wtorek, 9 kwietnia 2019

Kajacznie

Mam, wreszcie mam!! Swój własny, taki jak mi pasuje. No ale po kolei. Kajaki kochałem od zawsze, chyba od pierwszych filmów jeszcze czarnobiałych puszczanych w TV (młodzieży takiej do 40 letniej, przypominam iż dawniej były dwa programy TV i nie ma sensu pisać na jakim programie) w cyklu "w starym kinie", i ich czarnobiałość nie miała znaczenia, bo telewizory też mieliśmy czarnobiałe - w ogóle wtedy wszystko było odcieniami szarości, choć wkoło na każdym kroku czerwone flagi wisiały... W każdym razie tam były ujęcia ze spływów kajakowych i już wtedy zupełnie wbrew jakimkolwiek rodzinnym tradycjom poczułem że to jest to. 

Potem były wypady nad wodę, pierwsza karta pływacka (inaczej nie można było pożyczyć kajaka) i tak w wieku bodajże 15 lat zacząłem swoją przygodę z kajakami. To było objawienie - coś jak pocałunek dziewczyny którą nastolatek ogląda z daleka na ulicy, bojąc się choćby podejść już nie mówiąc o tym by zagadnąć i nagle jakoś tak się dzieje, że jest się z tą dziewczyną blisko. Ja do dziś pamiętam swoje pierwsze odbicia wiosłem.

A potem były spływy i drużyna wodniacka ZHP i Dunajec i Wisła i dźwiganie "skorup" (te pierwsze były jeszcze ze sklejki) masa przygód i wspomnień.

Ale nigdy nie miałem swojego!

Wreszcie mam. Został już próbnie zwodowany i teraz czeka tylko na oficjalne nadanie mu nazwy która będzie brzmiała CH.M.S Marzenaanna.

Tak w ogóle to wpierw w domu na sucho uczyłem się go rozkładać, pompować, uzbrajać w stateczniki itp.  Tu wyliczyłem że potrzeba mi czterdziestu machnięć pompką na dno i po pięćdziesiąt na burty, tu nauczyłem się ustawiać siedzenia i w ogóle co gdzie i jak.

W końcu przyszła pora na prawdziwy zalew. A wyglądało to tak:

Zajechałem na Dwudniaki (taka miejscowość skryta w Lasach Radłowskich, która przez kilku geniuszy miała wejść w skład "pojezierza tarnowskiego"), do południa, tak aby nie było świadków ewentualnej klęski. Wykonałem wszystkie przewidziane instrukcją czynności i...

No właśnie. Musiałem zdjąć buty podwinąć dżinsy i wejść do wody - widać inaczej się nie da, ofiara jakaś musi być, bo to był koniec marca i temperatury lekko ciut niewysokie.

Potem już do końca rejsu, ani skarpet ani butów nie ubierałem, zresztą Marzenaanna okazała się całkiem ciepła w środku ;-).


 Takie selfie... Ale wiało jak diabli, takim niskim wiatrem i jeśli na chwilę przestawałem wiosłować to zaczynał się dryf, więc zdjęcie kompletnie niewycelowane. 
 Za to sama możliwość podpływania do szuwarów, brzegów, pomostów, wprost rewelacyjna.

 A tam była dawniej knajpka - nie wiem czy jeszcze jest otwierana, ale było tam całkiem fajnie. Muszę zobaczyć w sezonie.

 Od strony wody... i kto zrobi taką fotkę? Gotkiewicze to jasne, bo mają sprzęt taki iż NASA zastanawia się nad zaangażowaniem ich do zrobienia dokumentacji fotograficznej śladów Curiosity na Marsie... ale poza tym to radość dostępna tylko wodniakom. 
I furda że zdjęcie jest makabrycznie nieudane... 
 
 Na środeczku

 Para perkozów. 

 Prywatne pomosty...

 Tu gdzie ta kępka szuwarów stała kiedyś pogłębiarka (taka maszyna co to żwir wybiera) przez co jest tu płycizna, choć wkoło po kilka metrów w dół. 
Kiedyś dotarłem tam wpław, jakiś facet z brzegu krzyczy do mnie czy tam tak płytko?
A co ja, na Chrystusa wyglądam i po wodzie umiem chodzić? odparłem. 
W chwilę potem popłynąłem na powrót do miejsca gdzie miałem rower. akurat się suszyłem gdy przybiega żona owego jegomościa, Z płaczem bo: "cholerny bałwan popłynął tam gdzie pan był i chyba mu się ponton (taki wiecie PCV z PRC kupione w dyskoncie spożywczym na wyprzedaży) przebił, bo drze się że nie może wrócić, a on pływać nie umie!!! 
Cóż było robić. Mogłem podjechać do stanicy WOPR, ale mogłem też zadziałać sam. Jak się domyślacie...  zadziałałem. 
Na szczęście mieli jeszcze materac (ten był solidniejszy), napompowałem go, popłynąłem pchając go przed sobą po gościa - który był blady, zziębnięty, przerażony i w ogóle sztywny. Położyłem go na tym materacu, kurczowo wpił się w jego brzegi palcami, potem narzuciłem na niego przebity ponton, kazałem mu trzymać wiosło żeby nim łapał równowagę i tak doholowałem go do brzegu. a tam to już sam nie wiem, czy kobieta bardziej dziękowała mi, czy darła się na tamtego... 
 Nadbrzeżne wille 

 Łabędzie... nieme a darły ryja na mnie jak szalone... w sumie to nawet je rozumiem - tyle ich spokoju, co przed sezonem, a tu jakiś świr na kajaku. 



 Stanica WOPR - rzecz jasna nieczynna w tej chwili. 

 A tak wygląda Marzenaanna

Tu poczułem Ulgę (ten kanał tak się nazywa Ulga) - dosłownie, pomimo chłodu, ta zastoiskowa woda ma specyficzny zapach butwiejących szczątków roślin - nawet nie jest nieprzyjemny - po prostu jest taki jaki jest.

  I to już koniec przygody - na brzegu czeka na mnie Rapidka.

Teraz jeszcze walka z kajakiem - wyciskanie powietrza, składanie itp.

Podsumowując.   W kategorii cena/jakość kajak Itwita z Decathlonu nie ma sobie równych!
Do tego jest bardzo zwrotny, lekki w zwrotach, nie stawie dużego oporu powietrzu, więc i dryf jest łatwy do opanowania, ciepły i stateczny. W zasadzie nie dostrzegłem wad (tak zawsze jest w okresie zakochania), wiec o nich pogadamy przy okazji innych kajakowań.

A tak wyglądał trasa na wodzie.


Z wodniackim pozdrowieniem A h.j!!!!!!!

36 komentarzy:

  1. Dzięki za recenzję sprzętu, też myśleliśmy o nim! A wyprawa... Jak zwykle pro :) Czekam na więcej kajakowych relacji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze polecam...
      Na pewno nie dla tego że Decathlon uużycz mi kijków trekkingowych do testowania za darmo ;)

      Jedyny minus to procedura składania, jeden błąd i trzeba składać od nowa bo nie wejdzie do torbo/plecaka.

      Usuń
  2. Witaj Macieju.
    I to mi się podoba. Jesteś mi wodniackim bratem.
    Kartę pływacką zdałem w podstawówce i też pływałem na kajakach.
    Teraz z racji wieku i mniejszej sprawności fizycznej, preferuję łodzie.
    Fajny wpis.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A żagle też... Piękne, łagodne i znacznie wygodniejsze niż kajak.

      Ba karta pływacka to nic, ja zrobiłem sobie jeszcze "żółty czepek" - ciekawe kto je jeszcze pamięta?

      Usuń
    2. Macieju, pamiętam go doskonale, bo też takowy zdobyłem i mam do tej pory, podobnie jak młodzieżową kartę pływacką.
      Michał

      Usuń
    3. Brawa! Ale mów co chcesz to było coś.

      Usuń
  3. To ja Ci życzę, żeby to Twoje zakochanie trwało na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Takiego sprzętu, to raczej nie mamy:))) Kajak super sprawa. Sami zastanawialiśmy się nad zakupem, ale ... No właśnie. Kajak z żywicy jest wytrzymały, ale choć Biebrza wydaje się nieruchoma, to ruchoma jest, jak ta cholera, więc powrót do auta bywa problemem. Idealnym byłby kajak dymany (za przeproszeniem oczywiście), ale mam obawy, jak sprawdzi się na rozlewiskach, gdzie chabazie, stare kołki od płotów itp.? Masz już jakieś doświadczenia na tym polu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Temu jeszcze nie dałem popalić na ekstremalnych wodach. Ale znam kajaki czeskiej firmy Gumotex i one faktycznie zniosą wszystko poza ostrzałem z broni palnej. Tyle że są dwa, trzy razy droższe...

      Ps - nie badź taki skromny z tym sprzętem.

      Usuń
    2. W takim razie czekam na relacje z trzcinowego crash testu:))) PS. Obejrzałem ceny w Decathlonie i 2/3 razy drożej nie udolę, zwłaszcza, że muszę wymienić aparat:(

      Usuń
    3. Trzcinowiska zaliczyłem, nawet jest zdjęcie. Miałem na myśli bystrza i kamulce Białej i Dunajca. Za trzciny gwarantuję że przetrzyma.

      Usuń
    4. Mam z Gumotexu od 16 lat dmuchawca i w razie czego służę recenzją :-) Ale nie wszystkie Gumotexy są odporne

      Usuń
  5. Fantastyczna relacja z pierwszego rejsu!!!
    Nie jestem zdziwiona, że musiałeś wypróbować swój wymarzony nabytek. Sprawuje się dobrze i po wielu latach spełniło się Twoje marzenie. I jego nazwa - bardzo piękna!
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oswajasz kolejne środki lokomocji turystycznej. Brawo!
    Świat widziany z poziomu wody wygląda zupełnie inaczej niż z brzegu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tyle oswajam co raczej "stara miłość nie rdzewieje" ;) a co do inności świata to prawda.

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wspaniałe hobby. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza gdy się sprawdza w praktyce. Jeszcze tylko test na Białej i Dunajcu i gotów jestem ze niego zaręczyć.

      Usuń
  10. O proszę Kolega nawet kajakowy 😀😀😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba... Marzy mi się jeszcze motolotnia i ... Sterowiec ;)

      Usuń
  11. Niech służy jak najlepiej, uważaj tylko na żelastwo, beton zbrojony gdzieś przy brzegu czy jazach. Dmuchaniec jest wolniejszy, lecz też więcej błędów wybacza i trudniej go wywrócić ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem skorupa daje poczucie "pancerza" no i mielizny czy kotwy pogłębiarek jej nie straszne, na dmuchawcu trzeba uważać bardziej, ale za to znacznie bardziej posłuszny i... ciepły!
      Dzięki za życzenia. Kiedyś wpiszę się ba jakiś spływ do Ciebie.

      Usuń
  12. Maszyna do pogłębiania dna to bagier, mąż często opowiada mi, jak po Sanie pływał bagier i wybierał żwir:-) woda nie jest moim ulubionym środowiskiem, choć kąpię się często:-) wychowałam się daleko od wód, pływać nauczyłam w dorosłym życiu, a i to nie jestem pewna umiejętności, bo strach mnie paraliżuje, gdy nie czuję dna pod stopą i jakoś nerwowo wtedy płynę, i męczę się za szybko:-) mąż bardzo lubił kajaki, nawet do jakiejś drużyny należał, teraz przystań zniszczona, kajaki rozkradzione, a tamtędy przebiega obwodnica miasta; pływaj Macieju, uważaj na mielizny; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem bagier. Choć i nas częściej funkcjonuje "pogłębiarka". Ale wiele miejscowości i ulic ma nazwy "bagry", "na bagrach" itp.
      Tu na Dwudniakach też była stanica kajakowa, wypożyczalnia itp. potem to wszystko także zgnojono. Kajaki trafiły na wysypisko śmieci, celowo z powybijanymi młotami dziurami "żeby nikt nie ukradł"... Szlag nas chciał trafić!
      Pozdrowienia dla męża!

      Usuń
  13. Rozumiem, że cyfra "2" w nazwie twojego modelu oznacza wersję dwuoosobową? A jak kwesti ropompowywania kajaczka? Czy podobnie jak w dziecinnym kółku pływackim też trzeba zciskać placami wentyl, żeby powietrze uchodziło?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! To wersja dwuosobowa. Albo opcjonalnie pojedyncza, bo siedzenia są na rzepach i mają zaznaczone miejsca równowagi.
      Rozpompowuje się błyskawicznie, wystarczy wykręcić wentyl, który jest mocowany na silnym sznureczku, więc nie ginie. Powietrze schodzi głośno i błyskawicznie.
      Nieco gorzej jest ze składaniem, bo trzeba znaleźć sposób, ale jak się znajdzie to do torby da się jeszcze zmieścić pompkę i trochę innego szpeja.

      Usuń
  14. ale ten ryj to bym już darował nawet wrogowi

    OdpowiedzUsuń
  15. Dzień dobry. Wyprawa przednia! fajne w tym jest to że można podpływać do miejsc niedostępnych, z kajakiem czy łódką to już bez problemu :) pamiętam jak kiedyś nadmuchaliśmy ponton i 2-3 dni spllywaliśmy Wisłą dla zabawy...łatwe to nie było bo ponton nie jest tak szybki i sprawny jak kajak ale ogniska nad brzegami Wisły w pięknych miejscach trudno dostępnych niezapomniane. pozdrawiama asia

    OdpowiedzUsuń
  16. Gratuluję zakupu, mam nadzieję, że będzie Ci długo służył. Świat z kajaka jest zupełnie inny :)

    OdpowiedzUsuń
  17. teraz będa fotki z środka rzek:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Gratuluję kajaka. Sam pływam na własnych od dawna (najpierw składak, teraz dmuchawiec). Jednak wada kajaków dmuchanych jest taka, że na jeziorach przy wietrze mordewindzie bardzo kiepsko się płynie...

    OdpowiedzUsuń