wtorek, 8 września 2020

Walka z prądem

Dunajec rwący jest... A niby jaki ma być skoro to górska rzeka? Ale wiecie, Dunajec jest rwący nawet tam gdzie teoretycznie prąd powinien być słaby, czyli na zalewie.

Wiedziałem że tam gdzie chcę płynąć prąd jest mocny, nie wiedziałem tylko że aż tak - ale to inna historia. 

Siłę prądu można poznać po:
A - kolorze wody
B - kształcie brzegu
C - szumie
D - falach
Odpowiedzi poproszę podawać w komentarzach. Dla osób które będą wiedziały postaram się o jakieś upominki. 

No więc wiedziałem że czeka mnie zmaganie z nurtem, nie przypuszczałem tylko że aż takie. Ale wiecie, siła razy zawziętość i dałem radę!!! Choć pierwsze kilkaset metrów to była walka o utrzymanie pozycji, chcąc napić się łyka wody, musiałem wpłynąć na brzeg, apotem po utracie kilku metrów kontynuować mozolną "wspinaczkę" w górę rzeki. W sumie "wspinaczka" to błędne skojarzenie, podczas wspinaczki można się zatrzymać i odsapnąć, podczas wiosłowania pod prąd, takiego komfortu nie ma.


Jak widać na tej mapce z podkładem "open street" niewiele widać - dlatego zmieńcie sobie podkład mapowy na widok satelitarny i od razu ujrzycie że jest tam fajna wyspa, wyspę tę zresztą świetnie widać jadąc szosą Nowy Sącz - Jurków, tak samo jak od strony trasy Tropie - Rożnów. Problem w tym że i z jednej i z drugiej strony widać wyspę a w rzeczywistości... no ale nie będę Wam spojlerował. 

Do Wytrzyszczki docieram samochodem, parkuję, wyjmuję CHMS "Beskidnicka" i dymam żwawo... 100x120x120 (siedzenia nie pompuję, jest ciepło, w zimie to co innego). Są problemy z wodowaniem, kilka dni wcześniej duża woda naniosła mułu do brzegów, a teraz została spuszczona ze zbiornika wyrównawczego (znaczy z Zalewu Czchowskiego) i grzęznę w niefajnie pachnącej mazi po kostki, a potem siłą rzeczy papram nią wnętrze kajaka. Pomimo iż starałem się nogi opłukać przed wejściem na pokład, no ale to wcale nie jest takie proste. W chwilę po odbiciu już czuję na co się porywam - oczywiście jest opcja, kursu na środek zalewu i szukania miejsc gdzie nurt jest słaby, albo zgoła zawraca... Nie korzystam z niej, nie fason. Jakieś śmieszne średnie 14 metrów sześciennych wody na sekundę miało by mnie zniechęcić?

Zatem płynę wzdłuż zakola. naprawdę jest co robić. Staram się wykonywać miarowe, rytmiczne głębokie (czemu się zaczerwieniłaś?) zagarnięcia wody wiosłem, tak aby nie zmarnować żadnego ruchu i za każdym obrotem wioseł zyskiwać kilkanaście centymetrów przestrzeni. Jest ciężko, zaczynam czuć ból mięśni grzbietowych, za chwilę dołączają do nich mięśnie ramion, przybijam do brzegu wysepki i staram się przyssać do mułu. Kilka minut odpoczynku, popijam napój z bidonu i daję natlenić się mięśniom. Doskonale znam to uczucie, gdy z mięśni "spływa" zmęczenie i znów odzyskuję swoją siłę, zna to uczucie chyba każdy sportowiec, teraz można już poszaleć, trzeba tylko dbać by ich znów nie "przepalić". Nie wiem czy Dunajec mi na to pozwoli, ale w końcu po to tu jestem by spróbować...

Ale to ostatni taki zryw, wkrótce Wypływam na nawodną cześć wysepki, tu już nurt łagodnieje, zwalnia, gross wody przepływa teraz z mojej sterburty (prawej strony), fajnie to widać z tej perspektywy... walka wygrana, pora na zabawę.

Krótka chwila wytchnienia. Zdjęcie robiłem przylepiony do mułu na mieliźnie. 
Zamek w Wytrzyszczce czyli Tropsztyn. 

To oczywiście wynik pragmatyzmu, po powstaniu zalewu, nie było sensu by skraweczek ziemi, z reliktami przyziemia zamkowego utrzymywać na siłę przy Tropiach. Jednak historyczna nazwa przetrwała - dziś jest to przyczyną niejednego nieporozumienia, gdy prywatny inwestor wybudował makietę zamku w skali 1:1 i jest ona okresowo udostępniana do zwiedzania. 

Powoli kończy się walka, tu już nurt jest znacznie spokojniejszy

Mielizna - myślę że jeszcze dzień wcześniej mógł bym nad tą łachą mułu przepłynąć bez trudu, dziś nawet tak płaskodenny obiekt jak mój kajak nie ma szans na przepłynięcie. Boję się zassać do podłoża, bo wtedy ani wysiadać, ani nie wiem czy wiosłem dał bym radę się wypchnąć. Zawracam.

Bezludna wyspa? czy na pewno bezludna, bo że wyspa to bez wątpienia.

O a tak zamek Tropsztyn w Wytrzyszczce 

(znajdźcie Francuza który to wypowie bez bólu śledziony)

 prezentuje się od północnego krańca wyspy.

No nic, opływam mieliznę wkoło, na szczęście nie jest to już tak męczące, za to wymaga uwagi bo w dnie tkwi niejedna  gałąź i wolę nie narażać sprzętu na przebicie. 

Panorama ze środka zalewu.

Dno - sam środek jeziora Czchowskiego a ja widzę dno! Za to bokami szoruje aż miło i tam już głębia.

A to już "wspomnienie morza sargassowego" - czyli przybrzeżne zarośnięte płycizny. Głownie jakieś draństwo typu jaskier wodny i moczarka. W sumie da się tam pływać, ale ani lekko ani przyjemnie nie jest.

Koniec zalewu, tam zaczyna się rzeka - to oczywiście wszystko umowne.

Ta góra to Machulec nad Czchowem. A ten biały dach to sanktuarium św. św, Andrzeja i Benedykta w Tropiu. 

Przybijam sobie do pomostu - prowadzi doń wygodna droga od strony Witowic, gruntowa ale wygodna. komuś służy i to raczej często. Trzeba zapamiętać, kiedyś pewnie da się to wykorzystać przy jakimś spływie.

A tak wygląda brzeg w tym miejscu.

I to co przy brzegu.

Wsiadam znów do kajaka i płynę w głąb rzecznego odcinka. Pewnie gdybym miał czas to pokusił bym się o dopłyniecie do Rożnowa, ale czasu zaczyna mi brakować. Nie w jakiś tragiczny sposób, ale jednak na dopłynięcie do Rożnowa go zabraknie.

Jest klimat Amazonki?

No i nawet mosty linowe są ;)

A także pradawna świątynia boga Imigwa. 

Dziś odcięta od lądu rwącym nurtem rzeki...


Są i budynki pochłonięte przez dżunglę...

Jest też silnie operujące słońce, co odczuję dopiero wieczorem i dnia następnego.

A to wygląda na faktorię misjonarzy... śś. pustelników Świerada i Benedykta


Jest tu ukryta na wyspie pośród nurtu wioska tubylców. Z totemu wynika że to plemię Woprua.
Z tą wioską jest w ogóle fajna historia,  bo czy to od strony Wytrzyszczki, czy od strony Tropia, wydaje się że wyspa jest jedna, a tymczasem wyspy są dwie, przedzielone stosunkowo wąskim kanałem. Daje to świetne możliwości założenia wodniackiej bazy, która z żadnej strony nie będzie widoczna. Wiedzą o niej tylko ci którym... woda nie straszna.

A tam w oddali to już zapora w Czchowie. 

Nie płynę tam. Postanawiam wykorzystać przerwę w kursowaniu promu i dobić do rampy, to jedyne miejsce wolne od wielu centymetrów mułu. Przy okazji udaje się wzbudzić co nieco sensacji pośród oczekujących na przeprawę osób w samochodach. Potem jeszcze trzeba wrócić tam gdzie zaparkowałem samochód. Spinam wiosło do burty, zakładam plecak z tym co miałem ze sobą zarzucam kajak na głowę, tak zwany żółwik, i ... idę na przejście dla pieszych. Powiedzmy że dla kierowców był to rodzaj terapii szokowej. ;) 

Na parkingu rozpompowuję "Beskidnicka", wrzucam luźne płachty w samochodu, niestety wewnątrz jest sporo mułu, który ustąpi dopiero pod presją strumienia wody z myjki ciśnieniowej. Zaczynam czuć na ciele presję promieni słonecznych. Mimo iż już wcześniej byłem nieźle opalony, czy to przy kosiarce, czy na rowerze, to jednak teraz przypiekło mnie solidniej. Niby nic. ale nazajutrz czeka mnie rajd z Anią w paśmie Radziejowej... oj będzie bolało...  Trudno, nie pierwszy i da Bóg nie ostatni raz.

Ps. Zdymy na dłoniach od wiosła miałem jeszcze przez tydzień... tak to jest jak się unika fizycznej pracy ;)


niedziela, 6 września 2020

Z Izą i Piotrem wkoło Pienin

Tak wiem... zaraz się glosy purystów turystyczno geograficznych odezwą że to nie wkoło Pienin, tylko wkoło kawałka Pienin, i że w ogóle to Pieniny są, w zasadzie, całkiem gdzie indziej... I będą to głosy UZASADNIONE!  Bo to faktycznie tylko kawałek Pienin, ani największy, ani najwyższy, ale odeń Pieniny są nazwę wzięły. Zresztą pod określeniem "Pieniny właściwe" funkcjonuje.

Pieniny to w ogóle ciekawa sprawa, dla geologów stanowią nie do końca rozpoznany twór, dla krajoznawców także - no bo skądże się nazwa Pieniny wzięła? Ma rację Eliasz (a na Eliaszówkę, znowu się nie wybrałem z racji załamania pogody, klątwa jakowaś?) Walery twierdząc że to od piany na Dunajcu tworzącej się podczas przełomu? A może to jednak Celtowie swoim "pen" trzy grosze tu wrzucili? A jeśli nazwa całkiem od czego innego pochodzi? Ba, weź tu człowieku mądrym bądź...

Ale - dywagacjom mówimy stanowcze stop...

Piotr zadzwonił wieczorem - Jedziesz? No jakże nie jechać? Rano już pakowaliśmy rowery na jego "Kijankę" i w drogę... Parkujemy w Krościenku, tuż przy samym Dunajcu. Niby sezon, a jednak miejsc jeszcze sporo. Nie mija 10 minut i jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Jedziemy w kierunku na Nowy Targ - to chyba najlepsza opcja - bo najpaskudniejszy odcinek drogi i największy podjazd zaliczamy na samym początku, a potem już tylko sama przyjemność.

Nie oszukujmy się droga nr 969 do przyjemnych nie należy, co raz to jakiś motobałwan usiłuje wyprzedzić "na żyletkę" albo jedzie z takę prędkością że rowerzysta musi solidnie walczyć z podmuchem by utrzymać bezpieczny tor jazdy. Także podjazd pod Hałuszową do "lekkich łatwych i przyjemnych" nie należy i potrafi wycisnąć z człowieka poty, tudzież oddech znacznie przyśpieszyć. W tym miejscu WIELKIE brawa dla Izy, dla której to w zasadzie początek z turystykę rowerową w takich miejscach, a mimo wszystko dała radę. Zuch dziewczyna!

Na szczęście nie trwa to wiecznie i wkrótce osiągamy przełęcz Osice (668 m.n.p.m). Tu zaczynamy karkołomny zjazd do krzyżówki, na której odbijamy w kierunku Sromowców Niżnych.

Przed nami Macelowa góra (ten szpiczasty szczyt między Piotrem a Izą) oraz szalonego zjazdu część druga.

 A potem zajeżdżamy sobie nad sam Dunajec, pokibicować uczestnikom spływów i spokojnie wypić piwko, póki jeszcze zachowało odrobinę chłodu.



Kawałek wzdłuż Dunajca ulicą... a jakże by inaczej... "Pienińską" ;)


A następnie już w centrum miejscowości - tuż pod starym kościołem a obecnie Galerią Sztuki Pienińskiej.
I zanim zaczniecie rzucać klątwy na ostrość obrazu -Tak - nie zauważyłem - autofocus jak zwykle w przedniej kamerce się nie spisał. A że "lampa" była potężna, to nie mogłem od razu zweryfikować co wyszło, bom nie widział.

 

 Drewniany szesnastowieczny (późny gotyk) kościół pw. wezwaniem św. Katarzyny. Obecnie jak napisałem wyżej Galeria Sztuki Pienińskiej

Kościół p.w. Św. Katarzyny

https://www.nocowanie.pl/drewniany_kosciol_sw__katarzyny,158741.html
Droga do Trzech Koron
 
 
 

Kościół p.w. Św. Katarzyny

https://www.nocowanie.pl/drewniany_kosciol_sw__katarzyny,158741.html
p.w. Św. Katarzyny

https://www.nocowanie.pl/drewniany_kosciol_sw__katarzyny,158741.html
p.w. Św. Katarzyny

https://www.nocowanie.pl/drewniany_kosciol_sw__katarzyny,158741.html
p.w. Św. Katarzyny

https://www.nocowanie.pl/drewniany_kosciol_sw__katarzyny,158741.html
p.w. Św. Katarzyny

https://www.nocowanie.pl/drewniany_kosciol_sw__katarzyny,158741.html

p.w. Św. Katarzyny

https://www.nocowanie.pl/drewniany_kosciol_sw__katarzyny,158741.html
p.w. Św. Katarzyny

https://www.nocowanie.pl/drewniany_kosciol_sw__katarzyny,158741.html
Tak to Trzy Korony właśnie - schronisko Trzy Korony

A piwko w takich okolicznościach smakuje... niesamowicie!

Przed nami jednak dalsza droga, lawirując pomiędzy turystami 

(Poziom oszołomienia ludzi na wakacjach czy w ogóle podczas wypoczynku jest zastraszający)

wracamy spod schroniska to kładki na Dunajcu.

I znowu autofocus w przedniej kamerce ześwirował. 

Nic to lepiej być tu i mieć nieostre zdjęcie, niż mieć same ostre, ale nie stąd... Jeszcze kilka kroków i jesteśmy na Słowacji.

Czerwony klasztor - Nazwa pochodzi od faktu że był on kryty dachówką! Co jak na standardy miejscowe, w których panowały gonty, szybko przysporzyło mu trwałe choć nie oficjalne miano.

I jak sobie odmówić?

A ta śliczna dziewczyna sama weszła mi w kadr... cóż, widocznie tak miało być.

Fajnie się siedzi i pije piwko... w zasadzie nie mam nic przeciw dalszemu siedzeniu i piciu piwa. Ale taki upierdliwy facecik (rozumem zwany) wewnątrz mózgu stale mi psuje humor gadaniem, że już wystarczy i że trzeba jednak wracać... kiedyś mu maskę oklepię jak się nie zmieni nudziarz jeden...


Ja

Iza i Piotr

Ha nie tylko Aneczka lubi leżing na wycieczkach. Przyznam uczciwie - nigdy wcześniej nie praktykowałem! Zawsze było to harcersko/wojskowe podejście zadaniowe - z punktu a dotrzeć do punktu b, albo zatoczyć pętlę przez zaplanowane punkty... Odpoczynek to ewentualnie popas i popij... a tu leżing. Ekscentryczne dość jak na moją prostą umysłowość. Ale cóż, wiele wskazuje na to że będę się musiał przyzwyczaić...


U wodopoju ;)

Ostatni rzut okiem ześwirowanego autofocusa na Pieniny i pakujemy manatki


Właśnie widać jak pakujemy. My z Piotrem mamy już leciutki szum w głowach - to Iza będzie prowadzić. Naprawdę świetna dziewczyna! Nie dość że pierwszy raz w takim terenie na rowerze, to jeszcze pierwszy raz powrót taka trasą i to z rowerami na plecach - co niejednokrotnie bardzo skutecznie zakłóca tor jazdy. Ale Iza bez problemów daje radę. Jakoś mnie to nie dziwi. Piotr to naprawdę dobry kolega w pracy, wyśmienity towarzysz na szlaku więc było by dziwne gdyby jego Iza nie była równie fajną osobą.


czwartek, 3 września 2020

Para na Czarną

Fejs ma także swoje dobre strony, tak wiem trudno w to uwierzyć! Nie mniej jednak je ma. Gdyby nie on, pewnie nie poznał bym Piotra Marczyńskiego i jego pozytywnie pokręconej bandy Bikersów, ani Eli, Marka, Anny czy Wieśka z którymi zakładaliśmy Korbę, ani Kasi która też była z nami od początku. Gdyby nie Fejs szanse na spotkanie z Anią były by praktycznie zerowe. A jeśli nawet byśmy się gdzieś przypadkowo minęli na trasie, to pewnie skończyło by się zwyczajowym "pozdrower" i tyle.

Ale jest Fejs i są grupy i kiedyś na jednej z grup...

Nie należę do ludzi których trzeba namawiać, wystarczy wskazać możliwość.

Kilka dni później już siedziałem w samochodzie z rowerem na bagażniku i radośnie wsłuchiwałem się w głos nawigacji naprowadzającej mnie na jeden z mieleckich sklepów LIDLa. Zaparkowanie nie okazało się trudne, Tak samo jak nawiązanie połączenia z Anią, wkrótce już razem ruszaliśmy na szlak!

Prowadzi Ania, jej teren, nie ma sensu korzystać z nawigacji bo i po co? Dziewczyna świetnie zna okolice i bez problemu naprowadza nas na właściwy szlak, potem, już przed Czarną, znowu ja znam nieźle teren i przejmuję prowadzenie. Przy okazji mam niejedną okazję by nabrać do Niej zaufania.  

Tytułem ciekawostki i na marginesie: Jakaś "klątwa" ciąży nade mną... a może nie tylko nade mną? Bo wiecie, to już kolejna dziewczyna która zapewnia mnie że "nie nadąży", że "ją zajadę" itp itd... a kończy się tym że po wycieczce, ja już mam dość, a ona świeżutka, uśmiechnięta, i zdaje się prosić o jeszcze...;) Tak było z Elą na Brzance na początku roku, tak jest teraz z Anią... To chyba jakaś taka kobieca kokieteria - One wiedzą że są bardzo silne, sprawne i mają niesamowitą kondycję, tylko tak się droczą "nie, nie ja wcale". Nawet to urocze. 

Z zadowoleniem konstatuję że Mielec to miasto przyjazne rowerzystom, sporo dróg rowerowych, dobrze przemyślane podjazdy i świetnie rozplanowany wyjazd z miasta.

Dalsza trasa prowadzi już po drogach lokalnych, ruch jest niewielki, wkrótce wjeżdżamy w las. Potem znowu pośród pól - piękny krajobraz. 


Zaczynamy zwiedzanie od cmentarza wojennego nr 242. Armia Rosyjska była już w pełnym odwrocie, kto mógł wiał na wschód, dowództwo porzuciło nadzieję zatrzymania ofensywy wcześniej niż na linii Sanu. Co oczywiście nie oznacza że nie toczyły się walki osłonowe, opóźniające i potyczki pomiędzy awangardą armii Państw Centralnych a ariergardą wojsk rosyjskich. Tragiczna wojenna rzeczywistość i śmierć która tym bardziej wydaje się bezsensowna. 

No powiedzcie - czy to nie jest piękno drogi tak pierwotne, że aż atawistyczne? 

Czy można się jej oprzeć?

Na horyzoncie wzniesienia pasma Głobikowej. My jednak jedziemy na zachód od nich i wkrótce znikną nam z oczu.

Wkrótce też Ania przeżywa mały kryzys... kryzys zaufania do mnie, wprawdzie jedzie dzielnie ale z pytań wynika że cokolwiek ma wątpliwości czy wiem dokąd prowadzę... Wiedziałem. 

Dojechaliśmy.

A to w ramach nagrody - czarna pizza w Czarnej. Jest też przymierzanie się do rowerów, poznawanie miejsca. Ot wszystko to co chciałem Ani pokazać. Chyba jest zadowolona? Niestety czas wracać.

Wracamy po własnych śladach i dopiero w  Zasowie odbijamy na Korzeniów i Przecław. Powiadam Wam, warto było - urokliwe miejsca z fajnym dojazdem, a na dodatek masa ciekawostek. Ania doskonale wie co mnie kręci, ciekawe skąd? To nasz pierwszy wspólny wyjazd! Choć pewnie Ją kręci to samo - ale tym większe moje zadowolenie z tej znajomości. Nie ma co owijać w bawełnę - jeszcze takiej dziewczyny jak żyję 50 lat z haczykiem na tym świecie, nie spotkałem!

Dworek w Korzeniowie.


Lokalna ciekawostka


A tu już GRUBA sprawa - Jeszcze takiego miejsca nie spotkałem.
Szukam informacji na ten temat - jak by ktoś coś miał, to chętnie się zapoznam - jak na razie musi nam wystarczyć lakoniczny opis ze zdjęcia powyżej. Ale być może coś więcej doczytam, to nie omieszkam powrócić tam i pomęczyć Was moimi wywodami na ten temat.

I niech mi ktoś powie że to nie jest ciekawe!

Ale jedziemy dalej, słońce, radość i rowery...Przed nami Przecław.

Pamiętam ten pałacyk jeszcze z czasów PRL, jakaś straszna siermięga wtedy tam była, potem z Marzenką byliśmy tu już w czasach "nowożytnych" ale dopiero teraz widać cały jego urok. W zasadzie nie trzeba było wiele robić budynek sam się broni swoją urodą, wystarczy tego tylko nie szpecić.  

Jakiś pan z aparatem usilnie starał się zrobić nam jakieś dobre zdjęcie komórką, ale ewidentnie ma problem z kadrowaniem. A na szyi miał całkiem znośny sprzęt fotograficzny i wydawało się że idzie za tym także pojęcie o zasadach fotografii...
 
No nic jedziemy dalej, obrót za obrotem coraz bliżej Mielca...
lecz oto...
nadciąga...  
ulewa...

mam nadzieję że widzicie jak nadciąga...
Gdzieś na ścieżkach rowerowych, całe rodziny zawracają w popłochu, mijamy ich gdy pędzą przerażeni z obłędem w oczach, a my na luziku, spokojnie kręcimy przed siebie. Co i raz przystaję zrobić zdjęcia.

Zmokniemy? Fajnie widać taka Boża Wola (ciekawe kto rozkmini ten żart?) 

A na załączonym obrazku Kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.

Ulewa łapie nas kilka kilometrów przed Mielcem, w 10 sekund jesteśmy totalnie przemoczeni. Ania na moment chroni się pod jakimś daszkiem, żeby zabezpieczyć telefon, ja swojego nie muszę, byle deszcz nie da mu rady. Radośnie moknę na środku placu. Potem jedziemy do Niej. Trzeba przyznać że jest niesamowita, znamy się zaledwie od kilku godzin i kilku postów wymienionych na fejsie, a zachowuje się wobec mnie jak dobra, wieloletnia przyjaciółka... przyznam szczerze że szalenie mi to zaimponowało, lecz niestety, po kawie muszę wracać... 

a propos powrotów, skończyłem pić kawę i wracam do roboty w ogrodzie, bo strasznie zdziczał.