środa, 8 lipca 2020

TdPD - czyli Tour de Powiśle Dąbrowskie

Tour de Powiśle Dąbrowskie

Cykliczna impreza rowerowa dla tych którzy lubią się pościągać. Ja osobiście nie lubię, co nie znaczy że nie bawiłem się doskonale nawet samemu nie biorąc udziału.

Jednakowoż zacznijmy od początku. A początek wyglądał tak że siedzieliśmy z Elą i Markiem w dworcowej restauracji, popijali kawę z kartonowych kubków i zastanawiali się co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Choć nie, to także nie był do końca początek, początek był wtedy gdy pomyliliśmy daty - i dwie imprezy wypadły nam w tym samym czasie. Tour de powiśle Dąbrowskie i wycieczka rowerowa do Kąśnej Dolnej, na Święto Muzyki w Dworku Paderewskiego. Nie do pogodzenia. Jeszcze problemu by nie było gdyby nie fakt że jakiś czas informacja o tym rajdzie nie wisiała na stronach Tarnowskiej Korby, lecz niestety wisiała... klęska. Tymczasem w TdPD startowała i nasza Ania i nasz Wiesław!!! Jeju ale by się chciało z Nimi być! Lecz trzeba czekać... Czekamy, sączymy kawę, rozmawiamy, wspominamy, planujemy. Co i raz któreś z nas patrzy na zegarek - jeszcze dziesięć minut, jeszcze pięć - jak nikt nie pojawi się do momentu odjazdu pociągu (pod Adasiem, nie było nikogo, druga alternatywna trasa - zakładała dojazd pociągiem - i z racji na deszczową pogodę która jak mniemaliśmy odstraszyła uczestników - była możliwość że tu już ktoś się pojawi) - jeszcze dwie minuty - no nie, to było by szyderstwo - gdyby teraz ktoś zajechał! Minuta... Jedzie! O żesz w ... i w ogóle! Ufff odbija w bok, to pracownik kolei nie turysta... 30 sekund... ok teraz to już i tak nie ma znaczenia - nie zdążymy wsiąść do pociągu - ale dla przyzwoitości czekamy nim nie usłyszymy stukotu kół...

W zasadzie nawet nie podejmujemy decyzji - to chyba jest najfajniejsze w gronie przyjaciół, że decyzji się nie podejmuje tylko po prostu myśli się to samo i to samo robi. Siadamy na rowery i jedziemy. Dziwne, ale ani Eli ani Markowi nie chce się kręcić pod górę pawęzowską, dlatego niejako z automatu wybieramy trasę przez Klikową, Białą i na Łęg, ok mi to rura, nie ma sprawy, ważne że jedziemy. W Białej wycofuje się Marek - źle się poczuł - ok zrozumiałe. Każdy ma prawo. Ela i ja śmigamy dalej. Żeby było zabawniej ja jestem pewien że Ela doskonale wie gdzie jedzie, a Ela myśli że nawiguje idealnie, bo nic się nie odzywam - w efekcie co nieco błądzimy - nie na tyle żeby się spóźnić, czy wyczerpać kręceniem, ale na tyle żeby... było się z czego pośmiać.

Tuż przed samą Dąbrową Tarnowską odpalam nawigację, chcemy trafić wszak na miejsce a nie błądzić w poszukiwaniu miejsca startu i... mety. Jest nawet bardziej ok niż by się wydawało - nie dość że mamy przyzwoity zapas czasu do startu naszych przyjaciół, to jeszcze baza imprezy jest po tej stronie miasta którą wjeżdżamy. Już podczas dojazdu widać że Policja swoje robi. Porozstawiane radiowozy, zapory drogowe itp. rowerzyści poruszają się bez żadnych ograniczeń, samochody mają z tym problem... nie powiem, taki stan nader mi odpowiada.

Ba, same zawody komentuje nasz dobry znajomy Leszek Kępiński szef firmy organizującej wydarzenia sportowe KępaSport (tak to reklama, nie krypto a wprost - bo są tego warci) - więc gdybyście chcieli kiedyś jakiś bieg, marsz z kijami, wyścig rowerowy czy cokolwiek innego zorganizować... to spoko walcie do nich. Blamażu nie będzie. Poznaje nas gdy nadjeżdżamy, są powitania - oczywiście wszystko przez mikrofon, więc nagle z anonimowych "oglądaczy" stajemy się omc celebrytami ;)

Punkt komentatorski Kępy Sport - Leszek siedzi i nawija, Ela stoi i koncentruje się przed zawodami.



Za chwilę odnajdujemy Anię i Wieśka - jest trema przed startem, ale trzymają się świetnie, a my trzymamy za nich kciuki.

Ania, Wiesław i Ela








Już trąbią wsiadanego

Jest wola walki -
ale wpierw muszą ruszyć zawodnicy z rowerami szosowymi - Ania i Wiesław startują w kategorii inne, ma to sens oczywisty. 

Ela w środku kadru
(ta od KępaSport, nie od Tarnowskiej Korby)

Na linii...
"szosowcy" już wystartowali, pora na resztę.




I poszli - przydeptali pedały i za chwilę już nie było ich widać. Cóż robić, zostało nam z Elą sporo czasu do czekania, uświadamiamy sobie że jesteśmy głodni - ani Ona ani ja, nic praktycznie nie jedliśmy przed wyjazdem z domów. Czyli co? Czyli jedziemy do centrum, przecież NA PEWNO trafi się jakaś pizzeria, lub choćby inne miejsce gdzie można będzie coś zjeść... zaiste... dawno już nie czułem się tak sfrajerowany!!! Gdzie tam! Pizzerie otwarte w niedziele od popołudnia, wujo Gugiel nic sensownego podpowiedzieć nie jest w stanie...  W końcu trafiamy do jakieś cukierni, gdzie kupujemy coś co zastąpić nam musi normalny posiłek - Ela jakieś obwarzanki a ja coś na pikantnie - co zresztą wcale pikantne nie było, ale dawało cebulą na kilometr. Generalnie porażka.

Na powrocie spotykamy się z policjantami - od razu łapią że rowerzyści i choć ruch wstrzymany to wpuszczają nas na trasę dojazdową do mety, w sumie to wyglądamy jak  zawodnicy, więc mogli nas wziąć za "zbłąkane duszyczki" ;)

Tak kończyć przed kobietą... ja wiem czy wypada? ;)

Oczywiście nasz wjazd nie uszedł czujności Leszka - zostajemy obwołani, wymienieni, wychwaleni i wyżartowani... znów na moment stajemy się celebrytami ;)

Wkrótce zaczynają się finisze, pierwsi na metach są oczywiście zawodnicy półzawodowych grup sportowych, a potem zjeżdżają zwykli amatorzy...


Ania na mecie!

Wiesław!

Potem już tylko oczekiwanie na wyniki, podliczanie czasów, klasyfikacje wiekowe itd. Napiszę Wam szczerze - szkoda że nie wystartowałem w swojej kategorii wiekowej miał bym pierwsze miejsce! Tak samo Ela.

Odpoczynek, omówienie startu, przeżycia, radość, duma... wszystko co związane jest z takimi przygodami. Potem Ania z Wieśkiem pakują się na samochód a Ela i ja wracamy na rowerach...

I tu zaczynają dziać się cuda... Deszcz łapie nas kilometr za Dąbrową Tarnowską... w kilka sekund jesteśmy przelani na wylot, ściana wody sprawia że jedziemy bardziej na wyczucie, niż na znajomość trasy. Jakaś kobieta, dobra, mądra ale niezbyt znająca realia, zaprasza nas pod dach... tyle że teraz to już i tak bez znaczenia, a stojąc tylko byśmy wychłodzili mięśnie, już lepiej jechać. Ale to nic... zmoknąć raz każdemu można - ale wyobraźcie sobie że od tego dnia przez miesiąc ANI RAZU nie wracaliśmy do domów inaczej niż mokrzy... jednakże to jest oczywiście temat na całkiem osobne opowieści... więc zapraszam na kolejne.

czwartek, 2 lipca 2020

Eno Velo - czyli jak Korba winnice odwiedzała.

Czy region tarnowski kojarzony jest z winnicami? Szczerze mówiąc... nie! Ale wiecie stan zastany zawsze można zmienić! Nie zawsze warto, niekiedy wręcz nie wolno, ale jeśli wolno i ma to sens wtedy wręcz... trzeba!
Takim stanem zastanym jest niska świadomość bogactwa tradycji winiarskich naszego regionu, i trzeba by ten fakt zmienić.
Tarnowska Korba postanowiła się do tego zbożnego dzieła przyczynić. Bo wiecie w okolicach Tarnowa winnice zakładane są już od wielu lat, i od wielu lat trwa akcja by to zjawisko wypromować. Robią to Tarnowska Organizacja Turystyczna, czy Centrum Produktu Lokalnego, robią to dobrze, ale zawsze można robić to jeszcze lepiej! Tym bardziej że te lokacje są bardzo atrakcyjne dla turysty rowerowego, dojazd do nich wymaga nieco wysiłku, ale za to mamy w oferują prócz wspaniałego wina i ciekawych winiarskich opowieści także cudowne widoki i całą masę innych wartych zobaczenie miejsc po drodze. Chociażby cmentarzy z I wojny światowej, miejsc związanych z działalnością partyzantów w czasie II wojny, zabytków sakralnych, a nawet reliktów starej drewnianej zabudowy. Każde z tych miejsc jeśli nie jest się pasjonatem, może w pojedynkę nie stanowić wystarczającej zachęty do przyjazdu, ale wszystkie na raz połączone z rowerową przygodą - to może i powinno wypalić! 

Mamy kilka tras już gotowych, kilka dopiero szykujemy, ba mamy nawet opcje alternatywne dla tych samych tras! czemu? A to proste, bo zdajemy sobie sprawę że nie każdy wszędzie wjedzie, niektórzy będą potrzebowali więcej czasu, na pewno kilka osób będzie pchało rower pod górę itd. To normalne. Ale wtedy trzeba z niektórych miejsc zrezygnować, bo inaczej wycieczka przerodzi się w całodzienny maraton, a nie o to wszak chodzi. Chodzi o dobrą zabawę, promocję regionu i ciut historii "sprzedawanej" mimochodem ;)

Na jedną zapraszam teraz:





Było sielsko - przejazd przez Nowodworze

było górzyście - Lubinka

Nikt nie wymagał heroizmu - podjazd pod Lubinkę

Mijaliśmy ślady historii - zapewniam Wa że jest ich znacznie więcej.
tu cmentarz wojenny nr - 191


I wchodzili na wieżę widokową w Dąbrowce Szczepanowskiej

By cieszyć oczy widokami


a radość z wiader pić ;)

Piękne pośród piękna

Zwiedzanie winnicy "Dąbrówka"

I pora na małą degustację

Tudzież zdjęcie naszej ekipy

A potem znów w drogę

Następny cel - winnica Zadora

Wielce intrygujące

Cieszymy oczy widokami z "Zadory"

choć podejście nie jest lekkie


Ale za to prelekcja przy poczęstunku, wyjaśnia nam wiele.

Bo "Zadora" to herb rodu Chrząstowskich i na terenie winnicy dworskiej dzisiejsza "Zadora" została reaktywowana.  Obecnie liczy 10 tysięcy krzewów a właściciele myślą o powiększeniu plantacji. O zwyczajach, czy zasadach picia wina, o tym co winem jest a co nie jest nawet jeśli tak zostało nazwane (nader ciekawa historia która odbiera smak na dyskontowe "wina", efekt działania fabryk, a wzbudza ochotę na poznanie tych prawdziwych szlachetnych owoców pracy winiarzy), o tym też nam opowiadano - ale wiecie... ja to zachowam dla siebie - chcecie wiedzieć? Przyjedzcie, skosztujcie, porozmawiajcie, warto!


W "Zadorze" dopadła nas burza.
Co wszakże ani przykre nie  było, ani straszne - bo w takim miejscu i z takimi gawędziarzami, czas i okoliczności przyrody postrzegane są zupełnie inaczej.

Cóż trochę żal było opuszczać krainę winnic, na pewno jeszcze nie raz wrócimy tu znów... a Wy możecie zabrać się z nami...





sobota, 27 czerwca 2020

Beskid Niski sercu bliski

Hasło jak hasło, prosta rymowanka, a jednak... Jednak coś w tym jest, jakaś większa głębia. Bo Beskid Niski to w zasadzie tylko wymarłe wioski, których jedynym śladem są symboliczne drzwi, tablice i czasami opuszczone cmentarze gdzieś w krzakach, bez nowych pochówków. Jakieś zaszyte  lasach osady i kilka niewielkim miasteczek, prawie bez infrastruktury turystycznej. Dla klasycznego turysty mało ciekawe miejsce, dla wczasowicza po prostu piekło. Z drugiej strony dla włóczęgów, poszukiwaczy przygód, poetów i ludzi szukających odosobnienia i zadumy miejsce wprost wymarzone.

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do Beskidu Niskiego a powiem Ci kim jesteś.

Nam bazę w Kotani w Ośrodku Szkoleniowo-Rekreacyjnym Diecezji Rzeszowskiej załatwiła Kasia, znaczy załatwiła - znała go od dawna i uznała że przypadnie nam do gustu. Dobra, mądra Kasia. Nie mogła lepiej trafić.  Atmosfera schroniskowa, ale bez schroniskowej ciasnoty, duży teren, świetne zaplecze kuchenne do tego koty i... konie swobodnie chadzające po terenie! Ludzie tak wygląda przedsionek raju... dla włóczęgi - bo dla wczasowicza to przedsionek piekła...

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do takiego ośrodka a powiem Ci kim jesteś.

Dwa dni ostrej jazdy na rowerach, dwa wieczory zabawy przy ognisku. Asfalt, szuter, przeprawy w bród przez liczne rzeczki i potoki, podjazdy, zjazdy, lasy, łąki, poletka, zdziczałe sady, opuszczone cmentarze, łemkowskie krzyże, kapliczki z których wysiedlana ludność zdołała zabrać figury święte czy obrazy, bo całych kapliczek zabrać ze sobą nie była w stanie, drzwi do nie istniejących już wiosek, cerkwie, drewniane kościoły i... błoto. Dużo błota

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do błota a powiem Ci kim jesteś.

Dorośli ludzie którzy bawią się jak dzieci, radość pomimo zmęczenia, szczęście pomimo bólu, entuzjazm pomimo deszczu, gorące serca pomimo chłodu i głód przygód pomimo głodu fizycznego, bo kto by sobie głowę zaprzątał że Wiesiek ugotował cały gar żurku? Nie ma kiedy jeść, jest tak wiele do przeżycia.

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do głodu a powiem Ci kim jesteś.

Przyjazd, kawa, sprzęt i w trasę... Po to tu jesteśmy

Prowadzi Kasia. Tereny częściowo mi znane. W Hucie Polańskiej przecież nie raz na polu namiotowym bazowałem z PTTK Azoty i stamtąd szło się dopiero na szlak. Jeździłem tu także na rowerach... ale TRZYDZIEŚCI LAT TEMU!!!! Więc zasadniczo przeżywałem to chyba równie mocno jak ci którzy w Niskim byli po raz pierwszy.





Cerkiew św. Jana Złotoustego

Kościół p.w. Matki Bożej Częstochowskiej

Dostrzegacie różnicę? Słusznie ja też nie, to ten sam obiekt. i Tak jest dobrze - najwyższa pora by po tysiącu lat schizmy robić WSZYSTKO dla ekumenii, przynajmniej tam gdzie wiara jest autentyczna a różnice wynikają z miłości do Objawienia a nie z pychy i wiary w swoją mądrość. A tak właśnie jest z Prawosławiem, Unitami i Katolicyzmem. Pamiętam jak kiedyś tak zwyczajnie po katolicku przeżegnałem się w Grecji w monasterze i że było to przyjęte bardzo życzliwie i ze zrozumieniem, Tak samo we Lwowie czy w Wilnie. Na tej samej zasadzie nie mam nic do prawosławnych którzy chcieli by się modlić w moim kościółku.  W ogóle duchowość prawosławna jest mi bardzo bliska. Może więc najwyższa pora by iść i powiedzieć Franciszkowi kilka "ciepłych" słów, że wpierw pojednajmy się z Braćmi a dopiero potem szukajmy braci pośród wyznawców Proroka czy Tory.

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do Prawosławia a powiem Ci kim jesteś.


Kościół pod wezwaniem św. Jana z Dukli i św. Huberta

Jego też pamiętam, smutną, acz romantyczną ruinę, gdzieś tam w zarośniętym uboczu, kilometr od pola namiotowego - prowadziło się tam dziewczyny podczas rajdów PTTKowskich a okoliczności przyrody zazwyczaj ułatwiały nawijkę ;) Potem wiem że była odbudowa i konsekracja poprzedzona ogromnym  wysiłkiem wielu osób, no ale wtedy jako obrączkowany żonkoś siedziałem pod pantoflem mojej Pani a nie szlajałem się po błotach, polanach i lasach Beskidu Niskiego.

 
Kasia rządzi!



Cerkiew Przeniesienia Relikwii św. Mikołaja z Myr Licejskich do Bari


Takie rzeczy tylko w "Niskim"!


Odnawiane chyrze w Olchowcu

A potem wzdłuż Wiszni (rzeczka taka dla niezorientowanych) dolinką między Giłem, Berdziawą i Kieczorką (góry takie) jedziemy do Tylawy. Dobry solidny błotny chrzest i wiele brodów w bród branych. Ale w pewnym momencie nie możemy się oprzeć i...

Robimy sobie odpoczynek na łące.


Ciesząc oczy kukułkami (storczyki takie)



i widokami

Ale nic nie trwa wiecznie i ruszamy dalej.



Zjeżdżamy do Tylawy

Parafia Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Z tym wezwaniem to jest spory kłopot, odnoszę wrażenie że zostało nadane na złość Prawosławnym (którzy wniebowzięcia nie uznają, uznają zaś "zaśnięcie" Matki Bożej). W ogóle BARDZO ciekawy obiekt bo to dawna cerkiew greckokatolicka z 1787, rozbudowana w 1879.  Gdy był cerkwią nosił wezwanie - Narodzenia NMP. Po schizmie tylawskiej (kocham schizmy...) przejęty został przez Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny. Kościołem katolickim stał się dopiero po II Wojnie Światowej i wtedy otrzymał to wezwanie.
Obecnie zdaje się służy dwóm wyznaniom.

W Tylawie na zabawie...


Deszcz idzie

No i zmokliśmy... standard - no jak tu nie moknąć kiedy pada? Trzeba zmoknąć! Zmoknięcie jest częścią rytuału, "mięsem" (kto czytał Jacka Londona, konkretnie tytuł Bellew Zawierucha, ten wie, kto nie czytał... niech przeczyta, warto). Zmoknięcie na szlaku jest ok, jest konieczne i wartościowe, uczy pokory, ale pokazuje też  co naprawdę jest ważne. gdy moknie cała grupa jest jeszcze dodatkowy aspekt, to taka próba czy możemy na siebie liczyć.

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do zmoknięcia na szlaku a powiem Ci kim jesteś.


Do Ośrodka w Kotani docieramy szybko i sprawnie. Naprawdę oferuje on REWELACYJNE warunki dla takich grup jak nasza. Duża sala do której możemy wprowadzić rowery, gdzie możemy rozwiesić kurtki i peleryny. Przestronne pokoje w których suszymy resztę odzieży i obszerna kuchnia służąca nam teraz za jadalnię w której pochłanialiśmy wieśkowy żur, popijając go kawą i piwem... A co  nie można?

A wieczorem ognisko, kiełbaski, muzyka (z laptopa ale zawsze), piwo, wino i inne trunki

był by grzech nie wypić skoro były takie warunki...

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do trunków a powiem Ci kim jesteś.


Od miesięcy nie spałem już tak spokojnie i dobrze jak tamtej nocy...

Rano kac - nieunikniony mściciel dobrej zabawy, anankastyczny oprawca, nasłany przez Erynie, przy szyderczym chichocie Nemezis...

Rano też dojeżdża zaprzyjaźniona Grybowska Grupa Rowerowa. Chłopaki są świetnie przygotowani kondycyjnie i merytorycznie, znają szlaki na pamięć i sprawnie nawigują pomiędzy nimi, tak by dostarczyć nam maksimum wrażeń i przeżyć... o tak przeżyć to... o nic innego już się wtedy nie modliłem...
Podziwiam Kasię, świeża, tryskająca energią, uśmiechnięta... A przecież wczoraj balowała równo z wszystkimi,

Wyjeżdżamy w deszczu - wczoraj w deszczu wróciliśmy, dziś wyjeżdżamy... jakoś mnie to nie martwi, prawdę powiedziawszy nawet wizję rychłej dekapitacji uznał bym za formę humanitarnej terapii przeciwbólowej ;)

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do kaca a powiem Ci kim jesteś.

Oczywiście błądzę, waląc na Ożenną (o której słyszałem że jest w planach, aczkolwiek nie usłyszałem na początku czy na końcu... ) - jak bym się nie zatrzymał do obfotografowania kapliczki (a zdjęcia i tak nie wyszły z racji na zachlapany obiektyw) to bym widział że skręcili, ale myślałem że pojechali prosto, więc z całej pary za nimi i wiecie co? Im szybciej jechałem, tym bardziej ich nie było... takie wariacje na temat problematu Kubusia Puchatka (kto czytał ten wie, kto nie czytał, niech przeczyta  - warto)

Dopiero przed krzyżówką na trasie do Ożennej, dopada mnie telefon Kasi - jednak to łączność jednostronna - nic Jej nie słyszę, melduję więc zgodnie z prawdą, że kręcę jak głupi do Ożennej i żeby zwolnili... Za kilka sekund otrzymuję sms żebym wracał i że Rafał już po mnie jedzie - cóż robić wracam - trochę kilometrów ekstra.


Rafał to ten w środku - szalenie honorowy człowiek!
Kwintesencja tego co w kolarstwie amatorskim najlepsze.

A czekają na mnie... (boją się żebym znowu gdzieś nie zawinął ;) ) bo fotografuję właśnie tę figurę.

Mam swoistego hopla na tle "św. Rodzin" w przydrożnych przedstawieniach figuralnych, ale nie tylko, także "nietypowi" święci, lub stojący w nietypowych miejscach, budzą moje zainteresowanie na przykład "Nepomuk" w środku lasu, św. Izydor w mieście, albo św Florian pośród pól...

Drzwi do nieistniejącego już świata

I znów muszę napisać kilka bolesnych słów, wiem że narobię sobie wrogów, ale trudno - jestem weredykiem. Dziś Łemkowie skarżą się na swój los, podnoszą kwestię wysiedleń, kreują się na ofiary... Tak to prawda - wysiedlenie zawsze jest krzywdą, zwłaszcza wysiedlenie siłowe, pod kolbami wojsk z KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego - ale o nich napiszę kiedy indziej, tym bardziej że jednego z nich znałem osobiście i to co mi opowiadał... no ale to zupełnie inna historia).
Ale jest też i druga strona tego medalu, Łemkowie to nie byli tacy podlascy "tutejsi" - Łemkowie byli świadom swojej odrębności, ich język się różnił, różniły się zwyczaje, ale najbardziej różniły się wyznania i litery! Dlatego zawsze gdy przychodziły wojska ze wschodu, czy to w czasie Konfederacji Barskiej, czy w czasie I wojny światowej ludność miejscowa Łemkowie, Rusacy zawsze byli bardziej lojalni wobec tamtych. I to nie tak że ja ich oskarżam o zdradę! broń Panie Boże! Nie tymi kryteriami się kieruję. Ale żądam zrozumienia dla Konfederatów za niechęć i represje wobec ludności łemkowskiej skoro to właśnie ona służyła oddziałom rosyjskim za przewodników, to ona wystawiała ukrywające się pododdziały konfederackie moskalom na odstrzał. Domagam się zrozumienia dla Austro-Węgier. Talerhof nie był obozem koncentracyjnym, nie był miejscem kaźni, był obozem internowana, dla ludzi którym władze nie mogły ufać. Dokładnie tak samo było po II Wojnie. Władze PRL nie mogły tym ludziom ufać, nie wiem jak udało się przekonać Stalina do takiego planu, ale jakoś się udało, bo nie sądzę by cokolwiek ważono się przedsięwziąć bez jego aprobaty, i Łemków przesiedlono. I na koniec gorzka piguła - nie wysiedlono ich na dzicz, otrzymali, bogate gospodarstwa poniemieckie, nadano im żyzną ziemię i dobrze utrzymane domy. Nie wyrządzono im krzywdy. Niektórzy wyrządzili ją sobie sami, wierząc w miraż ukraińskiego raju... ale to już nie jest temat tych rozważań.


Cmentarz wojenny nr 53 – Czarne

Takie klimatyczne cmentarze projektował  Dušan Jurkovič



Pomnik św. kapłana Maksyma Sandowycza i ofiar obozu w Talerhofie,
mi pozostaje mieć nadzieję że pamiętacie to co napisałem wyżej.

Kasia twierdzi że sam Sandowycz jest podobny do Leonardo Di Caprio - w ogolę z  tym nazwiskiem to cała epopeja, bo wyrzuciliśmy z siebie nazwiska połowy Hollywoodu a tego jednego nikt nie mógł sobie przypomnieć. Ba nikt nie mógł sobie nawet przypomnieć filmu w którym grał. Dopiero metodą odległych skojarzeń udało się dojść do tytułu filmu a potem do aktora. I faktycznie, ładna uduchowiona młoda twarz, Kasia ma dobry gust.








Krzywa - cerkiew p.w. Niepokalanego poczęcia NMP

Wszystkie zdjęcia powyżej aż do pomnika Sandowycza także.


Tu w Krzywej zjeżdżamy się z resztą ekipy, która szalała nieco innymi szlakami. Dalej już jedziemy razem. wreszcie stado zebrane do kupy.

standardowa metoda pokonywania rzek

Początkowo zdejmowaliśmy buty, potem doszliśmy do wniosku że to absurdalnie bezsensowne i po prostu braliśmy rzeki z marszu - co poniektórzy także wykorzystywali brody by obyć rowery z błota - powiedzmy sobie szczerze - to równie skuteczne jak wyłapywanie pcheł do spodeczka...

Powiedz mi jki jest twój stosunek do pcheł a powiem Ci kim jesteś 


Długie - cmentarz


Cmentarz wojenny nr 44 – Długie

A potem wkręcamy się w asfalt. Poranne deszcze ustąpiły miejsca pięknemu słońcu, po mgłach nie zostało ani jęzorka, otwarły się przestrzenie - w sumie bym teraz konał gdybym był w mieście - ale tu na otwartych przestrzeniach Beskidu, gdzie szaleje wiatr i gdzie nigdy słońce nie podniesie dusznego oparu czułem się dobrze - naprawdę dobrze.


Pacutova - no taka górka na Słowacji jakieś 650 mnpm

O ile dobrze rozumiemy tę tablicę w Ciechanii

A potem gdzieś na łące, w samym sercu Magurskiego Parku Narodowego siedzimy sobie z Kasią na łące, znaczy siedzimy na kłodach, ale kłody są na łące, to tak dodaję w razie gdyby się tu jakiś purysta czepliwy przyczaił. No więc sobie siedzimy, popijamy piwo, resztki kaca wypłukiwane z żył lądują gdzieś w nerkach gdzie już nie mają wiele do powiedzenie, i czekają na ekstradycję.  Nawet nie gadamy, po prostu jesteśmy... mówię Wam czegoś takiego nie zaznacie nigdzie indziej.

cmentarz pod Kiczerą

Koło żarnowe na cmentarzu... kto zna symbolikę?

Ja znam, ale nie jestem pewien czy informacje które zasłyszałem są wiarygodne, dlatego chętnie poznam i inne poglądy na ten temat, a może ktoś zna jakieś wiarygodne opracowanie? Byłbym wdzięczny.

Krępna i zapora na Wisłoce




K&K
Kto rozezna skrót ma u mnie piwo... albo kawę jeśli od piwa stroni.

I cóż dalej?

Piękny Beskidzki wieczór, kawa z przyjaciółmi, jeść się nawet nie chce... (ludzie co myśmy żarcia nawieźli z powrotem do domów!) Grybów wraca - szkoda, będziemy tęsknić, dobrzy ludzie, silni, fajni, weseli, świetnie znający teren!
Rozmowy, potem jakieś piwo, i znowu rozmowy, dobre, ciepłe, takie rozmowy z krainy Ciszaków  (kto był na Jamnej w Krainie łagodności ten wie, kto nie był... no wiecie sami) - nic nie trzeba, jest zmęczenie, jest radość, endorfiny koją ból, adrenalina poszła spać, oksytocyna sprawia że tuliło by się do serca cały świat. Dobry piękny wieczór, w dobrej pięknej krainie i dobrym, pięknym miejscu, w towarzystwie dobrych, pięknych ludzi...

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do ciszy a powiem Ci kim jesteś.

A rano? No cóż znów piękny spokojny sen, wesoły poranek, kawa, śniadanie i niestety myśl że trzeba wracać... ale powiem Wam że od dawna nie wracałem w takim poczuciu... sytości! Serio opuściliśmy tysiąc miejsc, gdzie warto było by zaglądnąć, nie zrobiłem tysiąca zdjęć obiektów i ich detali które bym normalnie zrobił, a mimo wszystko czuję sytość, czuję spełnienie, jest dobrze. Beskid Niski to magiczna kraina.

Trwa kombinatorystyka - ja biorę rowery Kasi i Agnieszki i z nimi przez Rzeszów i jakąś taką miejscowość... Srogiryż czy lutakasza - diabli raczą rozeznać... wracam do domu. Mój rower biorą Ela ze Staszkiem i jakoś wszyscy szczęśliwie - aczkolwiek nie od razu - bo co poniektórych to jeszcze na jeziorka duszatyńskie wywlokło, wracamy do domów...

Powiedz mi jaki jest twój stosunek do powrotów do domu a powiem Ci kim jesteś.