środa, 20 lutego 2019

sobota, 16 lutego 2019

Mapowanie świata dla Googli

Jedni się wściekają na globalnego szpiona, inni tę usługę olewają, ale są też tacy, dla których jest możliwością dotarcia do szerszego grona odbiorców. Wiem że to co publikuję na Mapach Google jest czytane i brane pod uwagę. Oczywiście wnerwiają mnie "recenzje" hipermarketów, dyskontów i stacji benzynowych - ale komuś mogą być przydatne. Natomiast zamieszczanie nowych ciekawostek dla turystów czy wędrowców to prawdziwa przyjemność. Jest jeszcze kwesta stałych "awansów" w rankingach Lokalnych Przewodników - wszystko oczywiście na zasadach korporacyjnego wyścigu szczurów - czyli pierwsze promyki do gwiazdy zdobywa się z marszu a potem... No wyobraźcie sobie że do siódmego poziomu wystarczy zebrać 5 tysięcy punktów ale do ósmego już trzeba ich mieć łącznie 15 tysięcy, czyli (prze)Ciąg Fibonacciego krąży po katakumbach wuja Googla ;-). Powoli już do ośmiu promyczków zdążam, pewnie na dziewięć potrzebne będzie 30 tysięcy punktów. A na poziomy powyżej dziesięciu będzie trzeba recenzować już miejsca poza Ziemią, bo na naszym globie ich zabraknie ;-).

Ostatnio zresztą dali mi plakietkę "superrecenzenta"... 

W zasadzie to jedyna aktywność która mi teraz została, wynajdywać w drodze do pracy miejsca których jeszcze na GM nie ma i je dodawać, lub zamieszczać zdjęcia zrobione dawno temu a teraz wygrzebane gdzieś w przepastnych klastrach twardego dysku. 

No ale do sedna. Ostatnio dodałem trzy nowe miejsca - dwie kapliczki i krzyż, ale wartościowe. Zwłaszcza krzyż bo z Arma Christi a to u nas rzadki okaz. 

Zresztą zobaczcie sami:
Klikowa - dzielnica Tarnowa, ale jeszcze niedawno (w mojej skali) podmiejska wioska.
Ulica Zagumnie 76. 
 Krzyż przydrożny z Arma Christi fundowany w 1894r. przez Józefa Golca

 Narzędzia Męki Pańskiej czyli oręż Jezusa w walce ze złem. 
Włócznia Longinusa (ta która przebiła bok Jezusa) gąbka na kiju nasączona octem, wiadro z octem, gwoździe, korona cierniowa, tabliczka z napisem "kolumna do biczowania". 

 Do tego bardzo bogate przedstawienia figuralne:
w skrzynce Jezus. Maria Magdalena, Maryja bolesna i Jan Ewangelista.
Przy cokole krzyża św Piotr, Paweł i Andrzej.

Ulica Zagumnie 79

 Nowa kapliczka skrzynkowa, z gipsową figurą Najświętszej Maryi Panny z 1974 roku. 
Natomiast jako ciekawostkę/podanie należy zaznaczyć iż postawiona jest na miejscu znacznie starszej, która znaczyła mogiłę osób zmarłych na zarazę - bez badań archeologicznych tego rozeznać nie sposób.  

Ulica Chopina 15
 Kapliczka figura maryjna.
Kamienne przedstawienie Najświętszej Panny Marii Niepokalanie Poczętej.

Fundowana przez Michała i Apolonię Mondlów w 1890 - odnowiona (kiczowato moim zdaniem) w 1982r. 
Odbywają się tu nabożeństwa majowe - na zdjęciu widać drzewo a na nim skrzyneczkę z godzinami nabożeństw.  

I na razie to tyle - planów multum, cele wyznaczone, trasy obrane... tylko... no sami wiecie, Marzenka wróci do zdrowia, ja wrócę na szlaki.

Wszystkie dane merytoryczne, poza własnymi obserwacjami zaczerpnąłem z Przewodnika tarnowskiego PTTK (dla wybrańców ;-) ) Kapliczki i krzyże przydrożne w Tarnowie pod redakcją Kingi Wójcik, Andrzeja Mleczki, Andrzeja Łabno i Mirosławy Gasiciel.

czwartek, 17 stycznia 2019

Muzyka przestrzeni

Marsz, stęp konia, rytmiczne kręcenie pedałami, rytm serca zgrany z rytmem ruchu, rytm ruchu zgrany z rytmem świata...

Tak jest muzyka The Hu Band - zajefajnego mongolskiego etno rocka!

Drugie moje odkrycie ostatniego tygodnie to także Mongolia, tyle że łamana przez szkockich kobziarzy! Przestrzeń woła!!!

Ale mam ciary! Ps. nie mam pojęcia co się dzieje, ale blogger sam kasuje mi po jednym filmie! Znów próbuję wstawić dwa na raz, zobaczymy. A jak to wygląda u Was?

sobota, 12 stycznia 2019

Różnymi drogami do pracy



Generalnie droga do pracy to element codziennego kieratu, mówcie co chcecie ale tak jest. Czasami wiosną czy latem, pojawiają się drobne przebłyski uroku, niekiedy jakiś coś "wypadnie" i trasa ulega zmianie, zazwyczaj zresztą ku niezadowoleniu osobnika do pracy zmierzającego. Ba sam kodeks pracy nakłada na nas ówże obowiązek chodzenia cały czas tymi samymi ścieżkami, bo droga musi być "najdogodniejsza" aby w razie wypadku otrzymać stosowne odszkodowanie od ubezpieczyciela. 

Tępo smutno i nijako... kierat. 

A większość ludzi przyjmuje go za normę... doprawdy nie mam ochoty być takim sapiens... Jak sapiens, to wyłącznie z powodu zmęczenia tempem przemieszczania się, czy to rowerem, czy piechotą.   No nie widzę inaczej - owszem, czasami, nie ma wybory, trzeba szybko i  na czas - ale to mają być wyjątki, nieszczęsne, od reguły która mówi - szukaj nowych ścieżek. 

No więc pokażę wam teraz kilka pomysłów na trasę do pracy z ostatnich tygodni.   

Poranny rowerek przez... Marcinkę 


Trasa, fajna ale wspinając się rowerem zaraz z rana na jej szczyt miałem serducho już w okolicy przełyku, dałem radę i to mnie cieszy! Potem był zjazd - 50 km/h samochodem nie imponuje, ale jednośladem... i to z wizją swojego truchła wyciąganego z paryi przez strażaków... Znóiw miałem serce w okolicach krtani.


Taki sobie powrót

Z buta na nockę.

Zobacz trasę w Traseo
Stalkerskie klimaty - nieco przekradania się przez tereny dozorowane...

Też na nockę ale rowerem

Zobacz trasę w Traseo

 Albo takie rowerowanie na nockę podczas śnieżycy

Zobacz trasę w Traseo

A potem zaczęły mi się powroty z Krakowa od Marzenki - jak jadę sam, to zawsze pociągiem albo busem - akurat bus Vojagera odpowiada mi najbardziej, ale serce jest przy pociągach, tyle że PKP ma problemy z czasoprzestrzenią i to ogromne. Dlatego wybieram zazwyczaj busa. Vojagery jeżdżą przez Mościce i Wierzchosławice do autostrady, więc mam okazje wracając na zrobienie sobie jakieś fajnej trasy. zawsze też w pierwszych krokach kieruję się do Biedronki - nawet ja muszę coś zjeść, gdy już zasiądę w pracy przed monitorami i zacznę "świadczyć"...

Wierzchosławice - EC - pieszo po wałach

Zobacz 

Z domu do pracy - pieszo wokół "Azotów" 

Zobacz trasę w Traseo
Całkiem fajna trasa - po przejściu tej żółtej kreski - znaczy ulicy, ale na mapce widzicie żółta kreskę - całkiem inny świat - zero samochodów - dzicz - jakieś paryje, myszołowy, trochę pół uprawnych, nieco infrastruktury - mój świat! No i to że był mróz - więc GOŚka nie śmierdziała ;-)

Wierzchosławice - EC, trasa przez łęgi naddunajcowe. 

Zobacz trasę w Traseo

Mościce - EC... ale na dziko 

Zobacz trasę w Traseo
To wczorajsza trasa - nie powiem, fajna! Ale w jednym miejscu była to już walka o życie - bo z jednej strony, nie mogłem się cofnąć, gdyż wtedy bym się spóźnił, a z drugiej musiałem zimową porą przeprawiać się przez ściek płynący z EC na oczyszczalnię (miejsce gdzie jest zakryty, jest także ogrodzone...) - ale jak widzicie - dałem radę! i zdążyłem do pracy dwie minuty przed 'dzwonkiem" - brawo Ja!

Oczywiście prawie za każdym razem spotykam się z głupimi zawołaniami ochroniarzy typu "panie ale tam nie ma przejścia!"  - co oni mnie za idiotę mają? - sam świetnie widzę że tam gdzie idę przejścia nie ma! Dziwni ludzie. Z drugiej strony, jednak przechodzę, czyli jak by nie patrzyć przejście jest,,, tylko nie takie oczywiste.

A co do zdjęć. To one są - na Traseo - kliknijcie w link pod interesującą Was mapką i zobaczycie je w serwisie. Nie żebym polecał - bo fotograf że mnie marny a "cykam" i tak smartfonem. - ale jako ilustracje ujdą.

czwartek, 3 stycznia 2019

Pielgrzymka w intencji Marzenki

Kilka osób zwróciło uwagę na moje milczenie blogowe, nie było przypadkowe, ani podyktowane lenistwem. 
Pod koniec roku bardzo poważnie zachorowała moja Marzenka, to podcina skrzydła. 


Ten post powstał by pewnie jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia, ale tu na przeszkodzie stanęły pech, technika i kalendarz. Awaria zasilacza która w normalnym czasie była by usunięta w ciągu jednego dnia (albo kilku godzin, gdyby przydarzyła się rankiem), w okresie między Świąteczno Noworocznym - przy takim nagromadzeniu dni wolnych od pracy (sklepy pracują ale nie pakamery z elektroniką) i tym czego potrzebowałem (zasilacz do ustrojstwa all in one firmy Lenovo, o określonych parametrach oraz... wtyczce!) zaskutkowała wielodniowym "wykluczeniem cyfrowym" - na smartfonie umiem odpisać i skomentować - ale zamieścić nowy post, to już skomplikowana czynność. Ale wreszcie jest. 

Pomysł na tę trasę, miałem w sobie od dawna, drogę znam, chodziłem tamtędy wielokrotnie, ale  nigdy nie przeszedłem takiej pętli przy jednej okazji. W ogóle mam pomysły na setkę tras, ale jakoś tak gdy Marzenka w szpitalu, to żadna z nich mnie nie kusi. Na Jamną idę po to by prosić o odprawienie mszy w sanktuarium Matki Bożej Niezawodnej Nadziei. 

Wyjazd standardowy - chłopcy do szkoły, Aura do samochodu i w trasę. Na Jamną nie jest daleko, więc dojechałem szybko, tym bardziej iż do Jastrzębiej jedzie się szybciej, bo bez tego głównego podjazdu. 

Parkuję obok kościoła św Bartłomieja. Świątynia jest drewniana dość stara bo powstała przed 1525r. Spory szmat czasu była w rękach protestantów. Swój nietypowy kształt, zawdzięcza temu iż pierwotnie kościół i wieża były budynkami osobnymi - zostały połączone wraz ze zwiększaniem się ilości wiernych, dla których brakowało miejsca - co przy nie najlżejszym klimacie tych okolic, wymuszało jakieś działania - wybrano chyba najsensowniejsze. 

     

Kościół jest malowniczo otoczony ogrodzeniem z kapliczkami - trochę żałuję że nie mam czasu - albo inaczej - nie wiem ile go mam, bo muszę zdążyć jeszcze do pracy, by pokręcić się po okolicy. Ale nic straconego jeszcze tu wrócę. 

Chciał bym Wam jeszcze pokazać "Grociarnię" i kilka ciekawych nagrobków i sporo dróg tędy prowadzących. 


 Kościół o dziwo otwarty - nie tylko w przedsionku - misa na wodę święconą rzecz jasna z piaskowca ciężkowickiego, dzieło lokalnych kamieniarzy. 

 Wnętrze świątyni - niskie prawda? 
Tak dziwnie nisko ma tę powałę, w stosunku do strzelistego dachu. 
Rozwiązanie "zagadki" jest proste - zimno!  A w lecie upały. Niski strop lepiej trzyma ciepło wewnątrz kościoła, a odległy dach lepiej izoluje przed żarem lejącym się z nieba.
 
 Wnetrze nie jest jakoś niesamowicie bogato zdobione - ale przytulne i miłe. 

 Przyznajcie się takich kaplic bocznych nie widzieliście nigdzie! To soboty, zamknięte od zewnątrz i otwarte do środka. 

Po modlitwie ruszam dalej

 Malownicza wychodnia skalna - Myślę że jeszcze kilka mokrych lat, a ziemia osunie się całkiem i będziemy mieli nową skalną atrakcję turystyczną w tym rejonie - ciekawe jak ją nazwą? 

 Tor narciarski - mało popularny - ale wart rozważenia - dla tych co stawiają pierwsze kroki i dla tych którzy szukają po prostu aktywnego wypoczynku a nie brylowania w towarzystwie. 

A tak w ogóle to zapomniałem wstawić mapki!!!!  
Kilka tygodni przerwy i człowiek całkiem z wprawy wychodzi.

Zobacz trasę w Traseo

No ale już jest!

leśniczówka

Grzybek na kość zmarznięty...

Nocna tragedia. 
W zasadzie miejsce po nocnej tragedii. ślady krwi to miejsce gdzie wypuszczane na noc psy dopadły i rozszarpały młodą sarnę, kilkumiesięczną. Oszczędzę Wam widoku wybebeszonego truchła, sam zresztą też zdjęć nie robiłem - nie bawią mnie takie sensacje. 
Ale pod rozwagę daję - jak wiecie nie pałam miłością do myśliwych, na fejsie jest taka grupa "ludzie przeciw myśliwym" (to zdaje się firmuje ten sam osobnik znany ze szpiclowania zachowań patriotycznych i rozumnych) - tam piętnują ich bez litości. 
ale popatrzcie sami - młode zwierze straciło życie - bo NIKT nie jest w stanie zapanować nad procederem wypuszczania psów do lasu! Być może jednak potrzebny jest odstrzał pałętających się dziko psów i ... kotów?!
To zresztą nie tylko moje przemyślenia - to wnioski z rozmowy z miejscowym leśniczym (ekstra facet - jak będziecie w okolicy, możecie zawsze do niego wpaść z prośbą o pomoc, wskazanie kierunku, czy choćby z pozdrowieniem).
   
Pensjonat Uroczysko - Polecam - choć restauracji tam nie znajdziecie - ale nocleg - po wcześniejszym umówieniu - dane łatwo znaleźć przez internet - pierwsza klasa. Klimat naprawdę wspaniały, sugeruję też jako miejsce zorganizowania wyjazdów integracyjnych. 

Droga na Jamną. 

Jamna - takie kapliczki z wezwaniem do modlitwy znajdziecie przy każdej drodze tu prowadzącej. 

Przejrzystość mglista, ale widoki niesamowite... ;-)

Dom św. Jacka.
Sklepik, po drugiej stronie placu kawiarenka - otwarte w weekendy - teraz nie ma dla kogo. przybłęda taki jak ja trafia się rzadko tudzież sporadycznie. ale miejsce nie jest wymarłe - ktoś czuwa. Gdyby potrzebna była pomoc - udzieli. 

W zasadzie to jestem człowiekiem nieśmiałym - nie lubię nikomu na prywatne kwatery wjeżdżać. tym razem jednak coś we mnie wstąpiło - zakładam roboczo że był to Duch Święty i zamiast odejść (jak bym to zrobił napotykając zamknięte drzwi kancelarii), szukam i dopytuję a następnie walę jak w dym do Sołtysa czyli Ojca Andrzeja Chlewickiego na prywatną kwaterę i proszę o odprawienie mszy w intencji Marzenki. 
Rach ciach, znajduje się kajet, śmig mig kalendarz i już jest termin i już jest dobrze, a ja mogę iść dalej. 

Sanktuarium. 

Trochę źle się dzieje... 
Jamna dostała drugie życie od Dominikanów - to Ojciec Jan Góra wypatrzył to miejsce, on tu przyjechał i zaczął tworzyć na zgliszczach. A teraz? 
Teraz mamy tu kompleks niedzielno turystyczno jarmarczny, przyjeżdżają setki aut, ludzie szukają "atrakcji", są głupi, głośni i śmiecą a Dominikanie powoli spychani są na ubocze - bo liczy się tylko biznes i kasa. 
  
Czy zawsze? Nie!
Oto Schronisko Dobrych Myśli - tu promuje się "ciszaków" - skromną, dobrą muzykę turystyczną, poezję śpiewaną, zadumę... 

 Tyle że schronisko zamknięte - powody - patrz wyżej - Nikt nie będzie warował w oczekiwaniu na jednego wędrowca. Ale są w domu, gdyby potrzebna była pomoc, nie odmówią - to ważne. Trzeba pamiętać że stąd do innych miejscowości jest zawsze co najmniej kilka kilometrów - często ścieżkami przez las - nie lekceważmy Pogórzy! 
 
Tak czy siak zestaw standardowy (kawa z szarlotką) został zastąpiony zestawem surwiwalowym (batonik z mineralną) - ale miejsce tradycyjnie to samo.

Jednak ochota na kawę zwycięża. 
Tyle że bacówka także zawarta na głucho - choć tabliczka głosi że otwarte...


Dojadam pod wieżą widokową, Aura oczywiście sępi (nic że ma swoje danie przygotowane, ale moje pewnie lepsze). 
  
A wieża wygląda tak w zimowej szacie. 

O a tego nie widziałem wcześniej! No to wiecie już gdzie wkrótce mnie nogi poniosą. 

Samotne drzewo z amboną... 

Chrystus "prawie że" powstańczy - tyle że ani krzyż, ani dane historyczne nie wskazują by kiedykolwiek siedzibę miał tu jakiś uczestnik Powstania styczniowego - prawdopodobnie po prostu taki "niekonwencjonalny" odlew. 

Droga prowadzi pod Wieprzka. Ale wcześniej jeszcze przyleśny parking, tablice informacyjno krajoznawcze i wiatka. 
 
A oto on - tyle że nie w pełnej krasie a drobnym szczególe. 

Potem już idzie się cały czas w dół - nawet nie robię zdjęć - po pierwsze same lasy, po drugie ślisko i trzeba mocno się zapierać kijami i stawiać nogi ostrożnie a silno, żeby nie zaliczyć dupenklapy tudzież nie ujrzeć "cienia orła". 

Ale po jakimś czasie lasy ustępują polom uprawnym a tam taka panorama 
 
Jastrzębia z kościołem św. Bartłomieja Apostoła 

Jeszcze tylko przeprawa - jak widać miejscowi stawiają na pluralizm - można kładką można w bród...

I już za parę kroków - jesteśmy przy samochodzie. 


 

poniedziałek, 5 listopada 2018

Pałac Goetzów

Staśko biegł równym rytmicznym krokiem. Nie przeszkadzał mu plecak, bo zostawił go pośród kolegów. Jedynie karabin i ładownice w pewnym sensie ograniczały jego ruchy, ale dla chłopaka spod Tarnopola, wyrosłego w ciągłym ruchu i w łobuzerskich wyprawach, nie było to specjalnym problemem. Znacznie gorzej znosił buty, ciężkie podkute, dobre do marszów, ale ślizgające się po twardym, mokrym od listopadowych deszczy, bruku Brzeska. Dręczyła go także myśl że nieśmiertelnik pozostawiony u dziewki na podołku, bo gdzieżby indziej, może ściągnąć na nią kłopoty, czy to ze strony rodziny, czy ze strony carskich, no ale sama chciała. Dowódcy jakoś się wytłumaczy ze zguby i dostanie nowy.  

Słyszał za sobą stępanie końskich kopyt i rosyjskie słowa rzucane zwierzęciu w formie komend, zachęt i połajań. Czworonogowi było gorzej, podkowy jeszcze marniej się spisywały na miejskich trotuarach, niż podkute buciory piechocińca. Z łatwością szacował czas gdy zostanie dogoniony, w duchu cieszył się że tamten ne sięga po karabinek, usłyszał chichot szaszki wyślizgującej się z pochwy. Pewnie kozak bał się strzelać, dla Staśka nie było ważne czemu, liczyło się to że nie strzelał, choć i strzał w trakcie końskiej kulawej eskapady po bruku ulicznym, mógł być skuteczny tylko przez przypadek. 

Zareagował instynktownym skłonem i obrotem w prawą stronę, przetoczył się po murze kamienicy, ale ostrze szabli śmignęło mu kilka centymetrów nad czapką rysując ślad w boniowaniach. Równie bezwiednie jego dłoń wykonała ruch wzdłuż karabinu, dwutaktowy Mannlicher był gotowy do strzału. Jeździec, nie mal szans tak szybko osadzić konia, by dosięgnąć go drugim zamachem, musiał zawrócić. Na to czekał Staśko, nie chciał strzelać w plecy. Nim carski wziął pełny zamach, pocisk wystrzelony z broni Staśka przeszył go na wylot. Kawalerzysta żył jeszcze waląc się z konia, ale nie trwało to długo. 

Blisko było! Westchnął, w jego myślach zamigotały obrazy gdy z kolegami bawił się w wojnę, raz samemu będąc kozakiem raz z kozakami walcząc, uchylanie się przed witkami, boleśnie siekącymi skórę na plecach miał opanowane do perfekcji. Tylko że wtedy nie było krwi, stygnących oczu i zapachu śmierci... 

Staśko dopadł konia, wskoczył nań i w miarę możliwości pognał w kierunku swojego oddziału. Jego kompania z 15 regimentu piechoty zajmowała pozycje zaraz za miastem. Stacjonowali tam od czasu gdy z Brzeska pod naporem "walca parowego" dały dyla cesarsko królewskie urzędasy i wyżsi oficerowie, tudzież cała masa wojska. Zostali tylko oni. Rekrutowani z pośród Polaków, nie raz już dali dowód lojalności i męstwa, walczyli o swój kraj. Sam się dziwił czemu Rosjanie tak długo zwlekają z wejściem do miasta, ale pewnie nie będąc na głównym odcinku ofensywy uznali że nie warto pchać się pod lufy i czekali aż cesarsko-królewscy sami odskoczą za resztą wojsk. Niedoczekanie.
Tuż przed Uszwicą zeskoczył z konia, nie chciał narażać się na serię jednego z kolegów, którzy spodziewali się konnicy, ale wyłącznie wrogiej. "Ruskie są już w mieście" rzucił w kierunku zamaskowanego stanowiska CKMu i pobiegł do dowódcy złożyć raport. Rozkaz był trudny ale wykonalny. Czekać na pierwszy szturm, odeprzeć i odskoczyć za Wzgórze Okocimskie nim Rosjanie rozpoczną ostrzał artyleryjski. Obaj wiedzieli że ucierpi na tym miasto, bo carscy nie słynęli z precyzji, ale koniecznie musieli dać swoim jak najwięcej czasu na przygotowanie umocnień. 

Nim zdążył odetchnąć, konnica rosyjska obskoczyła samotne stanowisko szwarclosa, który nie bardzo mógł opędzić się od atakujących, ani wycofać pomiędzy resztę oddziału. szybko jednak w sukurs przyszły mu inne CKMy oraz równomierna palba mannlicherów. Kilku kozaków zwaliło się ze swoich wierzchowców, teraz gdy stracili element zaskoczenia stali się łatwym celem. Nie mieli wielkiego wyboru na granicy Brzeska i Okocimia wszelkie próby przegrupowania czy schronienia się pomiędzy zabudowaniami były daremne. Mogli atakować, lub iść w rozsypkę i na własną rękę szukać ucieczki spod gradu kul, tym samym skazując na zagładę, tych którzy już przeprawili się przez rzekę. Rosyjski dowódca nakazał atak. 
Obsługa wysuniętego  karabinu maszynowego znów znalazła się w opałach. Staśko rzucił się z kilkoma kolegami na odsiecz. Doskonale wiedzieli że nawet trzykrotnie liczniejszy oddział jazdy zostanie rozstrzelany ogniem pozostałych M.7 już to widzieli podczas kilku miesięcy walk, ale dla obsady pierwszego stanowiska mogło być za późno. Bez osłony karabinów i bagnetów CKM pomimo swej imponującej siły ognia był w bliskim starciu praktycznie bezbronny.  Rzeczywiście amunicyjny był już rozsiekany szablami a strzelec raniony postrzałem, mimo wszystko szarpał się z dwudziestokilogramowym  cielskiem kulomiotu by móc nadal prowadzić ostrzał. 

Jeden z nadbiegających szybko zastąpił amunicyjnego i pomógł przerzucić KaeM na drugą stronę stanowiska, Staśko zatknął na broni bagnet, spodziewając się że Rosjanie zmuszeni do odwrotu, mogą chcieć ich rozsiec szablami. Nie spodziewał się że uciekający kozak wrzuci im do okopu granat...




Długo kazałem Wam czekać, kompletnie nie ze swojej winy. Takie losu zrządzenie. Mam nadzieję iż wkrótce już wszystko pójdzie utartymi koleinami, a jak jak na zatwardziałego konserwatystę przystało tak lubię najbardziej.

Więc znów jestem w Brzesku, więc znów mam przed sobą nieco czasu, który postanawiam "zmarnować" włócząc się po okolicy. Tym razem już z twardym zamiarem odnalezienia cmentarza 277.

Jak zwykle samochód zostawiam nieopodal marzenkowej pracy i dalej tuptam piechotką.



Zobacz trasę w Traseo

Jak widzicie na mapce nie było daleko, ale było ciekawie.

BRZESKO
 
 Urocza chatynka, przy ulicy Kościuszki. Już coraz mniej takich. Nie wiem czy szkoda, bo sam bym w takich już mieszkać nie chciał, z drugiej strony, trochę szkoda, gdy konają na naszych oczach, a w ich miejsce powstają archipotworki.

 Urocza eklektyczna willa, zdjęcie nie oddaje jej klimatu. 

 Kładka nad skrzyżowaniem, od lat się na nią szykowałem i zawsze jakoś nie po drodze, a ja maniakalnie takie kładki lubię. Ta prowadzi z Brzeska do "Nowego Szpitala" więc poza przejściem dla ludzi ponad ruchliwym skrzyżowaniem ma też aspekt podjazdu dla wózków i rowerów - świetne rozwiązanie. szkoda ze w Tarnowie od dziesięcioleci rządzą bałwanekipy które na podobne pomysły wpaść nie umieją. 
 
 Most nad Uszwicą. Tu mniej więcej dzieje się akcja mojego opowiadania. 

OKOCIM
 
 Neobarokowa brama do dawnej posiadłości Goetzów - Okocimskich

 I brama do samego parku. 
(jak zapewne pamiętacie z poprzedniego wpisu, park otoczony był zabudowaniami gospodarczymi). 

 Ciekawa sprawa, bo co krok mijam tablice że miejsce rewitalizowana z "funduszy unijnych", jednocześnie spotkałem tabliczki że teren jest chroniony i prywatny i że wstępu się zabrania. Uznałem jednak iż skoro na owe mityczne "fundusze unijne" sam się składam, to mam jak najbardziej prawo do spaceru w tamtym miejscu... co uskuteczniłem.


Sam pałac obecnie w rękach spadkobierców - spokojnie to nie Warszawa, nie mają po 150lat!
Widać rękę gospodarzy - właśnie powstaje tu hotel - i nawet ma oferty sylwestrowe, choć zdaje się już wcześniej było tu miejsce typu "dom weselny".

 I od frontu.

 
 Detalik

 Pomnik przyrody - sporo ich w tym parku, a niektóre unikatowe! 

Potem wędruję po alejkach i ścieżkach, w poszukiwaniu cmentarzyka, nie jest łatwo, bo na tablicach informacyjnych (czyli jednak można zwiedzać) jest tylko oznaczenie "pomnik" 
 

Ale, na domysł i azymut, udaje mi się trafić na właściwą ścieżynkę, która wkrótce przeradza się w zaniedbany trawnik, a następnie w zarośla ruderalne.

 No ale trafiam! 
Furtka rzecz jasna zamknięta, dojście jest jednak z drugiej strony - w sumie to już nawet wiem jak tam dojść, ale nie wiem kiedy znów się tam wybiorę. Na razie muszą mi wystarczyć odwiedziny przez siatkę. 
Powiedzmy sobie szczerze, gdyby nie ten cmentarzyk, to post który teraz piszę, czekał by do grudnia, aby listopadowej tradycji stało się zadość. 
  
 Dość unikalna sytuacja bo inskrypcja pisana jest po polsku. 

PAMIĘCI
DZIEWIĘCIU
WALECZNYCH
POLEGŁYCH
ZA OJCZYZNĘ
W BITWIE POD
OKOCIMIEM
W LISTOPADZIE 1914

 W sumie to nie powinno Was dziwić - C-K 15 IR
czyli cesarsko królewski 15 regiment (pułk) piechoty, rekrutowany był w Tarnopolu i okolicach, służyli w nim głównie Polacy. 
Imiona są niemieckobrzmniące - bo takie były w oficjalnych rejestrach i na nieśmiertelnikach, ale nazwiska już poza jednym czysto polskie. 

Krótka modlitwa w ich intencji i już idę dalej. 

 Tak powinno wyglądać traktowanie pomników przyrody - "aż do naturalnego rozpadu"

 
Pałacowa wylęgarnia komarów.
Inaczej zwana romantyczną sadzawką albo oczkiem wodnym... 

 Pałac - widok od plecyków

 A tu Baron - Jan Goetz Okocimski w kontuszu. 
Taki suplement dla poprzedniego wpisu.

 I moja twarz przy browarze.

A potem powrót
i znowu
BRZESKO
 Rynek

 I jeszcze przy cmentarzu miejsce pamięci. 
A potem do samochodu, samochodem do domu a w domu kima, bo na noc trzeba iść do pracy.