wtorek, 21 stycznia 2020

Będę się czasem potykał ale nie muszę sprzątac.. idę na rower

A tak, a bo co? Syf narastał od tygodnia, to jeden dzień więcej różnicy nie zrobi. Co nieco ogarnąć musiałem, ale wyłącznie z grubsza i po łebkach, tak żeby  śniadanie zjeść we w miarę ludzkich warunkach. Jakąś łyżkę znajduję w zlewie, szklankę mam po musztardzie, resztki chleba idą do tostera udaje się też odszukać lekko skamieniały ser topiony i relikty żółtego. Uczta full wypas! W międzyczasie dokarmiam inwentarz - Aura oczywiście je karmę Mas'kotki, a Mas'kotka Aury - zwierzęta są równie głupie jak ludzie.   Potem wyrzucam je na pole. Nie ma zimna, przed wiatrem schowają się za domem, i te kilka godzin nim chłopcy wrócą ze szkoły jakoś im minie.

Szczególnie ambitnych planów nie mam, ot tyle żeby pojeździć przed pracą, zobaczyć  jak się wjeżdża na "Marcinkę" od strony Łękawicy (wchodzi się super, ale wjazd to nieco inna historia), zajechać na Słoną Górę do Oberży pod Grzybem na kawę, a potem już luzikiem do pracy.

W sumie, to pizga wiatrem jak na Spitsbergenie - teoretycznie halniak powinien być ciepły - może i jest, ale tego nie czuć. Ot takie zwariowanie pogodowe. Nie jest też zimny, po prostu jest upierdliwy. No ale moi kochani, Beskidnick nie taki głupi jak wychodzi na zdjęciach! Przeanalizujcie moją trasę. Wpierw chowam się przed wiatrem na północnym zboczu Góry św. Marcina, potem przez chwilę mam wiatr w w powieki, ale za to jadę eleganckim asfaltem. Za chwilę odbijam między zabudowania w Łękawicy, co wprawdzie chroni nieco przed wiatrem, ale za to zabija "swojskimi" zapachami z gospodarstw. krótki to jednak odcinek, za moment zjazd w prawo, w wąwozik i potem drogą pośród pól i wtedy wiaterek miło dmucha mi z zadek wzmagając przyjemność z pedałowania ;) , jednocześnie znacznie redukując wysiłek potrzebny na zdobywanie wysokości.
Sytuacja ulega zmianie w Zawadzie pod kościołem - W mordęwind na pełnej pycie, do tego ostry zjazd, który potęguje odczucie wiatru na twarzy. Z drugiej strony wydatnie zmniejsza moją prędkość, przez co prawie nie muszę używać hamulców. Potem znów kryję się w dolinkach, albo pomiędzy zabudowaniami.
W Oberży pod Grzybem, wiadomo nie wieje... Na tarasie owszem, ale wewnątrz nie - czyli sama radość.
A potem już z wiatrem w plecy i z różnicą wysokości po mojej stronie śmigam sobie do Mościć.
Moszna? Moszna! 




Zobacz trasę w Traseo
SKRZYSZÓW
Kapliczka maryjna w kształcie groty i mini skansen pszczelarski.
pokazywałem już nie raz. Ale lubię to miejsce. 

Pomnik poległych z gminy
 
Piękna drewniana świątynia p.w św. Stanisława Biskupa Męczennika. 

Sielskie klimaty, ale to już tylko relikty dawnych czasów. 

ŁĘKAWICA
Malowniczy wąwóz - szkoda że taki krotki. 
 
Albo się czymś upaliłem albo - tam faktycznie jest fioletowy łoś na drzewie ;) 
ale jeśli tam jest ten łoś - to znaczy że upalił się inny ktoś... 

Ja rower i widoki - w sumie fajny melanż.
wiosna? 

ZAWADA
Widoki na wschód

I na północ - Tarnów przed Państwem! 

Kościół św. Marcina

Kapliczka maryjna z 1918 roku
Stawiam że wotywna za ocalenie z wojennej pożogi. 

Widok na południe. 
A na zachód mi się zapomniało cyknąć. 

ŁĘKAWICA
Zdjęcie z cyklu "nie oglądaj się za siebie" albo "żona Lota" - tym razem ani nikt mi nie przy... ał, ani się w slup soli nie zamieniłem - ale pod tym przekaźnikiem kilka chwil temu przecież bylem. 

PORĘBA RADLNA
Szacun dla wykonawcy metaloplastyki.
I dziwić się że ludzie o takich zdolnościach są w stanie wyklepać i wyszpachlować każde auto? 

ŁĘKAWKA (znów)
Śliczna i ślicznie położona kapliczka domkowa z 1881roku.

Tu Niemcy wprowadzali swoją wersję zjednoczenia Europy... 

PIOTRKOWICE
Oberża pod Grzybem 

Kawa po bajkersku.
Ostatnio jak tam byłem, to zrobiono mi takę siekierę, że teraz już wolałem kawę z ekspresu. 

Taras widokowy - dolina Białej. Od lewej Mamy Meszną Opacką, w dole Buchcice, potem Łówczów i Łowczówek a górą Wał Lichwiński i Rychwaldzki - ale prawie ich nie widać. 

Cmentarz Wojenny nr 175. Wiecie że od niego zaczęło się moje zainteresowanie Pierwszą Wojną Światową na tych terenach? Nie od okopów w których się bawiłem w lasach nad Łówczówkiem, ale właśnie od niego - znacznie znacznie później - do pewnych zainteresowań trzeba po prostu dorosnąć. 

A potem piękny, długi, ostry zjazd czerwonym szlakiem przez las - nie powiem emocje były. 
Po drugiej stronie lasu, czekał mnie zaś...

ŚWIEBODZIN
I w końcu jest wymarzony przez wszystkich widok na zachód ;) 
i znów przez las - ale tym razem asfaltem.

Po to by otworzyć sobie widoki północny zachód. Tam mam jechać, 

RZUCHOWA
kolejne miejsce pamięci o niemieckim jednoczeniu Europy. 

Teraz czeka mnie ostry podjazd z Rzuchowej pod górę w Koszycach Małych - ale wiecie wiatr w plecy... 
I już w zasadzie cały czas z górki i z wiatrem ...
Wiadukt nad obwodnicą - ta czarna chmura to płonące śmieci koło oczyszczalni ścieków...
fajne powitanie - no ale wszak lubię klimaty post apo... a one czymś takim się zaczną...

A tak wygląda Góra św. Marcina - byliśmy tam... pamiętacie? 

Praca minęła na luzie - nawet nie czułem zmęczenia - nieco gorzej było z chodzeniem po schodach, ale jakoś sobie z tym dałem radę. A już całkiem kiepsko było wracać, wiatr bynajmniej nie osłabł... a na tym odcinku, nie było szans by go oszukać. 
No nic, jakoś dokolebałem się do domu, zostawiłem rower w garażu, po drodze wziąłem piwo (schłodzone bo garaż nieogrzewany), wszedłem przez przedsionek do kuchni i...
Popijałem piwko, rozkoszując się pięknie posprzątanym pomieszczeniem, załadowaną zmywarką i ogólnym ładem... 
Moszna? Moszna !!! 

czwartek, 16 stycznia 2020

Pasmem Jaworzyny

DZIEŃ PIERWSZY.

Dzień pierwszy rozpoczął się tuż po północy, ostatnimi łykami kawy wypijanej w gronie kolegów z pracy. Potem było siedem godzin trwania na stanowisku. Kąpiel i jeszcze dwie kawy rankiem. Tak zaczął się dzień. Przygoda rozpoczęła się już za bramą zakładu.  

Pakujemy się w samochody i jedziemy na dworzec PKP. Taki jest plan. Tanie i bezstresowe połączenie kolejowe. Pociąg do Piwnicznej odjeżdża o siódmej z minutami, potem niecałe trzy godziny jazdy, dla nas ideał - można coś przekąsić, zdrzemnąć się nieco, odpocząć po pracy. 

W Rytrze jesteśmy po dziesiątej. Silny wiatr od razu wita nas głębokim gwizdem, a potem zaczyna być jeszcze fajniej... 



Zobacz trasę w Traseo

 

No więc jak to już było wzmiankowane wysiadamy na dworcu w Rytrze - wita nas wiatr i... nic więcej się nie dzieje, bo co niby ma się dziać? Po prostu wieje wiatr. Już wcześniej z okien wagonu widzieliśmy przelewające się po szczytach wały fenowe, więc w sumie wiemy co nas czeka. Ba wiedzieć to jedno, a odczuć na własnym obliczu... to zupełnie różne sprawy. 

 
 Dokładnie tak - ten biały punkt na szczycie wzgórza, to stołb w Rytrze - obudowywany obecnie zamkiem. Tam zmierzamy. Ale by gam dotrzeć, trzeba ruszyć w... drugą stronę! Do mostu. Albo pokonywać Poprad w bród. Kunktatorsko wybieramy tę pierwszą opcję.

Podejście jest zasadniczo proste. Po przejściu mostu idziesz w lewo, potem w prawo, potem w lewo i jeszcze raz w lewo i jesteś na miejscu. Pomijając drobny szczegół wysokości. Ale nie bądźmy drobiazgowi. Nieco kłopotów sprawia nam centymetrowa warstwa lodowej polewy, pokrywająca przeźroczystą warstwą wszystko! Beton, kamienie, ziemię, trawę, barierki, chyba nawet powietrze! Wszystko, dosłownie wszystko jest śliskie. A najgorszy jest wiatr...

 (ja, Piotr i Jacek)

 Mniejsza że ziębi, to można przeżyć - gorzej że całkiem skutecznie przepycha stojącego człowieka! Niezakotwiczony do kamieni, lub barierek osobnik, wkrótce zaczyna niekontrolowany swoją wolą dryf zgodny z kierunkiem wiatru, acz niezgodny z bezpieczeństwem. 
Popatrzcie na zdjęcia - albo zbijamy się w gromadkę, albo dopieramy do murów, nie ma innego wyjścia. 
 

Widzicie ten lód na barierce? To pomyślcie jak ostrożna musiała być wspinaczka po takich schodach. No ale... była.
 Dolina Popradu - warto się pomęczyć dla takich widoków. 

 Stołb.

 Ja i stołb

 Rekonstrukcje murów


 A potem... Potem już tylko spacer w dół, łatwy do wykonania, szybki ślizg, z rozpaczliwymi wymachami ramion, okraszony wiązankami przekleństw, kompulsywnym czepianiem się czegokolwiek, nawet powietrza, podczas gdy jedynym marzeniem jest trafić w barierki, nie obok ale właśnie w nie. Owszem będzie bolało, ale jak się poleci z nasypu, to zaboli bardziej. Walę kolanem... boli... czasami przerażają mnie moje własne zdolności profetyczne. Wszystkich nas coś boli - ale wszyscy wychodzimy z tego w miarę cało. tyle że to dopiero... przedsmak! 

 Mateusz.

Piękny nawet nie głęboki wąwóz wypłukany we fliszu, urokliwy zakątek, pozwalający w ciekawy sposób zdobywać wysokość  od prawie dna Doliny Popradu aż do grani pasma. 
A propos. Przypomnijcie mi później bym Wam opowiedział coś na temat tych przewyższeń na Głównym Szlaku Beskidzkim. Bo chyba domyślacie się już że to nim właśnie, a ściślej jego fragmentem będziemy maszerowali.  
Lodowa rynna niczym na torze do saneczkarstwa ekstremalnego. Każdy kamień z osobna i wszystkie na raz, łącznie z korzeniami, ścianami i pniami drzew oblany jest lodową glazurą. Każdy krok, to walka, stopy stawiane niczym na polu minowym, nikt nie chce zjechać, każdy ma świadomość, że upadek przy takim nachyleniu i w takim miejscu najpewniej będzie oznaczał koniec przygody, nim jeszcze dobrze się zaczęła. Koniec nie tylko dla pechowca, koniec dla wszystkich. Przecież nie zostawimy kumpla samego i nie pójdziemy dalej. 


Z mozołem zdobywamy wysokość, powoli lód zamienia się w pokrywę śnieżną, dzięki temu idzie się... trudniej! Bezpieczniej ale trudniej.


 Tu już cały świat skuty jest szadzią - pokryte lodem gałęzie zastygły w pozach w jakich ukształtował je wiatr. Każdy ruch powietrza, każde poruszenie gałęzi wywołuje trzaski i nagły, głośny opad... coś jak by deszcz, ale to tylko kawałki lodu odłupują się od konarów i igieł, a następnie spadają tłukąc o inne lodowe kawałki, co zwielokrotnia odgłos. Niby fajne ale jednak trochę nieprzyjemne. Zwłaszcza gdy jest się w pewnym oddaleniu od bezpiecznych ludzkich siedzib.

Jeden z punktów na naszej rasie - to nie tak że szliśmy szukając właśnie ich - ot po prostu były. To szlak papieski a jednocześnie partyzancki. Osobiście nie mam nic przeciw - szlak partyzancki ma pierwszeństwo chronologiczne, ale szlak papieski pewnie przyciągnął jakąś grupę osób, które by inaczej w życiu na taką wspinaczkę się nie pisały. Kilka szlaków w jednym... dobry pomysł!



 Zamarłe lasy, w sumie można by tu kręcić "królową śniegu" bez konieczności inwestowania mnóstwa pieniędzy w scenografię.

A potem... 
 A potem wyszliśmy powyżej linii chmur i wróciły barwy. 

 I w ten sposób dotarliśmy na Cyrlę - cyrla, to podobnie jak magura słowa pochodzenia wołoskiego. Magura znaczy tyle co samotna góra o obłych kształtach, cyrla zaś to góra która ma łysy wierzchołek.
 Te cztery kierunki od góry są najlepsze! 

 Schronisko prywatne ale fajne - pyszne papu i kawa, miły wygląd w środku, do tego obsługa ... chyba warto wdrapywać tam częściej.



 Galeria rozmaitości... czego tu nie ma?! 

No ale iść trzeba dalej. 

 Tak schronisko wygląda z otaczającego je garbu. 

 Reduta za Halą. 
Mała kapliczka poświęcona pamięci księdza Gurgacza. 
O Nim też będzie później... po prostu mi przypomnijcie. 

Słoneczko sobie przebłyska...

Czasami roztoczy się panorama...

Nawet Tateły uda się dostrzec

Ino że mgliste te widoki...

Rzec by się chciało że pochmurne...

Z drugiej strony humory poprawia fakt że ci w dolinie maję jeszcze bardziej przechmurzane! 

Jaworzyna Kokuszczańska, a na niej fajna z łupków klecona kapliczka. 


Przy lepszej pogodzie warto tu usiąść i się porozglądać. Swoją drogą jak by jakaś dobra dusza wycięła to drzew ze środka kadru, to myślę że można by na ten grzech przeciw śm. Grecie oko przymknąć ;) 
No dobre ale co jest w kapliczce? 

Idealnie trafione w czas Bożego Narodzenia... 

Popili co mieli, batonem przekąsili i poczłapali dali...
a dali też nie było widać dali.

 A Na hali Pisanej..
Taki pomnik.
A przy okazji spotkanie z grupą mieszaną wędrowców, którzy od Złotnego szli i ewidentnie ze szlaku zeszli, albo celowo przez las przeszli, licząc na mniejsze śniegi. 
Bo te były solidne - i seta ludeczkowie nie myślta że to ino tylko takie głębokie jak na łobrozku! Tu gdzie koleina, to tys śnigu po kolana, ino ugniecione to tego nie widać. Tedy, jak tu gdzie koleino po kolańska, to tus łobok po półdupki śnig sienga! 

Krajobrazy roztaczają się szerokie, panoramicznie piękne... tylko że ich nie widać! 
Oczywiście zawsze znajdzie się jakaś pięknodusza istota, i stwierdzi że się można posiłkować wyobraźnią i/lub pamięcią. 
Rację ma! 
Na przyszłość zamiast posiłku niech się posiłkuje wyobraźnią i/lub pamięcią! 

A słońce już zachodziło, a nam się wciąż jeszcze chodziło i choć do schroniska się stale zmierzało, to drogi pomału ubywało... 

No ale wreszcie jest! 
Mariusz, Jacek i Piotr poczłapali sprintem niczym skacowane wielbłądy na widok oazy. 
No cóż ja musiałem zostać - w końcu ktoś musi te zdjęcia robić! 

A w schronisku, prąd na godziny... ale za to kawa dobra! 
I jest się gdzie przebrać, a ubrania mamy od potu własnego mokruteńkie.
Prysznic, kolacja a potem...

 
Długie nocne przy piwie i świecy Polaków rozmowy...

I tak minął dzień pierwszy i noc pierwsza... a zarazem ostatnia...

Rankiem było:
wstawanie
sikanie
zębów mycie
i czekanie.
Czekanie było najdłuższe!
Bufet otwierają dopiero o ósmej rano - a nam się kawy chce!!!
Niektórym się chce jeszcze jeść, mi nie... miałem w plecaku konserwę.

Ale kawa była wspaniała...

To żółte postrzępione, jest wykresem wysokościowym, przekrojem Głównego Szlaku Beskidzkiego. Ta ciemna plamka przytulona do jednego z tych strzępów (dokładnie pod środkową belką) to schronisko w którym aktualnie jesteśmy. Jak łatwo zauważyć oba wyjścia z Doliny Popradu wymagają największego wysiłku na całej długości trasy. 


A tak w ogóle to mieliście mi o czymś przypomnieć! 
Dobrze że sam pamiętałem.
Ks. Władysław Gurgacz. Wyklęty, Niezłomny... zamordowany.
Kapelan Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej 

Cały świat w plecaku! A wiecie że miałem taki sam plecak? 

A potem wyszliśmy w chmury


Ołtarz polowy, pomniki partyzanckie - wiem że tam są...




Tęgie śniegi.

Przełęcz Juchówki i nader dobrze pomyślany schron leśny. Powinno być takich więcej. w lecie można tu zabiwakować, w zimie w sumie też, ale trzeba by co nieco więcej ze sobą taszczyć. A tak w ogóle to świetne miejsce żeby sobie przycupnąć, przekąsić batonika, łyknąć wody w miejscu osłoniętym od wiatru. 
A zapomniałem... wiatr też był wściekły i do tego zaczynało śnieżyć.

Runek - węzeł szlaków.
Tu już idzie się dobrze, liczni narciarze ugnietli nam śnieg. Spotykamy ich co i raz. Pobliże wyciągu, zachęca do pobiegania na nartach po szlakach leśnych, do tego jeszcze w okolicy bacówka, wiec jest gdzie, jak i nie trzeba się męczyć z podbieganiem...
Dla nas lepiej. 
Jaworzyna Krynicka - górna stacja wyciągu.
korzystamy z niego. 

 
W pewnym momencie dociera do nas że "wykręciliśmy" świetny czas, tego drugiego dnia! Czyli jest szansa zdążyć na wcześniejszy pociąg! Zjeżdżamy kolejką (swoją drogą 21 zeta za zjazd musi wzbudzać zdumienie!). No ale za to Krynica funduje nam (znaczy nie tylko nam, ale my mamy takie poczucie, po zapłaceniu horrendalnej ceny za wagonik), bezpłatnego busa do centrum.
Tam tuptamy do jadłodajni - ludzie szczery i prawdziwy PRL!!! Czas się tam zatrzymał!
A potem na stację, pakujemy się w pociąg i ... Odpoczywamy!

Czy jest przyjemniejsze uczucie niż wyciągnąć nogi bo długim intensywnym marszu, siedząc w ciepłym wnętrzu z kolegami i omawiać jeszcze raz swoje przygody?! 
Nikt z nas nie musi kierować, nikt nie musi myśleć o jeździe... Pociąg sam wie gdzie i na którą ma nas zawieźć... 


Do zobaczenia na szlaku.