropsztyn, ale był zamknięty, więc tylko sobie a muzom opowiedziałem kilka zdań na jego temat i poszliśmy w kierunku promu. 
 
 Wzmiankowany wygląda tak...

 I akurat... film kręcili! 
No nie tyle film, co program Ziarno (będzie podobno na początku lipca, ale raczej bez nas, nawet w roli tła). Trochę bezczelnie kręcili sobie ujęcia, a myślmy stali w skwarze, no ale w końcu widząc że zaraz będzie awantura pozwolili nam się przeprawić.   

TROPIE
Tropie i Tropsztyn, dokładnie tak kochani!, dobrze się domyślacie - dzisiejszy podział administracyjny nie odpowiada zastałościom (co myślicie o tym neologizmie?)  historycznym.
 
 Kapliczka św.Andrzeja / Świerada i św. Benedykta. 

 A to już źródełko św Świerada 
(jakoś wolę to słowiańskie, wskazujące na cyrylometodiański ryt wyznania, imię).
Tyle że WYSCHŁO ! 
Serio! Cały maj lały deszcze, jesteśmy początkiem czerwca a źródło które sączyło wodę nawet w czasie największych susz... wyschło! 
Żartuję sobie że to z obawy przed czeredą która przyprowadziłem - ale wewnętrznie mi do śmiechu nie jest - nie lubię takich znaków. Nawet jeśli to tylko chwilowa anomalia wywołana właśnie zmasowanymi opadami, to i tak mi się nie podoba. 

Potem wracamy - oczywiście wcześniej jeszcze jeszcze konkurs - znajdź czaszkę (Miłosz się był wychylił, pomimo zakazu z mojej strony, i zasugerował lokację, więc musiałem ufundować dwa bo znalazców było dwóch ex aequo.

Zachodzimy pod kościół w Tropiu a tam... znów ta sama ekipa, nakazują nam schować się w środku. Co skrzętnie wykorzystujemy bo zazwyczaj zamknięty i można tylko przez oszklone drzwi (prawda ze duże) popatrzeć.  
    
 Taka piękna, wierszowana elegia/epitafium ku czci Adama Siedmiogrodzkiego 
Polaka - ale jak wskazuje nazwisko węgierskiej krwi - wygląda na ciekawą postać. Będę musiał poszperać w tej materii, czuję że czai się tu historia bardzo warta opowiedzenia. 
 

 Pani przewodnik, zasadniczo bardziej zajęta myślami o ekipie telewizyjnej, ale jednak to i owo nam pokazała.

 Np. o tej krytej w ścianie chrzcielnicy nie miałem pojęcia. 

 Gmerki, odsłonięte na ścianach, najstarszej części kościoła. 

 który ewidentnie miał obronny charakter. 

A potem znów na prom i wracamy. 


 Jest okazja zawrzeć sojusz tarnowsko - podhalański. Choć zważywszy na fakt, że wydano tam co najmniej 25 TYSIĘCY kenkart goralenvolku, to pozostaję przy osobistej zasadzie, by trzymać się od nich z daleka.

Pakujemy się do autokaru i jedziemy na 
ROŻNÓW  
Rożnów dla Tarnowa to miejsce ważne, bardzo ważne, porównywalne tylko z Melsztynem. To melsztyński rycerz Spycymir (przypomnijcie mi kiedyś żebym Wam pokazał "komiks" z tarnowskiej fary na ten temat) Tarnów był zakładał, zaś z Rożnowa pochodziła rodzina w którą wżenił się wpierw Zawisza Czarny z Garbowa, a potem Tarnowscy przez co ród się był wytworzył, dzielny, silny, i rozumny ponad swą epokę. 
 Szyja prowadząca do beluardu
(takie dzieło fortyfikacyjne, co mogło roznosić artylerią oddziały wrogów, samo jednak na ataki odporne, a jeśli by się któremu wodzowi uwidziało szturmem ówże brać, srodze by za to liczebnością swych wojsk zapłacił - co tu dużo mówić. Koncepcje Tarnowskiego były aktualne jeszcze do XX wieku, a zbudowane w ich myśl twierdze, np. Przemyśl nie zostały zdobyte!)
 
 A to już lochy budynku bramnego. 
Tu trzeba przyznać że radochę miały wszystkie (no prawie) dzieci. 

 Kościół w Rożnowie
Jego odwiedzenie tradycyjnie poprzedzone było wyścigiem pod górę. cztery lata temu, tylko jeden chłopak był szybszy ode mnie - teraz aż czterech!!! 
Starość... pocieszam się tym że ja miałem ciężki plecak na sobie a oni biegli na lekko, ale to marne pocieszenie... Starość...



Potem droga nad zaporę. 
Zamek Rożnowskich w prywatnych rękach - ani widać by coś tam się działo, ogrodzenie zwalone - w sumie to mógł bym tam młodych zabrać - ale wolałem nie ryzykować, sprawa by się rypła, i jeszcze szkoła miała by kłopoty.  

zapora
W sumie to nic by się administratorom tego miejsca nie stało, gdyby powyławiali tą wyspę śmieci (łącznie z padliną utopionych zwierząt!!!) i posprzątali akwen po wiosennych wezbraniach! 

Ostatni przystanek
JAMNA
 Widoki z wieży widokowej przy bacówce.

 Bacówka... bacówka? No właśnie! - nie ten klimat, nie ten ryt, nie ci ludzie...

Żeby młodzi nie mieli zbyt słodko zabieram ich jeszcze na krótki (dla mnie) spacerek po Jamnej.
 Kaplica męczeństwa 
(to tu dzielni niemieccy żandarmi, bochatersko rozstrzelali matkę z trojgiem maleńkich "banditen")
 
 Republica Dominicana 


 Młodzież miała okazję zaobserwować wyższe od siebie stadia ewolucyjne.
 

 Kapliczki poukrywane pośród drzew i zarośli 

 Nawiązujące do bizantyjskich ścieżki różańcowe

 Kapliczkę maryjną i 

 grób Ojca Andrzeja Hołowatego  obok
Warto wejść na poświęconą Jemu stronę i poczytać, lub posłuchać homilii - krótkie, proste i celne jak prawy podbródkowy - chwila musi minąć nim człowiek uzmysłowi sobie że oto leży na deskach a cała mądrość własna w którą się wierzy, to pył tylko... 

 Wnętrze kapliczki.
A propos - cofnijcie się jeszcze o dwa zdjęcia i powiększcie sobie kapliczkę z zewnątrz - na drzwiach są narty Ojca Andrzeja. 

 Graciarnia - ale jakże artystycznie poukładana. 
młodzi mogli zobaczyć np. cepy (w moim pokoleniu, przynajmniej dzięki Wejściu Smoka wiedzieliśmy co to nun-czaku... dla nich to artefakt kompletnie niezrozumiały) 

 Galeria chwały



 A to już widok z okna mojej izolatki w bacówce

 Tu na zapleczu bacówki, do tych szpul rozpoczęliśmy ostrzał z łuku i harpuna  - z czterech strzał do łuku przetrwała jedna, z trzech do harpuna (hartowana stal) żadna. Ostrzał był tak intensywny że materiał z których je wykonywano nie wytrzymywał - hartowane ostrza popękały, strzały uległy rozwarstwieniu. Za to przybyło otarć od cięciwy, sińców itp. trofeów które młodzi sobie z dumą pokazywali. 
  
 I padalca się udało namierzyć - przez chwilę był obfotografowywany niczym celebryta. 
Tyle że ja ostrości jedną ręką złapać nie mogłem. Ale wiem że zdjęcia innych są udane. 

 Aż nadszedł zmierzch 

 I przyniósł ochłodznie

 Oraz:
Komary! 
Tudzież 
Warowanie na korytarzu i przy balkonach, bo chłopcy rzucili hasło: 
- "jak pójdą spać (znaczy my, czyli opieka) to wbijamy do dziewczyn!"  
na co dziewczyny odpowiedziały
- "nawet o wbijaniu do nas nie myślcie... czekamy na was" 

Potem było np. szeptanie
-"poszedł już, nie słyszę..." (z pokoju)
-"JESTEM!" (to ja, z korytarza)
- "kur.a" (wyszeptane z pokoju)
- "słyszałem!" (znowu ja z korytarza)
szury i szmery w pokojach...

albo 
- "Tu, chodź po balkonie" (z pokoju)
usiłowanie przejścia po barierkach i zejścia w dół (amatorzy, nerdy, geeki - ja w ich wieku urywałem się z pokoju w ciągu pierwszych 5 minut!!) 
Załączam latarkę i silny snop kieruję niczym na zbiegów z Alcatraz, oczywiście patroluję także rejon zewnętrzny, niech sobie nie myślą że są cwańsi i mają do czynienia ze zgredem nie kumatym. Rozlegają się piski (to zawiedzione, albo "ocalone" dziewczęta), i klątwy (chłopcy), ale dość szybko pierzchają niczym karakony do szczelin i znów wszystko wydaje się uśpione...
Ułuda, gra na wymęczenie przeciwnika - tyle że ja pracuję na zmiany - wymęczyć zmianowca w ten sposób nie podobna. 
Dwadzieścia po drugiej konają ostatnie niedobitki, w bacówce nastaje cisza nocna...

JEBU DUP - TUP, TUP, TUP!!! 
piąta rano szarańcza się przebudziła! 

Buzuję (gotowanie grzałką) sobie wodę na kawę na dole w łazienkach  po czym wychodzę na wieżę widokową pooglądać świat. Młodzi robią szum i harmider, ale głupot już nie narobią, więc mogę odsapnąć.  

 A widoki takie. Morze mgieł w Dolinie Dunajca.

 I kawusia...
to już chyba trzecia (rozpieszczalne, nie miałem fusiastych), pierwszą wypiłem nim wyszedłem z bacówki, więc wróciłem buzować następną...

A potem śniadanko 
I znów na rajdzik... a co? Cała noc wariacji, no to ich domęcze, niczym podjazd do Gliczarowa kolarzy.
Trasa, łatwa (niekoniecznie lekka): Jamna -  Bukowiec (Diable Skały, kościół/cerkiew) - Siekierczyna (opcjonalnie skała Wieprzek) - Jamna. 

 Borowiki się już pokazały...

 Bardzo rustykalny i stareńki Chrystus Frasobliwy z bukowca, na cokole nieczęsta płaskorzeźbiona scenka Adama i Ewy. 

 Skały 

 szczeliny skalne - kiedyś to było wejście do jaskini, ale po odsłonięciu skalnego zbocza - jaskinia stała się... półjaskinią ;) 
 


 Skała z tablicą Batalionów Chłopskich - oczywiście potwornie przeinaczoną przez komuchów (BCH jako część AL - kaducznie śmieszne, było by, gdyby nie było tak tragiczne)

Przy każdym punkcie staram się coś opowiedzieć - tym którzy chcą słuchać. W między czasie zaganiam dwa stada, niczym pies pasterski, do kupy - bo część poszła ze mną górą, a część dołem i nie wiedziała jak wyjść na górę. Więc podprowadzałem jednych, potem zbiegałem do drugich i też podprowadzałem kawałek, potem znów bieg na górę i tak w koło Macieju. le po trzecim kursie miałem już całą ekipę razem.  
 
 Kościół w Bukowcu - dawna cerkiew. Opowiadam im o babińcu, co budzi niechęć dziewczyn - niby czemu - miały miejsce widokowe, spokojne, ciepłe zimą, wentylowane latem... No ale ta cholerna babska natura... No bo niby czemu w innym miejscu niż mężczyźni?!  
Ano dlatego że kobiety mają tendencję do prowokowania mężczyzn swoją obecnością...
"phi, też mi, to dyskryminacja!" Gadaj z takimi!

A potem już Jamna (odpuszczamy sobie Wieprzka), bacówka  - obiadek...
A ja jednak wolę iść sobie do Schroniska Dobrych Myśli
na zestaw standardowy...
Oto zestaw standardowy! 
Kwas chlebowy, kawa, Szarlotka (wielka litera się jej należy) 

A był bym zapomniał. 
Jedna z dziewcząt miała takiego focha, że odmawiała trzymania się lewej strony jezdni. Na zwracaną uwagę odpowiadała jak w tytule; "ja proszę pana, mieszkałam osiem lat w Warszawie, ja wiem jak mam chodzić". Jeszcze dwadzieścia lat temu, trzepnął bym gówniarę w dupsko witką wierzbową i  z miejsca by się jej przepisy ruchu drogowego objaśniły... No ale nie wolno! 
Dzięki wam "liberałowie"... 
(większość nauczycieli była/jest zwolennikami tej ideologii, dlatego mi ich nie żal).
W pewnym momencie naprzeciw gówniary podjeżdża samochód, zatrzymuje się tuż przy jej nogach a kierowca opierdziela ją serdecznie, coś próbuje odpyskowywać, ale chyba widzi że zaraz facet wysiądzie i jej przyłoży, więc pokornie usuwa się na bok. 
Bijemy Kierowcy brawo, zatrzymuje się obok nas bo nie bardzo wie o co chodzi - tłumacze mu, że mi jej trzepnąć nie wolno, ale gdyby on to zrobił... to ja bym wcale widzieć tego nie musiał! 
Obyło się bez rękoczynów, a gówniara mimo wszystko się uspokoiła, choć ciągle coś usiłowała pyskować, jednak raz publicznie złamana straciła pewność siebie. 

Potem już tylko powrót do domu, kąpiel, łapanie kleszczy itp. atrakcje. W sumie to lubię być przewodnikiem grup szkolnych, ale coraz z nimi trudniej!