niedziela, 1 marca 2020

Całą parą na Brzankę!

Całą parą znaczy we dwoje.
Urlop wzięty, koło wycentrowane wieczorem w garażu, ciuchy przeprane jeszcze w pracy... można jechać. Czuję tremę jak cholera, bo to będzie pierwsza taka wycieczka w moim życiu - pierwszy raz z kobietą!
Sam na sam z kobietą !!! 

Spory stres. 

Umówieni jesteśmy pod Witosem - znaczy na placu Drzewnym, ja mam prowadzić - generalnie nie ma gdzie prowadzić, bo droga prosta jak budowa sztachety, no ale padło że ja prowadzę. Trzeba będzie nie zabłądzić już na samej Brzance - ale do tego dojdziemy. Na razie jadę na spotkanie. Gdzieś tak po trzystu, czterystu metrach już na zjeździe w kierunku Wątoku:
jeb-jeb
jeb-jeb
jeb-jeb
O żesz, o q..., o ja π! 
Nie ma czasu na centrowanie - zresztą i tak straciłem wiarę w swoje umiejętności. Nie mam też zapasowego koła, nic nie mam - poza nadzieją że dojadę! 

Ela już czeka... wstyd, ale cóż zrobić - od razu uprzedzam że jadę na wraku i może być różnie - ale mimo wszystko jedziemy - trasa nieskomplikowana jako się rzekło - tempo spokojne, stałe, bezpieczne. Kierowcy, poza jednym, szanują sytuację a ten jeden... no cóż - powinien do Eli się udać z bukietem kwiatów, bo tylko dzięki Niej nie usłyszał wiązanki mięsa... soczystego mięcha. A już się zabierałem! 

Oczywiście Traseo znów rwie - ale tu problem rozwiązałem zaraz po powrocie - po prostu przyszła aktualizacja która niezbyt fajnie się implementowała, pomogła reinstalacja już pełnego pakietu. Żeby tak łatwo było z kołem - zdjąć, założyć... naprawione... 
Jeb-jeb...
 sami wiecie.  

A skoro już jestem przy Traseo: szlak wyglądał tak, oczywiście tam gdzie zapisu nie trafiał szlag, bo wtedy to wygląda on tak jak go narysowałem, z grubsza zgodnie z... moimi wyobrażeniami o tym jak wyglądał ;)


Zobacz trasę w Traseo

Waypointów mało, wiem. Ale jakoś tak to wygląda, że jak jadę z kimś, to odczuwam mniejszą potrzebę robienia zdjęć, chyba to zresztą z racji wyżywania się na polu bezpośredniego przekazu... - no jak ktoś się urodził z duszą przewodnika, to już tak ma! 

SZYNWAŁD
 Czarny Chrystus. 
Naprawdę warto zobaczyć

RYGLICE
 Zabytkowy spichlerz dworski.
Własność Ankwiczów... tak, tak, tych od Ankwiczówny! 
Która miłością Mickiewicza młodzieńczą była 
(tak między nami mówiąc niezłą laską - więc się Adasiowi nie dziwię) 
a gdyby nie Ona, to pewnie wieszczu by się nie ziścił, bo wiecie... 
Nic tak nie pobudza w mężczyźnie weny jak brak kobiety. 
Tak to upokarzające... 




 Pasmo Brzanki z bliska - Wysoki Ost


 I Gilowa Góra - Gilowa  nie taka niska całe 506 mnpm./
(UWAGA - zjedzcie w dół, w sekcję komentarzy - tam Anonim / Ania - poprawiła moje błędy w opisie tych gór - nie poprawiam ich w tekście, żeby nie przypisywać sobie czyiś zasług - tedy idźcie a Jej słuchajcie, albowiem rację ma!)
No ale wpierw trzeba wjechać na przełęcz, a jedziemy prosto, znaczy krzywo, "bo i góry są ksywe panocku", ale prosto za dziobem czyli nie szukamy łatwizny. Walimy przez Galię, tę Dolną zostawiamy z prawej strony, ale jest Górna! Mać jej kurna! Delikatnie rzecz ujmując nie jest płasko, w zasadzie jest nawet niepłasko, a miejscami rzekł bym... całkiem niepłasko, no  dobrze nie będę owijał - jest stromo. A pod samą przełęczą z deczka stromiej z tendencję do pionowo. 
Ela od trzech dni zapewnia o słabości swojej kondycji... Daj jej Boże zdrowie, bo kokieterii ma już aż za dużo... Rany ale ona kręci pod tą górę! Dobra, jadę i ja, nie ma sprawy, najwyżej mi serce uszami wyskoczy... trudno nie spasuję. Ambitnym jestem.

 Luzik prawda?... 
a ja marzyłem o zestawie AED, albo przynajmniej porządnym respiratorze ;)

Ciut wcześniej trzeba było jeszcze znaleźć właściwy szlak. Niby nic, a jednak, szukać trzeba było - szlak wiedzie wzdłuż pasma Brzanki a my jedziemy od dołu, do tego akurat w tym newralgicznym miejscu znaki są od południa - no ale trafiam! W sumie obecność kobiety faktycznie wyostrza inteligencję. Pewnie jak bym jechał sam, to przewalił bym aż do Żurowej, po czy wrócił na rympał, my neandertalczycy lubimy proste rozwiązania, a przebijanie się na azymut jest najprostsze, choć wymaga najwięcej wysiłku. 

A potem jeszcze zmyłka - namontowali szlakowskazów - ale bez opisu,  ciut błądzę, ale w porę łapię błąd i wracamy. Bardzo chcę Eli pokazać ostry vel rysowany kamień. Czemu? Bo to świetny dowód, na to jak bardzo zwiększyła się lesistość Polski od połowy XIX wieku. Z tego wszystkiego zapomniałem zrobić zdjęć - ale ten kamień to ambona na której siadała Hrabina Ankwiczowa (tak, ta z tych Ankwiczów ale nie TA Ankwiczówna, bo ta Ankwiczówna wszak nazwisko zmieniła i to aż dwa razy wszakże nigdy na Mickiewiczowa - z pożytkiem dla literatury polskiej poniekąd). No więc siadała sobie, wpierwej wspiąwszy się po wykutych w skale schodach w ambonie - swoista "świątynia dumania" lecz z przeznaczeniem aby cieszyć oczy pracą chłopstwa na pańskiej roli - czyli lasu wtedy nie było tam nic a nic!!! 

Skąd zatem stulenie buki? Proste - bo sto lat temu była tam druga linia obrony wojsk carskich i  w maju 1915 roku rozpętała się taka jatka że ciała ludzkie przemieszały się z ziemią na głębokość dwóch metrów... nikt nie chciał orać, ani inaczej użytkować ziemi zmieszanej z kośćmi które odkopywano każdym ruchem lemiesza czy łopaty. Porzucone wzgórza zarosły, szybciej niż to się ekologom wydaje. 


Jazda jest płynna, bo płynne jest też podłoże - wiele centymetrów nawodnionego iłu... 

Po drodze spotykamy kobietę, którą mąż zostawił w lesie, samą bez telefonu - co za perfidnie naiwny plan... kobieta pożycza telefon od Eli, a po jakimś czasie przyprowadza nieszczęśnika do bacówki... Ludzie żebyście jego twarz widzieli! Zbity pies wygląda nieporównanie lepiej! Przy czym zauważcie że psy są chronione prawem, takiej opieki  nie roztacza się już nad mężami.

To w ogóle dzień spotkań - okazuje się że Ela zna mniej więcej 99.9% ludzi w okolicy, działających w branży turystycznej i pokrewnych.  A wszyscy akurat umówili się na Brzance...

Jeden z wielu krzyży w paśmie. 

A potem dojeżdżamy na miejsce...
Jak dziecko... normalnie jak dziecko - człowiek na starość dziecinnieje

A potem zamawiamy sobie wyżerę - piwo, kawa, pierogi...

  Normalnie orgia smaków, przepych, wykwint i pełen barok ;)

Powroty są najtrudniejsze... Nie wierzycie?'''
To spróbujcie wrócić do młodzieńczej wagi ;)

Wracamy, w zasadzie sama radocha, nieco błota na Brzance, ale jedziemy granią, więc tam jest stosunkowo sucho, potem zaś w dół do Burzyna, i tak targają mną wątpliwości, bo wcześniej mijamy szlakowskazy właśnie na Burzyn - ale pamiętam że to szlak pieszy - zjechać się da, ale nie wiem czy jest sens tak się męczyć - kawałek dalej powinien być zjazd. Był! 

Jazda do Burzyna to już czysta przyjemność... poza maleńką niedogodnością przenoszącą się z koła na pośladki... 

Sam nie wiem kiedy jesteśmy w Tuchowie i aby nie kręcić pomiędzy autami wybieramy, trasę przez Buchcice, jechaliśmy nią dzień wcześniej, ale co tam, teraz jedziemy w drugą stronę, więc zupełnie inne odczucia. Ot weźmy ten odcinek Buchcice - Tuchów - wczoraj tak się tamtędy super jechało (znaczy poza tym jeb-jeb w tyłku) a dziś powoli, kręt za krętem i jakoś tak mozolnie - myślę że to dlatego iż teraz jedziemy pod górę... ale mogę się mylić ;) 

A potem? A potem znów jedziemy pod górę... tym razem tą Słoną, z założeniem że  w Oberży pod Grzybem cokolwiek odpoczniemy, no ale wpierw trzeba tam wyjechać! 
Znacie syndrom Somosierry? 
To posłuchajcie: W czasie interwencji w Hiszpanii (Hiszpanie nie chcieli na swoim tronie napoleonowego brata... dziwacy tacy) Doszło do blokady jednej z nielicznych dróg na południe którymi mogły zmierzać wojska Napoleona. I teraz tak - Napoleon widzi że drogę blokuje bateria hiszpańskich dział - jeśli puści tamtędy do ataku piechotę działa zdążą wystrzelić trzy cztery razy - do tego cztery salwy piechoty hiszpańskiej i będzie masakra. Więc postanawia zaatakować... konnicą - a ma pod ręką Polaków! Więc pada rozkaz: Weźcie mi te działa! Polacy ruszają, Hiszpanie odpalają lonty pada salwa - zakotłowało, Kozietulskiemu ubili konia, ale reszta przeszła - tych kanonierów co próbowali stawiać opór rozsieczono - zwycięstwo i... konsternacja! Bo kawałek dalej jest następna bateria! Już szykują się do salwy! Polacy nie mają wyboru, albo zaatakują i wezmą i tamte działa, albo Hiszpanie ich rozstrzelają, albo się wycofają i wtedy cały wysiłek na nic, bo ta bateria znów zostanie obsadzona. Więc co? Szarża na kolejną baterię! Pognali! Hiszpanie znów wystrzelili, ale tylko raz - szwoleżerowie zakłuli lancami tych co nie zdążyli zwiać, biorą oddech a tam! Tak zgadliście!!! Następna bateria, no to już z rozbiegu - hurra, gorzej nie będzie, już ich poniżej połowy zostało ale cóż robić? Salwa, krzyki, konie kwiczą poharatane, kurz i krew... bateria zdobyta!
Ufff, Polacy łapią oddech, ale nachodzi ich niepokojąca myśl że oto...
Patrzą...
Oczami mrugają!
Jaja jakieś?!
Kolejna bateria już rychtowała działa, trzeba było wybić kliny, podbite tak by razić nacierającą piechotę, w odległości dwóch salw, ale przed hiszpańskimi kanonierami są jeźdźcy, nie piechota w wartej kolumnie!  Pierwsza salwa przeniesie, trzeba strzelać na wprost, ale działa stoją na pochyłości, czyli w dół, rozpaczliwie szukają potrzebnych rygli. A 3. szwadron Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej już otrząsnął się z zaskoczenia, powiedzmy szczerze resztki 3 szwadronu! Każdy z nich jest przynajmniej raz ranny, niejeden już zmienił konia z poległym towarzyszem, nie ma wyboru. Prą do przodu ostatecznym wysiłkiem koni i swoją determinacją. Hiszpanie spanikowani strzelają ale bardzo mało celnie... Polacy dobili do szczytu!

(Jak kogoś interesują dalsze losy bitwy to sobie doczyta, albo zapyta mnie).

I na tym polega syndrom Somosierry! Już myślisz że po tym podjeździe będzie wypłaszczenie a tu tymczasem... zakręt i jeszcze stromiej...

No więc jedziemy sobie z Elką pod górę, jesteśmy tak mniej więcej w okolicach trzeciej baterii i nagle! Dzwoni do mnie Napoleon! ;) No nie, nie Napoleon ale szef i nawija że oto właśnie, rozumie i że w zasadzie, i jak najbardziej i szczere kondolencje - ale gdzie jestem bo muszę być w pracy, bo sam rozumiem i w ogóle... ojczyzna żąda ofiar... nosz i na co mi były te wspominki o Somosierze?

I tyle z naszej zabawy, już nie będzie Oberży! Jedziemy najkrótszą drogą, byle do domu, przebrać się zapakować cokolwiek do przegryzienia i w samochód do pracy! Walimy w dół z Piotrkowic na Porębę Radlną i nie wiem jaka cholera we mnie wstąpiła by zjechać na coś co uznałem za ścieżkę rowerową?! Owszem była ale ani ścieżka, ani rowerowa, tylko takie wydłużone dziwaczne schody (kiedy oni to zrobili - ostatnio chyba takich nie tam nie było... albo jechałem drugą stroną? Wujo Alzheimer pisał że zamierza mnie odwiedzić? Kurde nie pamiętam... 
Efekt był taki że do jeb-jebu poprzecznego dołączył się jeb-jeb pionowy! Cała przyjemność po mojej stronie... by była gdybym był z tej opcji, ale jestem zdecydowanie z innej. Podziwiam Elę - znosi to chyba nielepiej ode mnie, ale dzielnie śmiga po tych schodkach... 

Dalsza droga mija bez większych przygód - tyłka nie czuję więc już i tak mi nie zależy - pożegnanie z Elą przy kościele św. Trójcy i ostatni kilometr przed domem. Ciuchy rzucam Mikołajowi do prania i krokiem kowboja idę do samochodu. Tenże krok nie opuszcza mnie jeszcze przez kilka dni...


Kwadratura koła - suplement. 
UWAGA tylko dla ludzi o silnych nerwach! 

Na drugi dzień, obszernym krokiem John'a Wayne'a kieruję się na Wita Stwosza do Baca-rowery. Czemu tam? Bo tam mam najbliżej.
Kupuję nowe koło, wracam, składam, pompuję, zakładam, zapinam... Rany jak się cieszę, siadam, (boli, ale co tam) - kręcę... 
jeb-jeb
jeb-jeb
jeb-jeb
Już nawet nie mam siły kląć!!!!! To tylko bezgłośny krzyk do losu "dlaczego q..a ja?!!!" 

Wracam - rozpinam, rozkręcam, zdejmuję... idę do Baca-rowery! Zgadliście - bo tam najbliżej!  kupuję nową oponę i...  HOSANNA!

Ps.  uszkodzeniu uległa osnowa opony - bez obciążenia wracała do swojego kształtu i praktycznie nie dawała objawów bicia, dopiero pod naciskiem, ulegała odkształceniu i... już, tyle! Banał! 

Bla Was pozdrowienia i ... do następnej przygody.


40 komentarzy:

  1. Wycieczka fantastyczna. Jeżdżę na rowerze, ale czy taka trasę to dałabym radę. Wątpię. Muszę potrenować. Serdeczne pozdrowienia znad sztalug malarskich przesyła Krysia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie przed podjazdami należało by potrenować - mimo wszystko to wymagające miejsca.

      Usuń
  2. Pomimo problemów technicznych wyprawa doszla do skutku. Brawo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czarny Chrystus bardzo mi się spodobał. W naszej okolicy mamy w Chlewiskach czarnego Jana Nepomucena. Też oryginalny.
    Poza tym dałeś mnóstwo ciekawych informacji, ale na mnie i tak największe wrażenie zrobiła kobieta, która potrafiła z cudzego telefonu do męża zadzwonić. Toż ona na pamięć zna ten numer! Podziwiam i nie potrafię naśladować. Znam jedynie swój własny numer. A, to może ona na swój telefon dzwoniła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co mówiła, mąż chyba faktycznie miał przy sobie jej telefon - może myślał że zginie w lesie i wilki zjedzą ;) Ale chyba dzwoniła na jego numer - dla żon to naprawdę nic trudnego zapamiętać takie informacje... ;)

      Usuń
  4. Szkoda, że na własne oczy nie mogę zobaczyć jak kroczysz tym krokiem kowbojskim, ale do tej pory pewnie już jesteś w formie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne - ja się się szybko refeneruję. weź otwórz sobie np Rio Bravo to mniej więcej tak samo chodził John Wayne tyle że on grał, ;)

      Usuń
  5. Czarny Chrystus ... przypuszczam, że to bardzo stara figurka, drewno przyciemniało, a może jeszcze pociągnięte jakimś mazidłem, może surówką ropy naftowej; znam na pamięć numer telefonu męża, a swego nie pamiętam:-) za to potrafię wyrecytować w środku nocy nasze pesele:-) rowerem można pokonać więcej kilometrów, więcej zobaczyć, jednak wolę piesze wyprawy:-) podobnie mieliśmy z oponą w aucie, puściły druty, na oko było dobrze, a jednak biło; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No popatrz a Ania nie wierzy jaką pamięć mają żony? ;) Moja Marzenka też mój numer znała na pamięć, i pesele i nipy i co kiedykolwiek powiedziałem też pamiętała ;)

      Usuń
  6. Kurde, tam Szynwałd jest napisane a ja Grywałd czytam... Ciekawe czemu? Piękny ten spichlerz Ankwiczów i figurka Czarnego Chrystusa. Fajne rowerowe spotkanie damsko męskie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle super przygoda - a toponimy pochodzą z tego samego okresu i tej samej mody językowej - to wtedy w czasach zaborów gdy lokowane były miejscowości, lub z jakiś przyczyn zmieniano ich status prawny otrzymywały takie niemiecko brzmiące nazwy.

      W ogóle rowerowe wyprawy są super! A Ela jest towarzyszką do takich akcji wymarzoną.

      Usuń
  7. Trafiłeś na fantastyczną grupę. Świetny z Was zespół. A figurka Czarnego Chrystusa jest niesamowita!
    Pozdrawiam:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty "Tylko" Ela - ale fakt - grupa fajna się trafiła...

      Usuń
  8. Niestety, opony generują często problemy, więc też je nierzadko wymieniam. Nie podejmuję się centrowania, właśnie jutro swój pojazd z przeglądu odbieram. A z kobietami jeździ się naprawdę spoko, nie mają tego typowego dla facetów ducha rywalizacji, a ja rywalizacji nie znoszę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ela ma... i to jakiego!!!
      Przy rowerach lubię robić sobie sam, znajomość mechaniki przydaje się zwłaszcza na trasie - choć często jest to takie powiedzonkowe "szewc bez butów chodzi" - czyli dbam o rowery wszystkich a sam kręcę na wraku (np w RockReiderze na najniższy blat przerzucam ... nogą ;) mógł bym to naprawić w ciągu kilku minut, no ale ... szewc itd. ;)

      Usuń
  9. Witaj Macieju.
    Kolejna fajna wyprawa i to nie tylko na pierogi.
    Nie będę się powtarzał, ale lubię takie klimaty, pierogi również.
    Pozdrawiam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  10. Zawsze kiedyś jest pierwszy raz z kobietą i jest trema (hahaha)
    Bardzo, ale to bardzo interesownie napisałeś i tak sugestywnie, że wstałem i też idę kowbojskim krokiem. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się ;) mam grono wspaniałych czytelników - dla Was warto się starać.

      Usuń
  11. Maćku, jestem prawie pewna, że góra, którą podpisałeś jako Gilową to Kamionka - ciut wyższa od Gilowej, bliżej Ryglic jeszcze... Bo to zdjęcie jest robione z Galii - przysiółka Ryglic, prawda? Gilowa jest raczej dopiero za drogą z Jonin do Szerzyn. Mam tę Kamionkę naprzeciw działki rekreacyjnej i kilka lat zachodziłam w głowę, jak ona może się nazywać i wykoncypowałam, że to Kamionka. A Wysoki Ost jest wg mnie tuż za nią, tak bardziej na południowy wschód... o ile się nie mylę... Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! Fajnie ze jesteś - Masz oczywiście rację. Pisałem z pamięci. Jak jestem sam, to sobie z mapą i kompasem koreluję co widzę - a tu nie miałem takiej okazji. Mapa "okolice Tarnowa" też mi się już rozleciała więc i tak dobrze że przynajmniej nie zaplątałem się w jakieś szaleństwa od strony Liwocza ;)

      Dzięki za poprawę - i wpadaj częściej!
      Znamy się z Fejsa?

      Usuń
    2. Nie, nie znamy się, bo nie mam fejsa :) A wpadam tu bardzo często, od lat, bo czerpię od Ciebie wiedzę o regionie i inspirację do wycieczek, tylko jestem małomówna, a wykorzystuję Cię skrycie :) A na naszą działkę zapraszamy na kawę i odpoczynek, jak będziesz w okolicy sam lub w towarzystwie - jest od tego miejsca, w którym było robione zdjęcie, bardzo blisko - gdy droga z Galii spotka się już z drogą z Księżego Podlesia (tą węższą, którą biegnie szlak niebieski do Żurowej), to trzeba się wrócić tym niebieskim szlakiem w kierunku Ryglic. Najpierw będą po prawej daniele, potem trzy gospodarstwa obok siebie i za nimi po lewej działki rekreacyjne. Jeśli na jednej z nich będzie stał pomarańczowy samochód, to znaczy że akurat przyjechaliśmy (w weekendy dość często) i właź właśnie w tę bramkę - my tam gdzieś jesteśmy w krzaczorach w roboczych ubraniach :) No chyba że niedziela, to wtedy leniuchujemy albo penetrujemy Kamionkę. Ania

      Usuń
    3. Brzmi frapująco - postaram się znaleźć. W Tę sobotę nie obiecuję, bo Sokolice przygotowały nam niespodziankę i nie wiem kiedy się skończy, ale w przyszłą, myślę że uda mi się wypad zrobić.

      Usuń
    4. Oj, na 21.bm. zamówiliśmy nocleg w kopalni soli w Bochni, więc rano chyba zrezygnujemy z działki. No chyba że do tego czasu zamkną nam kopalnię ze względu na wirus... Ale ogólnie często na działce jesteśmy, choć nieregularnie, w robocze popołudnia także, a latem bywa, że nocujemy. Dość łatwo nas zastać. Zapraszamy do nas :) Sympatycznych czytelników bloga równie serdecznie :)

      Usuń
  12. Znów miałam okazję poznać dzięki Tobie parę fajnych ciekawostek. Fajnie też, że miło spędziłeś czas. Trochę również zazdroszczę tylu pokładów energii i zapału do różnych wypraw. Aż niekiedy żałuję, iż sama nie spędzam wolnego czasu na takich turystycznych wypadach. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze możesz zacząć. Jeśli mieszkasz gdzieś w miarę blisko to zapraszam - zorganizuję taki wypad że będzie i rower i piechota i urbex i nawet postapo się znajdzie ;)

      Usuń
    2. No niestety mieszkam bardzo daleko, więc na razie się nie uda. :( Szkoda, bo choć akurat na rowerze nie jeżdżę, to piesza wycieczka w klimacie postapo lub też urbexu brzmi rzeczywiście fajnie. Dziękuję jednak za propozycję. :)

      Usuń
  13. Prawie 60 km, podjazdy, zjazdy - masz kondycję. Podziwiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja? Nie znasz moich ekip - Taka Kaśka potrafi w zimie jechać rowerem do Rytra - uczestniczyć w biegu górskim a potem jeszcze kąpać się (jest morsem) w Popradzie... Próba zabicia jej kamieniem kończy się każdorazowo rozkruszeniem skały ;)

      Usuń
  14. Kolejny raz podziwiam Twój zapał i kondycję. Ja tutaj wejdę na niewielką górkę i koniec, nie wiem czy bym weszła chociaż do połowy Uetlibergu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kondycja przychodzi z... wypadami. Zapewniam Cię że jak poszedłem w ożenek, to wyprawy poszły w kąt - dwadzieścia lat swoje zrobiło - nawet "zdobycie" byle wzniesienia czy to piechotą czy rowerem kosztowąło mnie wiele - ale stopniowo...
      Dziś bym się na Mattern Horn biegiem nie wybrał ;) choć na Szpiglasowy wierch wbiegłem - tyle że na górze na jeden wydech miałem trzy wdechy ;)
      I tak najważniejsza jest przygoda i poznanie - trening tylko wtedy ma sens kiedy służy im a nie sam dla siebie.

      Usuń
    2. Oj tak trening czyni mistrza. W sobotę jadę poza miasto, zobaczymy jak to będzie. Dzisiaj się zmachałam na dwóch spacerach, ale to dobre uczucie

      Usuń
    3. To bardzo dobre, przyjemne zmęczenie. po jakimś czasie też będzie się pojawiało, tyle że dystanse i wysokości będą musiały być odpowiednio większe.

      Usuń
  15. Bo my kobiety to mamy moc, chociaż czasami wyglądamy niepozornie ( tak dla zmyłki ). Fajnie, że trafiłeś na godną siebie kompankę, sporo się przy takiej nauczysz :). 60 km to sporo na płaskim, na Waszej trasie trzeba to liczyć podwójnie. Szacun!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie niepozorne są najfajniejsze ;)

      A Ela to rzeczywiści, kumpela jakiej ze świecą szukać.

      Usuń
  16. Już kiedyś pisałam, ale nadal uważam, że masz bardzo fajny styl. Ekspresyjny i z humorem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Staram się dla Was, wieć mój styl to wasza zasługa.

      Usuń