środa, 18 listopada 2020

Z wizytą u Kniazia Laborca.

Ale jaja - skrypt Bloggera nie poprzestawiał mi zdjęć! Jestem w lekkim szoku! Z drugiej strony nie bardzo mogę je teraz porozsuwać, by zrobić miejsce na tekst, gdyż za każdym razem przerzuca mnie na koniec strony... Ale dobrze że choć nie muszę ich układać. Ogólnie rzecz ujmując bywało gorzej ;) 

 
Tak w ogóle - to jest kicha z bułą, albo klops z jajami - Za dużo wyjazdów, za mało czasu, pamięć się zaciera, notatki gdzieś gubią - zostają zdjęcia, zapisy na Traseo - na gorąco robione komentarze na fejsie i instagramie... mało, żeby stworzyć z tego barwną opowieść. Z drugiej strony mam świadomość, że jeśli teraz nie opiszę, tylko będę skupiał się na aktualnościach, to pewnie już nie opiszę tego nigdy. A chyba jednak było by szkoda.

Akcję organizuje Grybowska Grupa Rowerowa i kilka osób z okolic Nowego Sącza. Naprawdę silna ekipa, tak merytorycznie, jak i turystycznym doświadczeniem. Do tego baza w miejscu będącym autentycznym "końcem świata"  - mieszkamy w ostatnim domu, potem przez wiele kilometrów aż do Słowacji nie ma praktycznie nic, poza reliktami dawnych wiosek, nielicznymi pamiątkowymi tablicami, kapliczkami i krzyżami przydrożnymi, cieniutkimi ścieżkami lub zarastającymi drogami gruntowymi. No mówię "koniec świata". Ale jeśli już ktoś musi wiedzieć konkretnie to jest to Lipowiec.

Ale za to dużo jest: błota, paryj, krzaczorów, kamorów, korzeni, kałuż - a propos... jak w nomenklaturze wojskowej nazywa się kałuża? Odpowiedź na końcu posta* Ale pokombinujcie nim doczytacie.
 

Kamień nad Jaśliskami - w skrócie Kamień 857 m.n.p.m. Tak - uprzedzę pytanie pewniej osoby - Kamień JEST w koronie Beskidu Niskiego! 


A potem już na Słowacji jedziemy szlakiem cmentarzy wojennych. Całkiem inne niż nasze. Ciekawa historia - ale to kwestia granic historycznych. W czasie I wojny, te tereny należały do Węgier i to ich służby zajmowały się organizacją pochówków. Potem zadanie to przejęły nowo powstające służby państwa Czecho-Słowackiego. Dlatego też cmentarze te są znacznie skromniejsze ale mimo wszystko dobrze i rzetelnie opisane. 



Tego chyba opisywać nie trzeba - z drugiej strony - kładka którą widzicie  na środkowym zdjęciu prowadzić ma nad młakami - ale młaki wyschły! Pomimo wiosennych deszczy poziom wód gruntowych wcale się wiele nie podniósł - moglibyśmy spokojnie przejechać po łące. Tyle że kładka to jednak atrakcja i chyba nie chcemy z niej rezygnować. A jeśli ktoś się dziwi jak to jest że zajechaliśmy na Słowację, a potem jesteśmy u źródeł Jasiołki to odpowiem, że to cały czas szlak graniczny. 

Ale teraz już na serio zmierzamy wprost do "serca" Preszowskiego Kraju, Okręgu Medzilaborce - do miasteczka o nazwie Habura. 




A trasy które nas tam wiodą są malownicze wielce


I ciekawe niemało

i widokowe

A to już sama Habura

Na zdjęciu tego nie widać, ale stoję na moście. Pode mną rwie rzeczka o nazwie Haburka, a we mnie kipią myśli czy SDM śpiewając o "bruklińskim moście" nie mieli przypadkiem na myśli tego... 


Oto co czynią znajomości - teoretycznie wszystko zamknięte ale... ale jeden z naszych przewodników, prowadzi nas do swoich znajomych którzy tu mają pensjonat, a ci podejmują nas piwem i kofolą - oczywiście nieoficjalnie - zatem nazwy miejsca nie podam. 

Błoto mnie lubi... 

Fajne było się napiwnić i nakofolić, ale jednak idziemy w odwiedziny do kniazia Laborca. 
Jeśli ktoś skojarzył Laborec i Medzilaborec ... no to już wie że coś jest na rzeczy. 

A sam kniaź, to taki lokalny watażka - coś jak nasz Piast Kołodziej - na poły legendarna, na poły historycznie przekłamana postać. Wiadomo że ktoś taki istnieć musiał - bo taka jest logika historii gdy struktury plemienne, powoli przekształcają się w małe, a potem sklejają w większe organizmy państwowe - ale reszta to już domysły. Dla Rusinów postać ważna ale chyba bardziej jako asumpt do roszczeń historycznych, bo w rzeczywistości przecież żadnego państwa nie stworzył. 

Za to widoki u kniazia niesamowite, a i sama statua robi wrażenie. 


Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy - uwaga to replika - fakt że świetnie wykonana - starej cerkwi

My jedziemy sobie dalej mijając Czerteżne  i w pewnym momencie wracamy na tereny Rzeczypospolitej Polskiej. Do tego jakże niezwykłego powrotu wykorzystujemy przełęcz Beskid nad Czeremchą - 571 m.n.p.m.

Gdzie znajdujemy taki oto symboliczny punkt graniczny

A nawet wiatkę dla zdrożonych przemytników... tylko co tu przemycać? Skoro i tu i tam ta sama unijna drożyzna?


Słuchajcie jaki tam jest zajefajny bród!!! Normalnie odlot, kilka razy przejeżdżałem go tam i na zad, dla samej radości. Zresztą tuż obok naszej bazy w Jaśliskach też były brody i mostki. Jak myślicie którędy jeździłem?

Przed nami znów pola, i znów las i... trzask! Staszkowi jakiś badyl wkręcił się w przerzutkę - urwało hak i zmasakrowało całe ramię przerzutnika - uwierzcie że gdybyście chcieli taką awarię wywołać, to raczej by się Wam nie udało! Dawno już nie spotkałem się z tak pechową sytuacją.
No cóż. Staszek wraca - szczęściem w tym pechu jest to że do bazy mamy stosunkowo niedaleko i praktycznie cały czas z górki, Ela i ja razem z Nim. Reszta jedzie dalej - trudno zazdrościmy przygody, ale Korba trzyma się razem. 

Trudno jest rozstawać się z takimi krajobrazami! 

No nic, szybki prysznic, przebiórka i jedziemy pozwiedzać Jaśliska, wszak tu kręcono część scen "Wina truskawkowego".

 I wiecie jaki pech?! Akurat to zdjęcie z tamtą sceną całkiem mi się zepsuło - jakiś błąd pamięci przy zapisie i same piksele wyszły.
Trudno, ale akurat gdy tu jesteśmy to zjeżdża reszta ekipy i pędzi w kierunku Lipowca - no cóż jedziemy za nimi!

A wiecie co jest na tym zdjęciu? Część z Was powie że rzeczka... racja, część sprawdzi sobie na mapie i rzuci Bielcza i to także będzie prawda! Ale tak naprawdę to na zdjęciu jest głęboko (dosłownie i w przenośni) zakamuflowany SON czyli Schowek Ostatniej Nadziei, wykonany w głębi zimnego nurtu z kamieni rzecznych silos,  zawierający cztery piwa! Czujecie to?! CZTERY ZIMNE PIWA z głębi nurtu zimnej, górskiej rzeczki... W obliczu syndromu dna następnego... BEZCENNE!

A potem
 

KOLACJA!!!! 
Trzeba przyznać, naprawdę dobra! 


I ognisko integracyjne - nie dotrwałem do końca (podobno burzliwego, gdyż jakaś osoba ewidentnie z syndromem niedowartościowanej księżniczki, w dość niewybredny sposób rozgoniła towarzystwo) - fakt że był to wyjazd, prościutko po mojej drugiej nocnej zmianie, spowodował u mnie szybki napad senności, całkiem nieadekwatny do iloci wypitego alkoholu. 
 
A na drugi dzień...
a to sobie przeczytacie w następnym poście! 

* to: "Akwen wodny o znikomym znaczeniu taktycznym" ;)

wtorek, 10 listopada 2020

W poszukiwaniu bezludnej wyspy, czyli - rodzinnie na pontonie.

Byłem już solo na kajaku, byłem z Bikersami, byłem z Aneczką i byłem z Miłoszem, byliśmy z chłopcami na pontonie, no to pora z Aneczką i chłopcami na pontonie. I to z jakimi chłopcami. Mikołaj z nami  nie płynie, ale za to płynie Bartosz! Jak dla mnie dodatkowe wyzwanie.



To ju drugie podejście do tej przygody, wcześniejsze zmyło się w deszczu. Szkoda, ale trudno, ja nie rezygnuję nigdy, a z tego co zdążyłem już Anię poznać, Ona też nie ma w zwyczaju  odpuszczać. Za tydzień, pogoda jest idealna, nie za gorąco, słonecznie, lekka bryza...jedziemy do Chorwacji... Znaczy do Jurkowa i na "Chorwację" - pisałem o miejscu już kilka razy, nie ma sensu więcej.
Papierologia, szkolenie - to także już opisywałem i w końcu... płyniemy! 


Spływ jest popołudniowy i tak dobrze że udało mi się na zasadzie starego stałego klienta załatwić ponton i transport - bo akurat weekend i akurat piękna pogoda i akurat duże obłożenie i akurat wcześniej z różnych przyczyn odwoływałem, rezerwowałem i znów odwoływałem... Szaleństwo było! Ale było i się przebyło - a wspomnienia pozostają! Trzeba walczyć do skutku... pozytywnego skutku! 



Za to jednak nie musimy się śpieszyć! W przeciwieństwie do spływu z Mikołajem i Miłoszem, mamy dość czasu, by sobie rozpalić ognisko, na kuchence ugotować kawę, pobawić się na kamieńcu. Ba nawet przybijamy do bezludnej wyspy i bierzemy ją w posiadanie!  Jest czas porzucać kamieniami, potrenować używanie krzesiwa, pogadać trochę o metodach survivalowych. Dużo czasu jest. Lecz przede wszystkim jest to czas dla nas! Żeby sobie pobyć razem. 


Pomysł z wykorzystaniem pontonu jako szałasu/wiatro i słońcochronu jest mój autorski - nigdy wcześniej nie widziałem tego patentu - ale wpadłem na niego nie wtedy, ani nawet nie wtedy gdy płynąłem z Mikołajem i Miłoszem - wpadłem nań wiele lat wcześniej, w całkiem innych okolicznościach. 

 

Jako sternik tej jednostki muszę kolejny raz wyrazić zachwyt załogą -  mimo że w tym składzie płyniemy pierwszy raz, to nie dochodzi do żadnych wypadków, najmniejszych nieporozumień, wszyscy są odpowiedzialni i wykonują polecenia. Szczególne wyrazy uznania dla Bartosza - bo był najmłodszy w ekipie, a zachowywał się jak dojrzały wodniak! Brawa Chłopie! 

A tak wyglądamy z perspektywy ryby.

 Ognisko płonie, kiełbaski skwierczą, kawa już się dopija... fajnie - ale niestety wszystko ma swój kres. Musimy płynąć dalej - daleko  nie mamy, w końcu to ostatni spływ tego dnia, więc tylko do Zakliczyna. Tam zdajemy sprzęt. i piechotą idziemy na autokar - tu niestety trochę żółci muszę na organizatorów wylać - ja rozumiem wszystko, ale niektórzy spływowicze JUŻ czekali na transport gdy z Jurkowa wypływały kolejne kajaki. Tak się nie robi! Dwie godziny czekania na transport jest trudne do akceptacji


Takie "drobne" memento - Tablica "Uwaga Wiry" a na kamieniach postawione znicze... pewnie się domyślacie co oznaczają - takich miejsc w czasie naszego spływu były trzy... Trzy osoby zginęły w nurtach Dunajca, tylko na tym odcinku i tylko w ciągu dwóch tygodni!
Pamiętajcie - z Dunajcem żartów nie ma!


ps. Po tym spływie na mapach Googli przybył nowy punkt - ciekawe czy znajdziecie? Stawiam kawę za poprawną odpowiedź.