środa, 11 lipca 2018

Tatry - dzień drugi. Wyżej chmur

W nocy przyszła burza, błyskało, grzmiało dudniło echem po dolinie. Mało z tego słyszeliśmy, odsypiając pracę, dojazd i marsz. Gorzej było z kaszlem - jednemu z nas odnowiły się oskrzela, dwa dni przed wypadem skończył brać antybiotyki. Twardziel. Górskie powietrze mu nie zaszkodzi - to nie był nawrót choroby, ale zadziałało ono jak silna dawka syropu wykrztuśnego. Sam zresztą często stosuję metodę podobną - słysząc że coś mi w oskrzelach "świszczy" siadam na rower, albo idę na wytężony marsz i stosunkowo szybko następuje akcja odkaszliwania po czym drogi oddechowe stają się czyste i przewiewne. 

Za nocleg płacimy już wieczorem, w sumie to fajnie wyszło, mieliśmy rezerwacje do "siódemki", dostaliśmy czwórkę (bo pierwotnie planowaliśmy wypad w czterech), ale dokooptowali nam chłopaka i było taniej. 

Pobudka o piątej - w zasadzie nawet nie pobudka bo sami od siebie obudziliśmy się znacznie wcześniej. Po prostu wstajemy. W miarę możliwości cicho... istnieje szansa że udało nam się nie obudzić ludzi śpiących w schronisku nad Morskim Okiem ;-). Ból jest i to potężny, kuchnię schroniskową otwierają o ósmej, u GOPRowców nie mam czelności sępić kawy na krzywy ryj, a swoich utensyliów nie wziąłem. Muszę liczyć że adrenalina zastąpi mi kofeinę i to aż do Murowańca! 

Z racji braku kawy wychodzimy już o wpół do szóstej.  W zasadzie nawet wcześniej, bo po dziesięciu minutach jesteśmy umyci, opluskani, "załatwieni" i ubrani - pamiętajcie, pracujemy razem, więc system wzajemnych podmian mamy dopracowany do perfekcji (jeden sika, jeden się kąpię, jeden myje zęby nad umywalką, potem zmiana... zero przestoju). Szybkie śniadanie na werandzie, rozmowa z ratownikiem, standardowe uwagi - jak jest, jak może być tam, gdzie idziemy, jakim szlakiem, co mamy ze sobą itp.
A potem już tylko wyjście w chmury. 

Śniadanie na werandzie

 i wyjście na szlak,

a potem już tylko marsz. Nieśpieszny, stonowany. Mamy plan maksimum, plan minimum i plany awaryjne. W razie załamania pogody możemy wrócić, lub przejść na stronę Gąsienicowej trzema różnymi drogami. Jak będzie zobaczymy na górze. Na razie z Piotrem stale zmieniamy się miejscami na czele żeby nie zgubić szlaku.

Powoli wychodzimy ponad poziom chmur. Robi się jaśniej, milej i wietrzniej. 
Czasami chmury przegania wiatr i wtedy np. możemy dostrzec Zadni.
Niestety nie trwa to wiecznie i wkrótce wlewa się w kar polodowcowy kolejna kaskada chmur, zakrywając powierzchnię stawu.

Z każdym krokiem otwierają się horyzonty

i perspektywy.

A to wciąż jeszcze nie jest najwyższy punkt na szlaku.
Radośnie oczekujemy wejścia na Zawrat i tam ocenimy co dalej.

Oj kusząco się robi, kusząco. Wytworzyła się taka kanapka, u góry chmury, na dole chmury a w środku akurat na wysokości która nas interesuje piękna pogoda, jeszcze trochę mży, nic to, już widać słońce i błękit nieba.  
 

Zawrat! (2159m.n.p.m)
I komitet powitalny.
Jednoosobowy co prawda, ale zawsze.
I niech Was wzrok nie myli, to nie kruk! To sęp! 
Od nas nie wysępia nic, nawet nie z szacunku dla przepisów TPNu ale po prostu nic nie mamy. 
Co innego trzech młodszych wędrowców którzy doganiają nas na Zawracie, oni mają jakieś kanapki, i dzielą się z sepem nimi... w nagrodę otrzymują pierwszeństwo przy odkryciu miejsca zdarzenia w rejonie Zamarłej Turni.

Zawrat - dla takich widoków warto się spocić, zmarznąć i zmoknąć. Wiele warto. 
 
Czas podjąć decyzję. Możemy schodzić do Gąsienicowej, dalej niebieskim szlakiem, ale możemy też zaatakować Orlą Perć - wszak dla niej tu jesteśmy. Nie możemy tylko iść na Świnicę, bo tam szlak zamknięty z powodu obrywu skalnego.

Przed wyruszeniem na Orlą.
Przed nami widać ostatniego z trzech wędrowców którzy dogonili nas na Zawracie, mają tak na oko po dwadzieścia lat mniej od nas (tudzież więcej niż dwadzieścia) i wielką potrzebę szybkiego pokonania grani. Jeden z nich przyznał mi się że jest tu po raz pierwszy... to tłumaczy wyrywność. 

Widzicie tę "kałużę" na dole? 
To Zmarzły Staw - circa about 450 metrów pod nami w pionie. 

A na nas czekają łańcuchy

półki 

klamry...

oraz widoki.
Doprawdy nie ma się gdzie śpieszyć.

Zamarła Turnia. 
Tam na szczycie Małego Koziego czekają na nas ci którzy poszli przodem, mają informację o znalezieniu czyiś rzeczy i ciała leżącego u jej stóp. Robimy z Piotrem rekonesans - faktycznie nie ma szans na pomoc, ani nie ma komu pomagać. Zostawiamy wiadomość dla następnych żeby niczego nie ruszali, zabezpieczamy rzeczy kamieniami przed wzmagającym się wiatrem i ruszamy dalej. GOPR i Policja już powiadomione - i tak nie wyobrażam tu sobie działań policyjnych. Najpewniej więc Prokuratura i Policja zabazują na raporcie Ratowników.
W mediach podano... "Wypadek podczas biwakowania" i niech tak już zostanie. 

Młodzi wydarli do przodu, my statecznie z tyłu.  
Podziwiamy niezwykłe formy skalne - Usiłuję Jarkowi wcisnąć kit, że ten kamień to taternicy ustawili żeby uczcić coś tam swojego - ale za inteligentny z niego facet, nie łapie się na kity ;-) 

Z dumą patrzymy na "niskopiennych" co to na Kasprowy wyciągnięci zostali i mówią że "w górach byli". A propos Kasprowego - widzicie go tam pomiędzy graniami? Tak - to stacja na jego czubku, śmiesznie mała prawda?

  Dla niedowiarków... zoom cyfrowy.

A my idziemy dalej.

Dumni...

Pewni siebie...

Do momentu w którym pojawia się myśl iż w głębi duszy to ja jednak jestem trekkerem nie taternikiem! 

I znów ta "kałuża" będąca Zamarzłym Stawem - 400 metrów pod nogami, które dziwnie miętkie się robią na tę myśl... 


Na koniec drabinka do Koziej Przełęczy.
Że wąska, to mały problem, że zimna to lekka niedogodność, ale że łączona i się chwieje jak by za chwilę miała odpaść od ściany, to już spory ból. 

W żlebie przychodzi czas na rozrachunek - dalej nie idziemy, schodzimy żółtym szlakiem z Koziej Przełęczy do Koziej Dolinki. Zaważyło kilka czynników - przede wszystkim rozsądek, nakazujący brać pod uwagę kondycję jednego z nas, poza tym chmury zaczynają sięgać coraz wyżej, robi się też zimno (na drugi dzień zobaczymy na kamerkach z Doliny Pięciu Stawów - piękny dywan świeżutkiego śniegu), dłonie boleśnie odczuwają kontakt z łańcuchami. 
Nie ma co ryzykować, chojrakować i szpanować, zbyt wielu ludzi stąd już nie zeszło. 

Pożegnanie z Orlą

I czas wejść znów w chmury. 
Tu koniec zdjęć, bo Marzenka złapała zasięg i kilkoma telefonami rozładowała mi baterię. Ale dobrze że mogę ją uspokoić - już schodzimy.

Murowaniec. 
Towarzystwo podobne do tego z Morskiego Oka - czyli w 85% nieciekawe, ale wreszcie mam kawę! Odsiadujemy tu chwilkę, dając odpocząć nogom po trasie, dojadamy jakieś resztki batoników i zwlekamy się w kierunku Kuźnic. 
To już ostanie zdjęcie z gór. Między mną a Piotrem; Giewont - a ta mała kropka pomiędzy Giewontem a nami to śmigłowiec GOPRu wracający z Doliny Pięciu Stawów z ciałem wspomnianego nieszczęśnika.  

Ostatni etap ten od Przełęczy Między Kopami - do Kuźnic to męka. Rozumiem progi antyerozyjne w Bieszczadach i w Beskidach - ale drogi brukowanej kamulcami dobieranymi tak by przypadkiem nie stworzyły razem kawałka równej powierzchni na którym można stanąć, niewygodnej, bolesnej dla stóp, która niczego nie chroni, nie stanowi żadnej atrakcji - nie rozumiem!!! Wystarczyły by znacznie tańsze progi wysypane tłuczniem. Tymczasem teraz ludzi rozdeptują pobocze tego traktu, szukając wygodnego sposobu przejścia tego odcinka, ślizgają się, klną i wloką niemiłosiernie...
Głupota w postaci kamiennej.
 Przez Kuźnice schodzimy pod krokwie a tam już czeka "Kianka" Piotra - Ładujemy się do wnętrza i ... znów muszę wyrazić dla Piotra podziw - mnie sen ścina prawie natychmiast, a on prowadzi kawał drogi do Tarnowa.
 





środa, 4 lipca 2018

Tatry - dzień pierwszy. Ceprostrada

Ceprostrada - cóż to takiego? Zapytacie. I rację mieć będziecie. To mało popularne określenie, albo inaczej, bardzo popularne ale pośród niewielkiej grupy ludzi. Rzecz jasna to określenie pogardliwe, odnoszące się do rzeszy ceprów przelewających się z doliny Morskiego Oka - do Doliny Pięciu Stawów Polskich, przez Szpiglasową Przełęcz - tu opis

Czy nam to przeszkadza? W najmniejszym stopniu! Osobiście wolę równie łatwy szlak przez Świstówkę  który otwiera panoramę na "całą Polskę", ale Tak zaplanował Piotr i dyskutował nie będę. 

Bo ta trasa jest w pełni Piotra trasą autorską - sam zaplanował, sam zrobił rezerwację, sam prowadził samochód - niesamowity facet. Wszystko bez jednego zacięcia, doskonała organizacja, przeliczenie czasu, drogi, ekwipunku, trasy alternatywne lub odwrotu przy załamaniu pogody. Jeśli wybierać się będziecie kiedyś w góry, to szukajcie kogoś takiego jak on - nie zawiedziecie się. 

Odpalamy zaraz po ostatniej nocnej zmianie - dzień wcześniej już wszystko spakowane tkwi w plecakach, ostatnie kontrole nie przynoszą nowych gadżetów koniecznych do zabrania (i tak zapomniałem niezbędnika). Jedziemy do Zakopanego. Piotr wybiera trasę przez Kraków i na "Zakopiankę", intuicja dobrze mu podpowiada, nie ma zatorów, jazda jest płynna i stosunkowo szybka, za to w drugą stronę zatory ciągną się bez mała pod Myślenice, obłęd. 

Przy okazji oglądamy sobie (komfort pasażera) prace które "wrą" na budowie "nowej  zakopianki".

Parkujemy pod krokwiami, miejsca jeszcze jest sporo, w weekend było by krucho o tej porze, ale jesteśmy "w środku tygodnia". Szybko łapiemy busa w czym pomagają stręczyciele (naganiacze - dla osób delikatniejszej skóry) i jedziemy do Palenicy Białczańskiej - dziesięć zeta nas to kosztuje od łebka!!! Niech im Bóg wybaczy... bo ja za cholerę nie jestem w stanie! 

Potem jeszcze tylko opłacić wejście do TPNu - kolejny raz przekonuję się że nie honorują karty PTTK'u - nie żebym był zdziwiony, bo wcześniej też nie honorowali - ale liczyłem na przyjemne zaskoczenie ;-). W zasadzie spokojnie bym mógł przestać opłacać składki - robię to tylko dla ubezpieczenia, znaczka i z sentymentu. 

Po zdarciu z nas skór, górale przestają się nami interesować, zostajemy tylko my, góry i setki turystów z obłąkaniem w oczach, nie wiedzących czy iść, czy abordażować fasiąg, czy może zawrócić, póki jeszcze można...? 

Ładujemy toboły na grzbiety i hajda na szlak. My wiemy, gdzie idziemy, jak idziemy, ile nas to będzie sił kosztowało,  generalnie, czujemy się w tym towarzystwie zgoła elitarnie, to co dla tamtych będzie celem, dla nas jest tylko wstępem.



Zobacz trasę w Traseo

Od Morskiego Oka do  Szpiglasowej wyłączył mi się zapis trasy (pewnie zbyt długo trwał okres bezruchu), musiałem potem edytować ręcznie.



Rozkładamy kije, poprawiamy plecaki i w drogę, nikt nas nie wyprzedza - no chyba że zatrzymujemy się by zrobić zdjęcia, ale to krótkotrwałe "wybryki". Reguła jest taka że my idziemy a oni zostają w tyle.
  

 Wpadam do środka, wbijam pieczątki w pięczętariusz, kupuję sobie wpinkę z Orlą Percią bo takiej jeszcze nie mam i gonię za kolegami, daleko nie muszę, czekają koło TojTojów, nie ma co romantyczne sobie miejsce wybrali na spotkanie, ale trudno. 

 Wodogrzmoty
 No coś tam ciurczy... trzeba by przyjechać wczesną wiosną na roztopy to faktycznie by grzmiało, teraz jeno dudni.

Po drodze mijamy wyładowującą się z fasiąga niemiecką wycieczkę. Przewodnik wrzeszczy na nich coś co w moich uszach brzmi jak alles zu mir ciule (ale moglem się przesłyszeć... wietrznie było) co oni skwapliwie z niemieckim ordnungiem realizują. 

Do schroniska docieramy po półtorej godzinie - pół godziny szybciej niż szlakowskazowy czas, nie jest źle. Niezła rozgrzewka.

W samym schronisku tłoczno, gęsto i klimat nie ten. Trochę sensownych ludzi, traktujących Morskie jak przystanek ale gross to wczasowicze. Wbijam pieczątkę i już by mnie tam nie było, gdyby nie koledzy, w sumie to co mi szkodzi sieknąć sobie kawusię, gdy oni będą uzupełniali płyny piwem? A swoją drogą kawusie w górskich schroniskach mają jeden ogromny dla mnie plus - nie wiem czy zwróciliście uwagę - nie chodzi o smak, aromat itp. chodzi o to że oni tam stale mają gar z wrzątkiem i na kawę się po prostu nie czeka. Wyskakuję z sześciu zeta i już mam dymiąca filiżanę w łapkach. 
Do kawusi zagryzam przyniesiony z Tarnowa batonik ciniminis z Biedronki (polecam, lekki, syci a nie obciąża bebechów, smaczny - od wielu swych odpowiedników możliwych do kupienia  w sklepach sportowych różni się głównie ceną). 

Z Żabim w tle.

Chwilkę kręcimy się jeszcze po okolicy i ruszamy dalej. 
Jak by kogo interesowało to od prawej:
Mnich, skryty za nim Mniszek, ledwie łeb wystawia, Cubryna z Wielką Galerią Cubryńską ładnie podkreśloną poziomym pasmem śniegu, oraz trzy Mięguszowickie: Wielki, Pośredni i Czarny. Rzecz jasna na skraju z lewej jeszcze Kazalnica.

 
 Przed nami Ceprostrada


Powoli nabieramy wysokości i humorów.
Ludzi coraz mniej, a co co idą tędy, pomimo miana szlaku, rzadko kiedy wyglądają na ceprów.  


Powoli otwierają się widoki na Czarny staw pod Rysami 


 No tak - w porównaniu z nim to jesteśmy ceprami...

 Dzwonek alpejski

 A tu już w okolicach dwóch tysięcy zaczynają się panoramy i przestrzenie - po te widoki warto się wspinać, choć to raczej mozolne wchodzenie po schodach nie wspinaczka. 

 Statycznie

 i z dźwiękiem.


 Na przełęczy.

 ale jeszcze szczyt męczy. 

 Czarny Staw w Dolinie Pięciu Stawów

 Jarek zostaje przy plecakach. Odjuczeni z Piotrem nagle zaczynamy się czuć bez mała jak Armstrong na Księżycu. 
Rzucam hasło by Szpiglasowy wierch zdobywać "metodą alpejską" czyli "na lekko i biegiem" i zasadniczo nam się udaje - tyle że w pewnym momencie ilość wdychanego powietrza zaczyna być mniejsza niż nasze zapotrzebowanie na tlen i pomimo robienie trzech wdechów na jeden wydech, nadal mamy niedobory tego pierwiastka w płucach. 
 
 Ale co tam - szczyt zdobyty. 
Przy okazji testuję Hammerta - który spada na skały kilka metrów niżej (wymsknął się z kieszeni gdy zeskakiwałem z półki), jedyny uraz to delikatne zadrapanie na otaczającej go gumowej osłonce. Jest super.

 A przed nami otwiera się Dolina Pięciu Stawów Polskich

 się otwiera

 
 się jeszcze bardziej otwiera...

   Złocieniec Alpejski - już przekwitł (albo się mylę)

Jak dzieci

 Idąca za nami rodzina z Gdyni, także zbacza pobawić się w śniegu, widząc że my weszliśmy i żadnym wypadkiem to się nie kończy. 

 Świstówka.
Od zawsze Świstówka myli mi się ze Szpilówką (okolice Iwkowej - Pogórze Wiśnickie).
 
 Dolina pod słońce

 Przedni Staw ze Świstówką w tle.

Kamyczek - zdania co do niego są podzielone. Znam takich co mają na nim zrobione zdjęcia i takich którzy twierdzą że jakiekolwiek zbliżanie się jest srodze zabronione. Nie zamierzamy testować tych opinii. 

 Schronisko.
 Nas apartament.

 I wyciąg z regulaminu. 

Przede wszystkim kąpiel, choć Piotr jednak woli nawiązać wpierw łączność z żoną, problem w tym że zasięg jest kiepski łamane przez żaden. Nie mniej jednak nie ustaje w pelengowaniu. Ja walę pod prysznic, a potem po kawę, dojadam szarlotką, zagryzam batonikiem i mogę myśleć co dalej z tak pięknym późnym popołudniem. W końcu dołącza do mnie wykąpany Jarek - Piotr nadal pelenguje. Ja prędzej nawiązuję łączność z domem za pomocą fejsa, bo jest tam darmowe WiFi. Akurat dzień rozdania świadectw. No jest się czym pochwalić, jest (za kilka dni skubniemy Media eksperta na ponad 120 zeta). 

Na werandzie jakieś dwie lamy koniecznie chcą zwrócić na siebie czyjąś uwagę, pewnie liczyły na "podryw w górach" albo się naoglądały debilnych reklam pewnego napoju... Tymczasem nic z tego, weranda pustoszeje i zostają same. My z Jarem idziemy pospacerować - Piotr nadal pelenguje. 

Wieczorem przy piwku tak lubiane przeze mnie rozmowy schroniskowe. Skąd jesteście, jakim szlakiem idziecie, jakie przygody, warunki, spostrzeżenia? Schroniska zbliżają ludzi. Piwo smakuje wyśmienicie, rozluźnia... powoli zaczyna dawać o sobie znać, nocna zmiana... walimy się na koje... jutro czeka nas jeszcze większa przygoda.