niedziela, 22 marca 2020

Jak Sokoły dzień Żaby świętowały

Raz na cztery lata, w/g kalendarza gregoriańskiego.

Uwaga dygresja!
Kalendarz gregoriański to system dni i miesięcy oparty na obserwacjach astronomicznych wprowadzony w 1582 przez papieża Grzegorza XIII bullą Inter gravissimas - dokładnie pośrodku między "de Revolutionibus..." Kopernika, a pracami Galileusza. Gdyby było tak jak chcą pewne środowiska, że Kościół zwalczał naukę... to tego kalendarza by nie było - bo nie sposób wyliczyć (a także wytłumaczyć rozbieżności obserwacyjnych) według systemu ptolemejskiego. Skąd więc "prześladowania" Galileusza, a wcześniej opory Kopernika? Ano stąd że głosili swoje poglądy jako ludzie związani z Kościołem!   To mniej więcej tak jak gdyby dziś znany ksiądz albo biskup stanął na czele zwolenników M-teorii i "Wieloświata" i jeszcze swoje wykłady okraszał mniej lub bardziej zawoalowanymi odniesieniami teologicznymi - nie wchodząc w to czy ma, czy nie ma racji, raczej nie spotkał by się z aplauzem kurii rzymskiej i episkopatów.
koniec dygresji!

A więc raz na cztery lata, to jest wtedy gdy mamy rok przestępny, czyli 29 lutego przypada... DZIEŃ ŻABY!   A my w Tarnowie mamy to szczęśliwe położenie, że Żabno leży opodal, więc możemy spokojnie i z namaszczeniem łańcuchów owe święto doniosłe świętować. 

A na samym przejeździe się nie kończy! Ba przejazd, to tylko wstęp i zakończenie - całe święto odbywa się pośrodku!  Pośrodku Żabna, pośrodku Gminnego Centrum Kultury, pośrodku muzeum regionalnego (Elu - popraw mnie na messengerze, albo tu w komentarzach z nazwami instytucji i nazwiskiem tego niesamowitego historyka i pasjonata - celowo piszę w ten sposób żeby nie pozować się na "wszechwiedzącego" - to twoja wiedza i twoja zasługa i wszyscy powinni o tym wiedzieć).
a na to Ela: "muzeum powiedzmy regionalne o nazwie,,Ostatnie Takie Galicyjskie,,. Twórcą muzeum i kustoszem jest Pan Paweł Domański.. On nas oprowadzał i on też zebrał wszystkie te eksponaty od mieszkańców Żabna.. Trochę lat temu poświęcił" - Niniejszym Elu całusy.

A potem jest jeszcze obiad w restauracji Missterium w tymże Żabnie (i znowu, ktoś pomyślał o rezerwacji i znowu brawa dla tej osoby)

A trasy układa Marek... 

A to znaczy że będzie fajnie i ciekawie! 

A jeszcze wcześniej kawa w Tramwaju z Elą i Kasią

A start jak zwykle z Placu Kazimierza. Ale zdjęć nie mam, no jakoś się zapomniało zrobić.


Zobacz trasę w Traseo



Park "Piaskówka" zebranie reszt grupy

 

Partyń - pałac Męcińskich. 
A kilka słów na jego temat to Wam jednak napiszę. Zbudowany pod koniec XIX wieku. Projektował Sławomir Odrzywolski, a inwestorem (w/g dzisiejszej nomenklatury) był hrabia Józef Gabriel Męciński. Ale to sobie możecie przeczytać na necie. Przeczytacie też że Partyń był kiedyś samodzielną osadą! Słusznie jak coś się Partyń nazywa, a nazwa to odnosi się do cząstki  (pars, part = po łacinie część) większej całości to na pewno był samodzielny...
Przeczytacie też że to styl neorenesansowy... poniekąd prawda, ale to już ewidentnie neomanieryzm - problem w tym że nawet nie ma takiego pojęcia jak neomanieryzm, a i sam manieryzm jest dyskusyjny - w każdym razie okres pomiędzy bądź co bądź skromnym renesansem a nieprzyzwoicie rozbuchanym barokiem to... manieryzm.
Natomiast nie przeczytacie że sgraffito którym zdobiona jest  galeria nad portykiem gdy oglądane jest na wprost może skojarzyć się z obliczem demona, ale to już sam wypatrzyłem.

Dookoła pałacu, park krajobrazowy - ale to może innym razem?
Bo my jedziemy dalej.

Płasko aż mi głupio - zaczynam tracić orientację, dobrze że inni prowadzą... 

I jesteśmy na miejscu...

A nawet jeszcze bardziej na miejscu...

Dostajemy kawę lub herbatę, chwilkę zagajenia

A potem film Andrzeja, jednego z Sokołów opisujący jego udział  wielkim projekcie objechania świata na około, w etapach realizowanych przez różne grupy osób. Fascynujący temat i przygoda. Ale nie moje, więc cóż będę tu opisywał? Powiem Wam jedno, słuchałem i patrzyłem z rozdziawioną gębą - bo człowiek był w dokładnie tym zakątku USA w którym i ja bym chciał być! 

A jeszcze zwiedzanie Gminnego Centrum Kultury


A propos taki konkurs - jak zwykle w nagrodę kawa lub piwo, ewentualnie przewodnik rowerowy po okolicach Tarnowa, bo dostałem prezent od Eli, więc mój może iść "w dobre ręce" - no więc konkurs! kto pierwszy ten lepszy!! Uwaga!!! Już !!!! - te ptaki na zdjęciach - do czego nawiązują, z czym Wam się kojarzą?  

 Odpowiedzi w komentarzach. 


 A jak już się rozprawimy z resztką kawy i ciastkami to tuptamy sobie do szkoły, gdzie miejscowy emerytowany nauczyciel stworzył izbę pamięci. (Jak by mi ktoś podesłał jego zdjęcie - to był bym dzwięcznym ;) ).

 Chwała pasjonatowi i chwała dyrekcji szkoły za przychylność i udostępnienie pomieszczeń.

I jeszcze jedna aktualizacja: trzy zdjęcia od Eli 




Dzięki
Ela i pasjonat - teraz znacie już oboje!



 
Masa sprzętu gospodarskiego. Gdzieś indziej pewnie niszczał by w komórkach (wyjaśnienie dla młodych - komórka to małe pomieszczenie gospodarcze, niekoniecznie telefon) lub "zdobił"  nowobogackie posesje.

Stare wydawnictwa.
Często druki lokalne, które były dostępne wyłącznie dla mieszkańców Żabna i okolic. 


Ząb mamuta i nieco lokalnych paleo i archeo drobiazgów.
A skąd w Żabnie ząb mamuta? - Maciej pewnie mnie poprawi... i o to chodzi. Otóż to lokalne znalezisko wygrzebane gdzieś z pokładów żwiru nad Dunajcem, tylko wiecie - w czasach gdy spacerowały tu Mamuty, to Dunajec bynajmniej nie płynął tak jak płynie, czyli na północ gdzie łączy się z Wisłą, tylko na... wschód! do Morza Czarnego! Dacie wiarę? No ja też nie mogłem - ale są ludzie o których wiem że "sprzedają" najlepszą wiedzę w tym zakresie, więc się od nich uczę. Zatem prawda jest taka że w żwirowiskach pradoliny Dunajca niejedną już taką ciekawostkę znaleziono. 


A i kolekcja judaikow niemała. W Żabnie dużo Żydów żyło, setki lat żyło... Ale potem przyszedł Gross i różnej maści popaprańcy i okazuje się że jesteśmy antysemitami... 

Militaria

Pamiątki po Powstańcach, AKowcach, Sybirakach



A także niemały zbiór dewocjonaliów zabytkowych, większość to twórczość ludowa, niezwykle szczera, naiwna. Ale i bardzo wartościowa - szkoda że doceniana głównie przez lokalnych zapaleńców.


A dla mnie najcenniejsza była rozmowa z twórcą, kustoszem i przewodnikiem tego miejsca. Otóż od lat nurtuje mnie zagadka Żabieńskiego kurhanu. W zasadzie nurtowała. Ale teraz już wiem. Wcale to nie taki pradawny obiekt, jak podawały różne "źródła". Co nie znaczy że mało ciekawy! Ba, bardzo ciekawy. Bo wszystko wskazuje na to że doszło tu do dużego pomoru, na który jednocześnie nałożyły się waśnie na tle wyznaniowym. Temat do dalszego rozpoznawania - ale już przynajmniej wiem z której strony szukać! 

A że nic nie trwa wiecznie, przeto i my musimy gościnne progi opuścić. 

A przed nami jeszcze ... Mistterium! 

 Czyli pyszna wyżera pośród zacnego grona Sokołów w gościnnych wnętrzach Restauracji Missterium.
Że na zdjęciu nie ma żarła? No bo jak wjechało, to już nikt o robieniu zdjęć nie myślał...

Tu w zasadzie kończą się  wspólne przygody, ci z silną wolą albo pod presją okoliczności - wracają najkrótszą drogą do Tarnowa - garstka tych którzy nie mają dość samozaparcia, by oprzeć się czarowi roweru jedzie dookoła... Ja z nimi.

 
A pierwszy przystanek tuż przed mostem na Dunajcu. W kilku słowach opowiadam o operacji Gorlicko-Tarnowskiej - pokazuję cmentarze poległych w walce, cóż tu więcej gadać? Straszna jatka.

A my odbijamy na Velo Dunajec



 I przy wtórze radosnego miotania mięchem usiłujemy kręcić pod wiatr...
 O łatwiźnie tego zadania niech świadczy czas jaki upłynął między pierwszym zdjęciem a ostatnim z powyższej trójki ... około pół godziny ;) 


 A wysiłek wzmagał w nas pragnienie odpoczynku...

Na szczęście już po minięciu Ostrowa odbijamy nieco na wschód i wiatr z wmordęwindu robi się na baksztag... nadal wnerwia, ale przynajmniej kolana mniej bolą... 

 A czekał nas jeszcze podjazd po Zbylitowską Gorę - Zgłobice - no tak dwojacznie, bo z jednej strony drogi jest Zbylitowska Góra, a z drugiej Zgłobice, a droga środkiem... taka cwaniara!


A to jeszcze zabieram ekipę żeby zobaczyła ciekawostkę przy klasztorze Sacre Coeur i grotę maryjną wielce malowniczą.


 A Później?...
Cóż, rozwiązujemy resztę ekipy na Dworzec docieramy w czwórkę, wsadzamy Kasię do pociągu i rozjeżdżamy się do domów...


W końcu każda przygoda musi się skończyć żeby mogła zacząć się nowa. 

Znacie Ulicę Sezamkową?
Sponsorem dzisiejszej audycji była literka?... to kolejny konkurs.

poniedziałek, 16 marca 2020

Pierwszy i ostatni raz


Tarnów nie tylko stoi ciepłem... (Jejuuu te nasze gorące dziewczyny) Tarnów stoi też cegłą! Czemu cegłą? - bo Tarnow stoi na glinie. Czemu na glinie? No o to trzeba zapytać matkę Geologię. Ale w skrócie można to opowiedzieć tak - tu gdzie my teraz mieszkamy jakiś czas temu, w miocenie, zaraz na jego początku zaczęło wysychać morze Paratetydy (Para - bo z Tetydą już tylko symbolicznie połączone). W jednym miejscu osadzały się sole a w innym iły. Sole w Bochni, iły u nas... sam nie wiem czy się z tego cieszyć, czy złościć... ale matka Geologia i tak ma głęboko w ...ile moje złości. 

No więc tak. Mamy te iły i one tam są... tak circa abut od 20 milionów lat... dolar za każdy rok... fajnie by było... Ani komu wadzą, ani mu służą. Aż wreszcie jakieś 100 tysięcy lat temu Homo Sapiens postanowił ostatecznie zerwać z małpoludzią przeszłością. Na skutki tego wyemancypowania nie trzeba było długo czekać - Homo sapiens sapiens stał się gatunkiem całkowicie niezdolnym do samodzielnej egzystencji!

Chcąc przetrwać, musiał budować sobie domy. Pierwotne koncepcje jaskiniowe porzucił z racji zdecydowanie mniejszej podaży wobec popytu, niewypałem także okazały się idee namiotowe (jurty, wigwamy, szałasy). Jakimś rozwiązaniem były domy z drewna, aczkolwiek rozwiązanie to ma pewne ograniczenia... zwłaszcza w miejscach gdzie nie ma drzew! A błoto jest wszędzie!!!!

Najszlachetniejszym gatunkiem błota jest oczywiście kaolin (nie kochani borowina to nie błoto - borowina to humus!). Mniej szlachetne to iły... Bierzesz taki ił, ciaplasz go z krowim łajnem, sieczką ... lepisz z tego coś na kształt prostopadłościanu (zapewniam Was - że przez tysiące lat, ludzie lepiący prostopadłościany z błota i krowiego łajna - nie mieli pojęcia o tym że to co robią jest... prostopadłościanem!), suszysz na słońcu i masz! Potem układasz w stosik wyjmujesz te ze środka i oto powstała sztuczna jaskinia - dom!!! Po jakimś czasie technologię udoskonalono. Obecnie robi się cegły (znaczy te prostopadłościany) bez komponentu z krowiego łajna, ma to zapewne związek z nikłą podażą tego komponentu na rynku. 
I już wiecie, Tarnów cegłą stoi, bo na iłach lokowany.

Sto lat temu, do tego lukratywnego, choć błotnistego interesu przystąpił pewien Żyd, znany, bogaty tarnowski kupiec Władysław Brach. Kupił maleńką cegielnie, zrobił z niej dużą cegielnię... a przy okazji rozpoczął drążenie wyrobiska. Gdy za komuny, upaństwowiona już cegielnia upadła. (to zdumiewające - ale tak jest! Gdyby  światem rządziła komuna zabrakło, by piasku na Saharze, a kopalnie diamentów przestały by być rentowne). Gdy upadła, na dnie zostały resztki instalacji wkrótce zalane wodą podskórną i opadową. Powstał zbiornik wodny, bajorowaty i mało przejrzysty, ale zawsze zbiornik. Zbiornik ów nazwano Kantorią. Kantorią bo tak nazywała się cegielnia, cegielnia zaś nazwę swą wzięła od drogi. Drogę nazwano Kantoria bo biegła wzdłuż gruntów tarnowskiego kantora... kantora katedralnego - drodzy tropiciele judaiców (jakiekolwiek by nie były wasze motywy) 

No to wiecie już mniej więcej tyle samo co ja... 
I pamiętajcie tarnowskie dziewczyny sprawią że będziecie "czerwoni jak cegła, rozgrzani jak piec!"


A ja, jak tak sobie i tych naszych tarnowskich dziewczynach dumałem, to mnie rozgrzało i musiałem ochłody na Kantorii poszukać.

Odkąd kupiłem kajak, dusi mnie taka idea, by popływać na wszystkich tarnowskich akwenach, nie ma tego wiele, w zasadzie prawie wcale  nie ma... Co gorsze część z nich wymaga ostrej rozkminy. Ot weźmy taką Kantorię - akwen miejski, nieogrodzony, wydzierżawiony PZW, ozdobiony tabliczkami z wizerunkiem przekreślonego pływaka - wiecie takie swimmers bustersy. Czy to znaczy że mogę pokajaczyć czy nie mogę?! Oto jest pytanie! I chyba nikt nie zna odpowiedzi na nie!

W/g mojej interpretacji tego co w Polsce uchodzi za prawo. Skoro teren nie ogrodzony i nie oznaczony jako prywatny, lub w inny wyraźny sposób wyłączony z ogólnie dostępnej przestrzeni to mogę wejść! A skoro nie ma znaku żeglugowego zabraniającego używania sprzętu sportowego to... znaczy że mogę popływać kajakiem! Wpław nie... ale kajakiem owszem!



Zobacz trasę w Traseo

Widzicie tę "ucieczkę od brzegu? to dobrze widzicie - był tam jakiś wędkarz, który złośliwie widząc mnie wyrzucił sobie haczyk maksymalnie daleko w akwen, potem jeszcze gdzieś dzwonił i pokazywał odruchowo na mnie - pewnie go bolało że ja sobie fajnie pływam, a on stoi jak kołek i ma takie same szanse na branie jak i na sukces w konkursie Miss Polonia. Prawdopodobnie jednak stosowne służby, które raczył poinformować o moim wybryku, miały podobne problemy interpretacyjne co ja  i tylko nie znalazły równe prostej interpretacji więc wolały przyjechać ze stosownie dużym opóźnieniem. 

No ale zacznijmy od dymania...
Standardowe 100 na burtę i 80 w spód. 
Potem wodowanie - mułu na pół metra i wali zgnilizną przy najmniejszym poruszeniu. 
A następnie już sama przyjemność pływania...


Napisał bym czysta przyjemność... no ale nie była to czysta przyjemność - to była bardzo zaśmiecona przyjemność. Wędkarze to chyba jedyna grupa hobbystyczna której syf wkoło nie przeszkadza. Ba! Wygląda na to że lubią syf, kultywują syf, pielęgnują syf, cieszą się syfem i bez syfu nie umieją żyć! Albowiem syf jest tam wszędzie. W wodzie, na brzegach, pomiędzy trzcinami... wszędzie, a tam gdzie są stanowiska wędkarskie syfu jest po prostu więcej...


Staram się nie zwracać nań uwagi, nie jest to łatwe. Kurna - to ciężkie!!! Na szlakach się sprząta - owszem zawsze znajdzie się jakiś burak który po sobie syf zostawi - ale po pierwsze buraczana nie może liczyć na jakąkolwiek pobłażliwość, a po drugie inni turyści po nim posprzątają i śmieci w dolinę zniosą. Tak samo rowerzyści, morsy, filateliści i miłośnicy budowania makiet kolejowych! Wszyscy... z wyjątkiem wędkarzy!

A tam za mną to "przystań: Kantoria... wiecie co? Ktoś miał mega fantazję. 
Ale po projekcie "pojezierza tarnowskiego" to już mnie chyba nic nie zadziwi!



Fajny obiekt - można by z niego zrobić niezłą lokacje dla spacerowiczów... jest śmietnik i lumpenbaza.



A to znów "przystań Kantoria" ...  

Czas się zmywać... dosłownie! 

CHMS Beskidnick  w suchym doku 
Potem jeszcze w domu mycie, w samochodzie wietrzenie i w garażu suszenie...

No to i ja sobie 

na wypoczynek w przystani zasłużyłem
 A co?

Tak jak sądziłem - stosowne służby nie zdążyły dojechać na czas...

poniedziałek, 9 marca 2020

Próba ognia, błota i wysokości

Znacie takie sytuacje gdy z rozbuchanych planów wychodzi siano, a prosty, lekki plan przeradza się w świetną przygodę? Myślę że każdy coś takiego w życiu miał i to nie raz. Nie każdy chce się przyznać do pierwszego, ale za to drugim chętnie się chwalimy.

I tak właśnie było tym razem. Padł pomysł ogniska, padło kilka możliwych lokalizacji, wybrano najbliższą, (jedną z najbliższych), ustalono maksymalnie lajtową trasę dojazdu i ... się zaczęło! 

A skoro zaczęło, to od początku:
No więc tak - na początku był Chaos, taki najbardziej chaotyczny z chaosów - chaos kwantowy, probabilistyka totalna. I wtedy Bóg powiedział "niech się stanie!"... I się stało, jakimś cudem złamała się symetria i zamiast jednej wielkiej anihilacji, mamy materialny wszechświat... minęło jakieś niecałe 14 miliardów lat (mgnienie) i z chaosu narodził się ON! ROWER!

I to w zasadzie wszystko co trzeba wiedzieć! Cała reszta jest konsekwencją tego pierwotnie podstawowego (arche - dla tych co lubią poszpanować erudycją ;) ) faktu.

Ogień znany jest ludzkości od czasów Prometeusza (są zupełnie nienaukowe tezy o przejęciu ognia z naturalnych pożarów - ale kto by tam wierzył w takie bajki?) - czyli także jest arche.

Najoczywistrzym połączeniem roweru i ognia, jest rowerowy wyjazd na ognisko, jak to zostało zaanonsowane wyżej. Tym sposobem historia świata zatoczyła koło i rozpoczynamy kolejny eon ;).



Zobacz trasę w Traseo

Jak łatwo zauważyć trasa była... niemonotonna.

Kasię odbieramy z dworca i jeszcze mała rundka po mieście w ramach zwiedzania. Marek prowadzi, ja nawijam a dziewczyny i tak jadą do Tramwaju na kawę ;)  Resztę grupy zgarniamy już z Placu Kazimierza. Zaczyna się niewinnie, jedziemy Terlikówką, potem u stóp Góry św. Marcina i do Skrzyszowa. Jeszcze chwila postoju przy Groszku, bo trzeba to i owo dokupić. A potem już prosto, zakrętami do Kruka, a w Kruku, lasek, wiatka i Andrzej co już ognisko rozpalił. 

No ale zobaczcie sami:
EKSKURSING
 
 Lukanie na teren Muzeum Etnograficznego.
 
 Pod Pomnikiem Bema, jtory się nie załapał - ale kawałek muralu z fragmentem Panoramy Siedmiogrodzkiej, już tak. 
Na pierwszym planie Michał.
KAWING
 My w Cafe Tramwaj
Marek - Ela - Kasia - ja.
Michał cyka foty, więc Go nie ma w kadrze. 

MITING ;)
 

ROWERING
 
 No ale jazda nie musi być na ostro - zawsze można zatrzymać się jeszcze przy Kościele NMP "na Burku".

SMAŻING
 


 
Andrzej, ja , Ela

Część ekipy niestety musi się zbierać, szkoda i żal. Ale trudno nie zrozumieć - na rowerowych przygodach życie się nie kończy.


A my postanawiamy jechać dalej. 

DĘTKING

Tak łapam, gumę... 
Czyli w zasadzie suplement do "kwadratury koła".
Gdzieś wewnątrz felgi jest jakaś ostra krawędź i na niej właśnie przecinam dętkę. Ja mam zapas, Marek ma taśmę izolacyjną, oklejamy felgę od środka, dymamy gumę i jest git.
Można kręcić dalej. 
Przy okazji dowiaduję się o rosnącej powolutku tonsurce... który to fakt skrzętnie tają przede mną wszystkie fryzjerki! I jak tu nie wierzyć w światowy spisek masonów, cyklistów i fryzjerek?!  

BŁOCKING
Wpadam na pomysł że przecież możemy zjechać do Łękawicy przez las, no bo czemu nie?
Marek deliberuje, przelicza, konsultuje prawą półkulę z lewą i ... jedziemy przez las. Pomysł zostaje przyjęty z entuzjazmem, nikt prócz mnie nie zna tego "skrótu"... więc nie wiedzą też co ich czeka. Wpierw jest nawet fajnie - asfalcik, domki... potem szuterek, za szuterkiem leśna ściółka... wąwozik pełen iłu, w którym już nie można ani zawrócić ani się zatrzymać.


Onże wąwóz sinym iłem wypełniony, wypluwa nas po kolei na plac po mygle,  i tu wcale błoto się nie kończy - tu jedynie zmienia konsystencję, z gliniastej na wodnistą. Fajnie jest, już się nie lepi do kół - ale za to jak malowniczo rozbryzguj wkoło, na drzewa, trawę, nas samych... Zaiste jak tu nie kochać błota?  

Służby leśne zrobiły tu sobie takie miejsce ogniskowe - onegdaj było naprawdę urocze - od kilku lat systematycznie rozjeżdżane, przy okazji zrywki drzew, już nie jest tak klimatyczne. Ale mimo wszystko, można odpocząć, i zaczekać na maruderów. 


A potem już nurzania część druga - tym razem nurzanie równinne.

Lekko nie ma...
Znaczy na foci tego nie znać - ale wcześniej nikt nie miał głowy do wyjmowania aparatu, musząc wybierać między kałużami... co woli: płytką ale rozległą, czy krótszą lecz głęboką po osie, myślę że taki trening może nam się przydać przed nadchodzącymi wyborami ;) 


OBERŻING

Zostaje mi powierzone mega istotne zadanie, w zasadzie być albo nie być całej przygody! Mam jechać przodem i... złożyć zamówienie!
Trzy razy rosół, cztery razy kawa, napoje, placki ziemniaczane, kotlet z zestawem surówek... 
Czujecie odpowiedzialność która na mnie ciążyła?!
Na szczęście udaje się zapamiętać i poprawnie złożyć zamówienie, chwilę potem wpada Ela.

Reszta dobija po jakimś czasie...


Jakiś geniusz zaparkował na wprost stojaka dla rowerów - w sumie to ma szczęście że trafił na sensownych ludzi bo rysy się nu należą... i niekoniecznie mam na myśli szczyt w Tatrach.


Biesiada że mucha nie siada. Same smaczności...


Sami widzicie - się zjadło, nim się fotkę zrobiło...


Po jedzeniu nie zapomnij o jeżdżeniu.
Ale wpierw pamiątkowa fota.
Janusz - Marta - Marek - Ela - Wiesiek - Ja - Kasia - Michał

KRAJOBRAZING
Oberża pod Grzybem jest na Słonej Górze - no nie na szczycie, ale zasadniczo szczytu blisko, więc i widoki miejscami z niej naprawdę piękne...


by mogły być, gdyby mniej mglisto nieco było.


Ale i tak każdy przystaje - oko widokami nacieszyć. 


A potem jedzie dalej...

WSPINACZKING

Zjazd do Pleśnej to pora wytchnienia. 
Ale potem! 
potem!!
potem zlewamy się potem!!!

Z Pleśnej na Szczepanowice jest bez mała 200 metrów w pionie, niby niewiele ale na 3 km długości, daje całkiem fajny skos... zna ktoś trygonometrię? No więc to się liczy sinus kąta między poziomem zero a drogą - albo inaczej,  10 metrów różnicy poziomów na stu metrach to dziesięć procent. Tu mamy jakieś... 7% circa about mniej więcej na oko.



opowiadałem Wam już o syndromie Somosierry...?


 Ale powód do świętowania jest...

DWORCING


Żegnamy Kasię
do następnego razu rzecz jasna...


ELING


I tym uroczo optymistycznym akcentem zakończę ten wpis.

Ps. błoto z tego wyjazdu na niektórych rowerach pojedzie z nami do Żabna... ale to już zupełnie inna historia.

niedziela, 1 marca 2020

Całą parą na Brzankę!

Całą parą znaczy we dwoje.
Urlop wzięty, koło wycentrowane wieczorem w garażu, ciuchy przeprane jeszcze w pracy... można jechać. Czuję tremę jak cholera, bo to będzie pierwsza taka wycieczka w moim życiu - pierwszy raz z kobietą!
Sam na sam z kobietą !!! 

Spory stres. 

Umówieni jesteśmy pod Witosem - znaczy na placu Drzewnym, ja mam prowadzić - generalnie nie ma gdzie prowadzić, bo droga prosta jak budowa sztachety, no ale padło że ja prowadzę. Trzeba będzie nie zabłądzić już na samej Brzance - ale do tego dojdziemy. Na razie jadę na spotkanie. Gdzieś tak po trzystu, czterystu metrach już na zjeździe w kierunku Wątoku:
jeb-jeb
jeb-jeb
jeb-jeb
O żesz, o q..., o ja π! 
Nie ma czasu na centrowanie - zresztą i tak straciłem wiarę w swoje umiejętności. Nie mam też zapasowego koła, nic nie mam - poza nadzieją że dojadę! 

Ela już czeka... wstyd, ale cóż zrobić - od razu uprzedzam że jadę na wraku i może być różnie - ale mimo wszystko jedziemy - trasa nieskomplikowana jako się rzekło - tempo spokojne, stałe, bezpieczne. Kierowcy, poza jednym, szanują sytuację a ten jeden... no cóż - powinien do Eli się udać z bukietem kwiatów, bo tylko dzięki Niej nie usłyszał wiązanki mięsa... soczystego mięcha. A już się zabierałem! 

Oczywiście Traseo znów rwie - ale tu problem rozwiązałem zaraz po powrocie - po prostu przyszła aktualizacja która niezbyt fajnie się implementowała, pomogła reinstalacja już pełnego pakietu. Żeby tak łatwo było z kołem - zdjąć, założyć... naprawione... 
Jeb-jeb...
 sami wiecie.  

A skoro już jestem przy Traseo: szlak wyglądał tak, oczywiście tam gdzie zapisu nie trafiał szlag, bo wtedy to wygląda on tak jak go narysowałem, z grubsza zgodnie z... moimi wyobrażeniami o tym jak wyglądał ;)


Zobacz trasę w Traseo

Waypointów mało, wiem. Ale jakoś tak to wygląda, że jak jadę z kimś, to odczuwam mniejszą potrzebę robienia zdjęć, chyba to zresztą z racji wyżywania się na polu bezpośredniego przekazu... - no jak ktoś się urodził z duszą przewodnika, to już tak ma! 

SZYNWAŁD
 Czarny Chrystus. 
Naprawdę warto zobaczyć

RYGLICE
 Zabytkowy spichlerz dworski.
Własność Ankwiczów... tak, tak, tych od Ankwiczówny! 
Która miłością Mickiewicza młodzieńczą była 
(tak między nami mówiąc niezłą laską - więc się Adasiowi nie dziwię) 
a gdyby nie Ona, to pewnie wieszczu by się nie ziścił, bo wiecie... 
Nic tak nie pobudza w mężczyźnie weny jak brak kobiety. 
Tak to upokarzające... 




 Pasmo Brzanki z bliska - Wysoki Ost


 I Gilowa Góra - Gilowa  nie taka niska całe 506 mnpm./
(UWAGA - zjedzcie w dół, w sekcję komentarzy - tam Anonim / Ania - poprawiła moje błędy w opisie tych gór - nie poprawiam ich w tekście, żeby nie przypisywać sobie czyiś zasług - tedy idźcie a Jej słuchajcie, albowiem rację ma!)
No ale wpierw trzeba wjechać na przełęcz, a jedziemy prosto, znaczy krzywo, "bo i góry są ksywe panocku", ale prosto za dziobem czyli nie szukamy łatwizny. Walimy przez Galię, tę Dolną zostawiamy z prawej strony, ale jest Górna! Mać jej kurna! Delikatnie rzecz ujmując nie jest płasko, w zasadzie jest nawet niepłasko, a miejscami rzekł bym... całkiem niepłasko, no  dobrze nie będę owijał - jest stromo. A pod samą przełęczą z deczka stromiej z tendencję do pionowo. 
Ela od trzech dni zapewnia o słabości swojej kondycji... Daj jej Boże zdrowie, bo kokieterii ma już aż za dużo... Rany ale ona kręci pod tą górę! Dobra, jadę i ja, nie ma sprawy, najwyżej mi serce uszami wyskoczy... trudno nie spasuję. Ambitnym jestem.

 Luzik prawda?... 
a ja marzyłem o zestawie AED, albo przynajmniej porządnym respiratorze ;)

Ciut wcześniej trzeba było jeszcze znaleźć właściwy szlak. Niby nic, a jednak, szukać trzeba było - szlak wiedzie wzdłuż pasma Brzanki a my jedziemy od dołu, do tego akurat w tym newralgicznym miejscu znaki są od południa - no ale trafiam! W sumie obecność kobiety faktycznie wyostrza inteligencję. Pewnie jak bym jechał sam, to przewalił bym aż do Żurowej, po czy wrócił na rympał, my neandertalczycy lubimy proste rozwiązania, a przebijanie się na azymut jest najprostsze, choć wymaga najwięcej wysiłku. 

A potem jeszcze zmyłka - namontowali szlakowskazów - ale bez opisu,  ciut błądzę, ale w porę łapię błąd i wracamy. Bardzo chcę Eli pokazać ostry vel rysowany kamień. Czemu? Bo to świetny dowód, na to jak bardzo zwiększyła się lesistość Polski od połowy XIX wieku. Z tego wszystkiego zapomniałem zrobić zdjęć - ale ten kamień to ambona na której siadała Hrabina Ankwiczowa (tak, ta z tych Ankwiczów ale nie TA Ankwiczówna, bo ta Ankwiczówna wszak nazwisko zmieniła i to aż dwa razy wszakże nigdy na Mickiewiczowa - z pożytkiem dla literatury polskiej poniekąd). No więc siadała sobie, wpierwej wspiąwszy się po wykutych w skale schodach w ambonie - swoista "świątynia dumania" lecz z przeznaczeniem aby cieszyć oczy pracą chłopstwa na pańskiej roli - czyli lasu wtedy nie było tam nic a nic!!! 

Skąd zatem stulenie buki? Proste - bo sto lat temu była tam druga linia obrony wojsk carskich i  w maju 1915 roku rozpętała się taka jatka że ciała ludzkie przemieszały się z ziemią na głębokość dwóch metrów... nikt nie chciał orać, ani inaczej użytkować ziemi zmieszanej z kośćmi które odkopywano każdym ruchem lemiesza czy łopaty. Porzucone wzgórza zarosły, szybciej niż to się ekologom wydaje. 


Jazda jest płynna, bo płynne jest też podłoże - wiele centymetrów nawodnionego iłu... 

Po drodze spotykamy kobietę, którą mąż zostawił w lesie, samą bez telefonu - co za perfidnie naiwny plan... kobieta pożycza telefon od Eli, a po jakimś czasie przyprowadza nieszczęśnika do bacówki... Ludzie żebyście jego twarz widzieli! Zbity pies wygląda nieporównanie lepiej! Przy czym zauważcie że psy są chronione prawem, takiej opieki  nie roztacza się już nad mężami.

To w ogóle dzień spotkań - okazuje się że Ela zna mniej więcej 99.9% ludzi w okolicy, działających w branży turystycznej i pokrewnych.  A wszyscy akurat umówili się na Brzance...

Jeden z wielu krzyży w paśmie. 

A potem dojeżdżamy na miejsce...
Jak dziecko... normalnie jak dziecko - człowiek na starość dziecinnieje

A potem zamawiamy sobie wyżerę - piwo, kawa, pierogi...

  Normalnie orgia smaków, przepych, wykwint i pełen barok ;)

Powroty są najtrudniejsze... Nie wierzycie?'''
To spróbujcie wrócić do młodzieńczej wagi ;)

Wracamy, w zasadzie sama radocha, nieco błota na Brzance, ale jedziemy granią, więc tam jest stosunkowo sucho, potem zaś w dół do Burzyna, i tak targają mną wątpliwości, bo wcześniej mijamy szlakowskazy właśnie na Burzyn - ale pamiętam że to szlak pieszy - zjechać się da, ale nie wiem czy jest sens tak się męczyć - kawałek dalej powinien być zjazd. Był! 

Jazda do Burzyna to już czysta przyjemność... poza maleńką niedogodnością przenoszącą się z koła na pośladki... 

Sam nie wiem kiedy jesteśmy w Tuchowie i aby nie kręcić pomiędzy autami wybieramy, trasę przez Buchcice, jechaliśmy nią dzień wcześniej, ale co tam, teraz jedziemy w drugą stronę, więc zupełnie inne odczucia. Ot weźmy ten odcinek Buchcice - Tuchów - wczoraj tak się tamtędy super jechało (znaczy poza tym jeb-jeb w tyłku) a dziś powoli, kręt za krętem i jakoś tak mozolnie - myślę że to dlatego iż teraz jedziemy pod górę... ale mogę się mylić ;) 

A potem? A potem znów jedziemy pod górę... tym razem tą Słoną, z założeniem że  w Oberży pod Grzybem cokolwiek odpoczniemy, no ale wpierw trzeba tam wyjechać! 
Znacie syndrom Somosierry? 
To posłuchajcie: W czasie interwencji w Hiszpanii (Hiszpanie nie chcieli na swoim tronie napoleonowego brata... dziwacy tacy) Doszło do blokady jednej z nielicznych dróg na południe którymi mogły zmierzać wojska Napoleona. I teraz tak - Napoleon widzi że drogę blokuje bateria hiszpańskich dział - jeśli puści tamtędy do ataku piechotę działa zdążą wystrzelić trzy cztery razy - do tego cztery salwy piechoty hiszpańskiej i będzie masakra. Więc postanawia zaatakować... konnicą - a ma pod ręką Polaków! Więc pada rozkaz: Weźcie mi te działa! Polacy ruszają, Hiszpanie odpalają lonty pada salwa - zakotłowało, Kozietulskiemu ubili konia, ale reszta przeszła - tych kanonierów co próbowali stawiać opór rozsieczono - zwycięstwo i... konsternacja! Bo kawałek dalej jest następna bateria! Już szykują się do salwy! Polacy nie mają wyboru, albo zaatakują i wezmą i tamte działa, albo Hiszpanie ich rozstrzelają, albo się wycofają i wtedy cały wysiłek na nic, bo ta bateria znów zostanie obsadzona. Więc co? Szarża na kolejną baterię! Pognali! Hiszpanie znów wystrzelili, ale tylko raz - szwoleżerowie zakłuli lancami tych co nie zdążyli zwiać, biorą oddech a tam! Tak zgadliście!!! Następna bateria, no to już z rozbiegu - hurra, gorzej nie będzie, już ich poniżej połowy zostało ale cóż robić? Salwa, krzyki, konie kwiczą poharatane, kurz i krew... bateria zdobyta!
Ufff, Polacy łapią oddech, ale nachodzi ich niepokojąca myśl że oto...
Patrzą...
Oczami mrugają!
Jaja jakieś?!
Kolejna bateria już rychtowała działa, trzeba było wybić kliny, podbite tak by razić nacierającą piechotę, w odległości dwóch salw, ale przed hiszpańskimi kanonierami są jeźdźcy, nie piechota w wartej kolumnie!  Pierwsza salwa przeniesie, trzeba strzelać na wprost, ale działa stoją na pochyłości, czyli w dół, rozpaczliwie szukają potrzebnych rygli. A 3. szwadron Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej już otrząsnął się z zaskoczenia, powiedzmy szczerze resztki 3 szwadronu! Każdy z nich jest przynajmniej raz ranny, niejeden już zmienił konia z poległym towarzyszem, nie ma wyboru. Prą do przodu ostatecznym wysiłkiem koni i swoją determinacją. Hiszpanie spanikowani strzelają ale bardzo mało celnie... Polacy dobili do szczytu!

(Jak kogoś interesują dalsze losy bitwy to sobie doczyta, albo zapyta mnie).

I na tym polega syndrom Somosierry! Już myślisz że po tym podjeździe będzie wypłaszczenie a tu tymczasem... zakręt i jeszcze stromiej...

No więc jedziemy sobie z Elką pod górę, jesteśmy tak mniej więcej w okolicach trzeciej baterii i nagle! Dzwoni do mnie Napoleon! ;) No nie, nie Napoleon ale szef i nawija że oto właśnie, rozumie i że w zasadzie, i jak najbardziej i szczere kondolencje - ale gdzie jestem bo muszę być w pracy, bo sam rozumiem i w ogóle... ojczyzna żąda ofiar... nosz i na co mi były te wspominki o Somosierze?

I tyle z naszej zabawy, już nie będzie Oberży! Jedziemy najkrótszą drogą, byle do domu, przebrać się zapakować cokolwiek do przegryzienia i w samochód do pracy! Walimy w dół z Piotrkowic na Porębę Radlną i nie wiem jaka cholera we mnie wstąpiła by zjechać na coś co uznałem za ścieżkę rowerową?! Owszem była ale ani ścieżka, ani rowerowa, tylko takie wydłużone dziwaczne schody (kiedy oni to zrobili - ostatnio chyba takich nie tam nie było... albo jechałem drugą stroną? Wujo Alzheimer pisał że zamierza mnie odwiedzić? Kurde nie pamiętam... 
Efekt był taki że do jeb-jebu poprzecznego dołączył się jeb-jeb pionowy! Cała przyjemność po mojej stronie... by była gdybym był z tej opcji, ale jestem zdecydowanie z innej. Podziwiam Elę - znosi to chyba nielepiej ode mnie, ale dzielnie śmiga po tych schodkach... 

Dalsza droga mija bez większych przygód - tyłka nie czuję więc już i tak mi nie zależy - pożegnanie z Elą przy kościele św. Trójcy i ostatni kilometr przed domem. Ciuchy rzucam Mikołajowi do prania i krokiem kowboja idę do samochodu. Tenże krok nie opuszcza mnie jeszcze przez kilka dni...


Kwadratura koła - suplement. 
UWAGA tylko dla ludzi o silnych nerwach! 

Na drugi dzień, obszernym krokiem John'a Wayne'a kieruję się na Wita Stwosza do Baca-rowery. Czemu tam? Bo tam mam najbliżej.
Kupuję nowe koło, wracam, składam, pompuję, zakładam, zapinam... Rany jak się cieszę, siadam, (boli, ale co tam) - kręcę... 
jeb-jeb
jeb-jeb
jeb-jeb
Już nawet nie mam siły kląć!!!!! To tylko bezgłośny krzyk do losu "dlaczego q..a ja?!!!" 

Wracam - rozpinam, rozkręcam, zdejmuję... idę do Baca-rowery! Zgadliście - bo tam najbliżej!  kupuję nową oponę i...  HOSANNA!

Ps.  uszkodzeniu uległa osnowa opony - bez obciążenia wracała do swojego kształtu i praktycznie nie dawała objawów bicia, dopiero pod naciskiem, ulegała odkształceniu i... już, tyle! Banał! 

Bla Was pozdrowienia i ... do następnej przygody.