poniedziałek, 8 stycznia 2018

Raptularz Świętokrzyski

Nie  nie mój - Świętokrzyskie to piękna, magiczna, stara kraina, którą jednak znam za mało by móc o niej pisać pamiętnik. A przecież tęsknię do tamtych miejsc już od czasu lektury Czarnych Stóp i ich Nowego Śladu. Na szczęście ta kraina rozkochiwała w sobie ludzi pióra i intelektu, literatów miary najwyższej ale i sowizdrzałów jednocześnie. Reporterów będących gawędziarzami i gawędziarzy o zacięciu reporterskim - słowem ludzi niebanalnych jak ona sama.

Jednym z nich był - (nawet nie sprawdziłem czy rzeczywiście już "był", ale faktycznie nie żyje - trochę szkoda, bo jak kogoś wezmą za umrzyka to mu długie życie pisane, a człowiekowi co tak pięknie o Świętokrzyskim opowiadał najdłuższe życie się należy) - Świętosław Krawczyński.
On to właśnie ów raptularz był popełnił.


Chcecie wiedzieć jak to było z Emerykiem? Jak to się stało że skamieniał? A może interesują Was zagadnienia prób odwracania atomowego końca świata (dodajmy że udanych) za pomocą stopowania, lubo wręcz wykręcania owego posągu? Szmaglewska nie fantazjowała, to działo się naprawdę!
Znacie historię żony Emeryka? Nie? ... ja też nie znałem...
A może historia Tumlina jest dla Was zagadką i nawet nie wiecie jakie tajemnice skrywa Grodowa Góra? Albo chcecie poznać Feliksa Przypkowskiego, najlepszego astronoma pośród lekarzy i najlepszego lekarza pośród astronomów? Człowieka który własną przemyślnością i technicznymi umiejętnościami miejscowych rzemieślników tworzył teleskopy nie ustępujące możliwościami tym z najbogatszych uczelni, a kosztujące ułamek tego co tamte?
Te i inne historie w Raptularzu Świętokrzyskim  Świętosława Krawczyńskiego znajdziecie, o ile oczywiście zechce Wam się iść do biblioteki lub wyasygnować całe 10 złotych na zakup w internetowym antykwariacie.

ps. Raptularz to de facto dwie książki w jednej, pierwsza to właśnie owe historyczne reportażo-pamiętniki. Druga to już niestety PRLowska siermięga, ubarwiona nieco opowieściami teatralnymi, dykteryjkami, anegdotami ale jednak już nie tak barwna, soczysta i treściowa jak pierwsza. Oraz krwawa i tragiczna historia kieleckiej partyzantki, akcji zbrojnych i walk.
Ps 2 - znalazłem też w czasie lektury osobę z moim nazwiskiem... ciekawe.        

piątek, 5 stycznia 2018

Noworoczny spacer po Krakowie

Pomysł od początku do końca Marzenkowy, ja jedynie skwapliwie nań przystałem. Po przepracowanym Bożym Narodzeniu i  sylwestrze, coś się nam należało. A Kraków to zawsze spore "coś", nawet jeśli z konieczności czasowych, bardzo krótko i zdawkowo. A krótko bo trzeba było odespać witanie Nowego Roku, zaś na popołudnie byliśmy zaproszeni do rodziny i głupio było przyjść na końcówkę.

Padło na jazdę pociągami. Pewnie autem było by ciut szybciej, ale pociąg to raz że luzik dla mnie, a dwa że całkiem inny klimat i bądź co bądź atrakcja. Tym bardziej że ostatnimi czasy na tej linii są naprawdę fajne nowoczesne składy, a jazda jest bardziej komfortowa niż w aucie.

Tam śmigamy InterCitem - godzinka i już na miejscu


 Bez martwienia się korkami, policyjnymi łapankami, wypadkami itp. a cena niewiele wyższa niż jazda prywatnym samochodem. 

Wysiadamy na dworcu głównym i...
No właśnie, trzeba wyłączyć intuicję! Na nic się zda. Pozostają oczy i pilne czytanie oznaczeń kierunkowych, bez tego błądzić można w kółko.  
Nie żeby było źle - ale to kilkupoziomowe podziemie i nie widząc zewnętrza trudno nawigować "na rozum".  nie powiem deprymuje mnie to, bo wciąż pamiętam stary dworzec i łopatologicznie proste jego rozwiązania - rzecz jasna nic a nic nie przystające do nowych potrzeb. 

Od razu zaznaczam - wypad jest rodzinny, nie krajoznawczy - owszem popisuje się przed Marzenką i Miłoszem, swoją wiedzą na temat Krakowa, jego zabytków itp. ale z racji na niedoczasowość wszystko jest szalenie szybkie, powierzchowne i ma za zadanie raczej zaszczepić w Miłoszu zainteresowanie, niż zaspokoić jego ciekawość. 

Po drodze mijamy też mnóstwo miejsc o których im opowiadam (choćby kładka nad Lubiczem autorstwa genialnego Teodora Talowskiego)  - ale nie robię zdjęć, i nie będę tu o nich wspominał. 

  
 Barbakan - przy okazji mały wykład na temat rozwoju fortyfikacji miejskich, ich rozwoju w Średniowieczu i Renesansie. Czasach świetności i wreszcie upadku. 
Oczywiście nie obyło się bez kilku słów na temat Kleparza - który stamtąd doskonale widać i tego jak współczesny Kraków zrastał się z kilku oddzielnych organizmów. 

 Planty - Lajkonik

 Planty - Matejko - pomnik rewelacja - coś naprawdę świetnie przemyślanego. Brawa! 

 Nagrodzona szopka - kolejny świetny pomysł na promocję miasta - swoją droga trudno się było doń dopchać - tak wielu zainteresowanych (masa rosyjskojęzycznych - ale nie jestem w stanie wychwycić Rosjanie czy Ukraińcy) - dlatego zdjęcie źle wyostrzone. 

A swoja drogą - takie mnie naszły refleksje na temat Majchrowskiego - facet zupełnie "nie z mojej bajki" - ale dla Krakowa zrobił naprawdę wiele! Myślę że Krakowianie doskonale mu to pamiętają i ma przed sobą kolejne dwie kadencje, bez żadnych obaw przed wyborami. 


 Floriańska. 

 Adaś na rynku
 I kościół Mariacki - rzecz jasna byliśmy na modlitwie, a teraz Marzenka z Miłoszem czytają "Historię żółtej ciżemki" 

 Szamanko na Rynku.

 Katedra wawelska. 
I znów wykład o historii tego miejsca - byliśmy też na dziedzińcu zamkowym, ale trwa remont i obleśnie to wygląda. 
 
 Smok - smocza jama i ... 
Największe zainteresowanie wzbudziła w Miłoszu opowieść o labiryncie jaskiń pod Wawelem - trudno w to uwierzyć - bo brak śladów - ale tam jest co najmniej kilka kilometrów korytarzy a wiele z nich prowadzi od podnóża na sam wierzchołek - tak zresztą zdobyli Wawel Konfederaci Barscy.

Nie mogło też zabraknąć etymologii słowa "wawel" - a to od białego bąbla skalnego doskonale widocznego z okolic - na którym posadowiono zamek.   Wbrew temu co powszechnie uważamy - cechą charakterystyczna języków słowiańskich nie jest "szeleszczenie" czy "świszczenie" ale "bąblowanie", "gląbląwląbęłtanie" - Wawel - to wąwel, 

A potem znów bieg na dworzec i ... spóźnienie, i czekanie na następny.
i znów refleksje.
Międzynarodowy tłum osób które przybyły tu witać Nowy Rok, praktycznie co drugi to niepolak, miejscami Polaka trudno uświadczyć. A jednak... 
A jednak nie ma "stref bezpieczeństwa dla kobiet" i nikt ich nie molestuje, nie ma betonowych zapór na ulicach, placach a nikt w tłum ciężarówkami nie wjeżdża. Nie ma policji z długą bronią (prawdę powiedziawszy w ogóle policji nie widziałem)...
Ba nie ma też tych 60 tysięcy "faszystów" jacy uroili się w chorej od marksizmozy łepetynie Verhofsztadta...  (swoją drogą jak by do mnie od dziecka - "Ty Guju" wołali to też bym pewnie na coś zapadł) - którzy wszak być powinni i bić to międzynarodowe towarzystwo w ramach krzewienia ksenofobii, nietolerancji itp. 
No nie ma i co zrobić? 

Za to jest TLK - fajny polski Impuls - klima, wyświetlacze, komfort i 
prawie jak w domu. 

Myślę że po takim początku roku - uda nam się kilka naprawdę solidnych akcji. A Plany już są.. nie zdradzę, ale może być ciekawie.

czwartek, 21 grudnia 2017

Dla Was - serdeczności.

Tam
pod lasem
tam pod borem
Baca jodłę tnie toporem
Gaździna zaś wałkiem wywija
By w godzinie gdy rodzi się Dziecina
Nad stołem razem zasiąść z gazdziątkami,
zjeść wieczerzę, zaśpiewać, podzielić się oplatkami.
a Wam
Bóg
niech
łaski
śle
bo 
czego
Wam 
trzeba
On
Najlepiej wie.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Mała pętla przed pracą

Mogłem zrobić większą, plany mam, na mapie wyglądała fajnie. Problemem jest... Aura. No, nie umiem odmówić temu psu wypadu w teren, ale po takim wypadzie już brakuje mi czasu na dłuższe trasy. Gdy czas jest sprzyjający, to w jeden dzień śmigamy z Aurą na dłuższy spacer, a w drugi mogę jechać na rowerową eskapadę (co nie znaczy że nie szczeka i nie zawodzi, gdy ruszam bez niej - owszem robi to, ale ja mam czyste sumienie, jednak gdy od kilku dni nie była gdzieś dalej, nie mógł bym spojrzeć jej w oczy).  
A tu okres przedświąteczny, wyjazdy z Marzenką, niekorzystny układ zmian, chłopcy i ich potrzeby... kieracik codzienności. Jednak w piątek udało się wygospodarować praktycznie całe dzień przed pracą. Szybko robię to co mam do zrobienia, wypadamy z Aurą na "Marcinkę" - relacji z tego wypadu nie będzie - choć trasa jest na Traseo, bo tamte tereny już wiele razy pokazywałem, a nic nowego nie znalazłem - no poza roztrzaskanym kolarzem, kolo wziął dosłownie nazwę Kross i pojechał tam gdzie są zrobione trasy zjazdowe dla rowerów typowo do tego przeznaczonych. W rezultacie rozwalił przednie koło, prawdopodobnie uszkodził widelec, poharatał osprzęt i siebie. pomoc ratowników potrzebna na szczęście nie była - szkoda chłopaka, widać było że mu strasznie żal tego roweru. Krossy kosztują w okolicach dwóch tysięcy - tymczasem zjazdówkę miał by za kilka stówek  i mógł by nią tyrać do woli. na przyszłość zapamięta.  
Więc byliśmy z Aurą na "Marcince" potem jeszcze kawusia, na czas wrzucania trasy na Traseo i opisu miejsc i siadam na rower. Przede mną ciekawa (mam nadzieję) trasa wokół Tarnowa do pracy. Aura nawet nie szczeka - może później, ale nie póki jestem w zasięgu głosu. 

Pogoda ostatni raz próbuje mnie straszyć, w twarz zacina mi drobniutkim deszczykiem - ale za chwilę daje sobie spokój, widocznie widząc że nic nie wskóra, straszyła zresztą już na Górze św. Marcina z podobnym skutkiem. 

Witaj przygodo. 


Zobacz trasę w Traseo

 Ulicą Hanny Marusarz chciałem się przejechać już od dawna - jeździłem samochodem, ale to wszak nie to samo.  Dlatego ją wybrałem jako punkt obowiązkowy, od początku, od rada na Rzędzinie - do końca - reszta miała być wypadkową - czasu i okoliczności. Choć zarys trasy rzecz jasna w głowie miałem, to miałem tez kilka opcji alternatywnych - wiecie, nie mogę spóźnić się do pracy.  

To co przejechałem wygląda jak na mapce powyżej. W sumie wyszło tego bez maleńkości 30 km. W sam raz jak na bardzo późna jesień. 

Zdjęcia robiłem phabletem - stąd podła jakość, która i tak była by mizerna z racji na warunki pogodowe, marność sprzętu i fotografa, ale przynajmniej miał bym do dyspozycji lampę błyskową. 
  
TARNÓW - GUMNISKA

Gumniska - moja rodzinna wieś, obecnie obudowana cudacznymi imitacjami projektów awangardowych, dzielnica Tarnowa. Straciła już swój wiejski charakter, ale jeszcze nie wyburzono wszystkich chatynek, jeszcze nie zlikwidowano wszystkich kapliczek.
 
 Przedświąteczny kicz

TARNÓW RZĘDZIN
 Ul. Hanny Marusarz - kapliczka o cechach barokowo klasycystycznych (tych drugich zdecydowanie mniej) z 1792 roku. Wybudowana z fundacji Antoniego Saratowicza. 

 Wewnątrz Madonna z dzieciątkiem (pierwsza połowa XIXw) - rzeźba utrzymana w stylu barokowym. 
 Krzyż z 1910 roku

 Kapliczka z figurą Matki Bożej Niepokalanie Poczętej, pochodzi z okolic roku 1930. Na moje oko niezły przykład późnego eklektyzmu malowniczego, albo lepiej nawiązanie do tego stylu.


Kapliczka Maryjna 
NMPNP
(ciekawe kto za kilkaset lat, odczyta ten skrót? czy nie będzie to jak z Asztarte, czy Izydą - których setne "mutacje" spędzały sen z powiek badaczom, a dziś są przekleństwem studentów bliskowschodnich starożytności?)  

 Na cokole kapliczki wezwanie oraz fundatorowie: Maria Wawrzyniec i Wojciech Marcinkiewiczowie. 1929 rok. 
 Ostatnie rozsypujące się już "zabudowania" przy Ulicy Hanny Marusarz. To granice miasta. Za chwilę :

WOLA RZĘDZIŃSKA 

 Urocza maleńka chatynka, wciśnięta obok współczesnego klocka. Najwyraźniej zamieszkana. czasami gdy czytam blogi innych, szczerze komentuję że nie jestem miłośnikiem skansenów. Teraz powinniście domyślić się czemu - to nie arogancja, poza, bufonada czy inne takie - ja po prostu mam szczęście obcować z takimi zabytkami przy okazji praktycznie każdego wypadu. U nas jeszcze ich dużo - fakt niszczeją, ale są i mam je na wyciągniecie ręki.  
  
 Kolejny przykład. 

 Przydrożny krzyż - ale nie znam jego historii.

 Neogotycki kościół na Woli Rzędzińskiej. Nie jest bohaterem dzisiejszego rajdu, pokazuje go jako malowniczy element krajobrazu - Kiedyś specjalnie pojadę na Wolę - pokazać właśnie ten kościół, cmentarz wojenny, cmentarz "cywilny" i jeszcze kilka ciekawostek - ale to kiedyś - dziś będzie tylko zajawka. 
 
 Wiadukt nad torami - jak ja lubię takie miejsca. Zawsze takie znikające na horyzoncie tory, są dla mnie obietnica przygody. 
 
 I znów ten sam kościół - ale z całkiem innego miejsca.
 A o to najważniejszy punkt tej wycieczki.
Ciekawa forma krzyża przydrożnego.
Z trzech stron zdobiona figurami męki pańskiej, świętych i maryjnymi. 
 
 Piaskowiec z którego powstała, wymagał konserwacji - co widać, bo jest świeżo odnowiona. 
Ale zrobiono to z dużym kunsztem, nie zacierając śladów wieku, a jedynie nie dopuszczając by popadła w rozsypkę (jak to piaskowcowe figury, krzyże, czy nagrobki mają w zwyczaju) 

 Na cokole inskrypcja - myślę że nie zmieniona w czasie restauracji. Przepisuję literka po literce, zachowując oryginalny układ. 

Fundatorowie Macijiregina
Kołodziejowie proszą
przechodzących
owe sthnienie do BOga
1869 

Jeszcze tam wrócę - to zobaczycie lepszej jakości zdjęcia - warto. 

A potem dalej w trasę - dopada mnie głód, batonik mam w plecaku, plecak na bagażniku - nic tylko sięgnąć, ale obiecuje siebie że nie ruszę wcześniej niż przy autostradzie - ot taka automotywacja ;-) 
 POP
(punkt, obsługi podróżnych... no powiedzmy noclegownia pod chmurka ;-)  )
 Wzniesienie rozdzielające Wolę Rzędzińską od Zaczarnia - świetny stąd widok na Pogórze. Niestety nie na tym zdjęciu - ale moim oczętom możecie pozazdrościć - podobało im się to co widziały. 

ZACZARNIE 
 Szkoła w Zaczarniu. 

 Tablioce ku czci patronów:
Konopnickiej podstawówka i Sybiraków gimnazjum. 

 Figura maryjna 
"Fundacya gminy 
Zaczarnie
1904 rok"
(stąd ta pięknie brzmiąca pisownia) 

 Kościół w Zaczarniu - ale współczesny. jeszcze tu kiedyś wpadnę, poszukam ciekawostek, ale nie sądzę by był w nie bogaty. 

 I znów wiejskie, XIX wieczne klimaty ... tak było gdy moi pradziadkowie byli młodzi - 
nie dziwcie się że piszę to co piszę o skansenach, wiem nawracam, ale doszły mnie słuchy że kilku osobom nie spodobały się moje komentarze. 

 I wreszcie Autostrada - patrzę na śmigające pojazdy i zajadam batonika cini-minis z Biedronki, popijając to zmarzniętym jak źródlana woda 4movem też z Biedry.
Wiatr wieje jak szalony, auta śmigają pod nogami, co bynajmniej nie sprawia wrażenia przytulności - po drugiej stronie już BRZOZÓWKA - ale Bogiem a prawdą niczego Ciekawego tam nie dopatrzyłem. Będę musiał wrócić, gdyż jestem, głębokim sceptykiem co do wiary w miejsca które niczego ciekawego nie kryją.

BRZOZÓWKA / TARNÓW KRZYŻ

Dokładnie na granicy Brzozówki i Tarnowa stoi ta oto kapliczka. Pochodzi z 1850 roku, z fundacji Xiążąt Sanguszków. Powstała jako wotum dziękczynne za ustanie epidemii cholery. Wewnątrz ofiarowany przez Xiężną Izabelę z Lubomirskich Sanguszkową XVIII wieczny pochodzący z Litwy bądź Ukrainy Obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem. 
W czasie II wojny niemieckie żołdactwo urządziło sobie tu kuchnię polową i sypialnię. Odrestaurowana, w 1978 roku była "uczestniczką" wypadku samochodowego!  


TARNÓW KRZYŻ

Rezerwat debrza - także spuścizna po Sanguszkach. 


Kapliczka maryjna przy ulicy Wiśniowej. Ufundowana w 1939r. przez Adama Brogowskiego, rządcę majątku Sanguszków. Wybudowana przez murarza Franciszka Nytkę z Brzegówki (tak w przewodniku PTTKowskim - ale bym stawiał na Brzozówkę, bo Brzegówki nijak z okolic nie kojarzę, a zgoła i wujo Gugiel jest bezradny). Za materiał posłużyły polne kamienie - wewnątrz figurka NMPNP ( ;-) ) fundowana w 1945 roku przez rodzinę Rajskich w miejsce starszej. 




Stawy Krzyskie 

Amazonka z orbity ;-) 


"Szczucinka" dawna linia kolejowa (wystarczyło zbudować most przez Wisłę - połączyć tarnowski węzeł kolejowy ze świętokrzyskim - no ale skoro PKP zarządzali eksperci od wygaszania popytu... to co się dziwić że zgnojono te infrastrukturę?) - w/g zapewnień polityków mój rower (chyba nazwę go Gawron - co Wy na to?)  stoi właśnie na środku ścieżki rowerowej...  fajna ta "ścieżka" tylko poręcze strasznie niskie... i do tego trzęsie ;-) 

BIAŁA

W/g mapy Compassu "Okolice Tarnowa" 2016 droga techniczna wzdłuż autostrady ciągnie się aż do Dunajca... W/g tej samej mapy tylko z dokładniejszym planem Tarnowa - widac że nie... 
a ja sobie tego wcześniej nie sprawdziłem. 

- "Panie tam się nie da przejechać!" - woła za mną jakiś lokals
- a tam się nie da... - bagatelizuję jego ostrzeżenia. 
- "no mówię że dalej nie ma drogi!!" 
- a bo to raz bez drogi jechałem? odpieram
Facet daje za wygrana - widać nie ma nerwów do gadania z kretynami (znaczy personalnie ze mną). 

I co ? przejechałem - przez rów przeniosłem, ale dalej pojechałem - nawet się kawałek ul. Żytniej znalazł - czyli klepana gruntówka - ale przynajmniej nie moczyłem nóg w zmarzniętych rozlewiskach. 

Trafiłem na jakieś coś - może budynki firmy zajmującej się stawami w Białej i Bobrownikach? Nie wiem - nie podpisane było - przedarłem po stalkersku - czyli obcesowo, ale bez zwracania na siebie uwagi i oto com zobaczył! 
 
Potok Klikowski!! 
No tego przeskoczyć się nie da, ani przejechać... pokonywać w bród? (odwrót nie wchodził w rachubę).
Ale od czego setne wypady UrbExu?! Zsiadam z Gawrona, po grobli przechodzę nad   rowem melioracyjnym, potem po betonowym wypuście przepustu pod autostradą - tam jest jakieś 20 cm przestrzeni - rower niosę nad wodą - plecak na sobie -w razie zachwiania po prostu puszczę maszynę w dół - ale się udaje - po drugiej stronie jest gorzej. błotniste brzegi skarpy, nie dają oparcia dla butów ślizgam w dół, nawet manewr z podrzucaniem roweru i zaciskaniem hamulców niewiele daje - w rozmiękłym gruncie kopniakami drążę quasi schodki i po nich wygrzebuje sie na skarpę - potem po tej cieniutkiej deseczce na drugą skarpę a dalej... to już bajka niecałe 30 metrów łąki i znów asfaltowa droga techniczna - aż do samego Dunajca. 
Buty zabłocone, opony tez - opony otrzepią się po drodze, buty będę musiał wymyć w pracy.   
Biała - krzyż upamiętniający powódź z 1927 roku 
 
  Pomnik poległych w walce żołnierzy Szarych Szeregów.

A potem na kładkę, przez Białą (tym razem rzekę) i do pracy - jestem godzinę wcześniej oporządzam buty, odzież i myję rower - jestem już po tej robocie, gdy zaczynają schodzić się koledzy.

Ta przygoda skończona - inne czekają w kolejce.