środa, 8 lipca 2020

TdPD - czyli Tour de Powiśle Dąbrowskie

Tour de Powiśle Dąbrowskie

Cykliczna impreza rowerowa dla tych którzy lubią się pościągać. Ja osobiście nie lubię, co nie znaczy że nie bawiłem się doskonale nawet samemu nie biorąc udziału.

Jednakowoż zacznijmy od początku. A początek wyglądał tak że siedzieliśmy z Elą i Markiem w dworcowej restauracji, popijali kawę z kartonowych kubków i zastanawiali się co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Choć nie, to także nie był do końca początek, początek był wtedy gdy pomyliliśmy daty - i dwie imprezy wypadły nam w tym samym czasie. Tour de powiśle Dąbrowskie i wycieczka rowerowa do Kąśnej Dolnej, na Święto Muzyki w Dworku Paderewskiego. Nie do pogodzenia. Jeszcze problemu by nie było gdyby nie fakt że jakiś czas informacja o tym rajdzie nie wisiała na stronach Tarnowskiej Korby, lecz niestety wisiała... klęska. Tymczasem w TdPD startowała i nasza Ania i nasz Wiesław!!! Jeju ale by się chciało z Nimi być! Lecz trzeba czekać... Czekamy, sączymy kawę, rozmawiamy, wspominamy, planujemy. Co i raz któreś z nas patrzy na zegarek - jeszcze dziesięć minut, jeszcze pięć - jak nikt nie pojawi się do momentu odjazdu pociągu (pod Adasiem, nie było nikogo, druga alternatywna trasa - zakładała dojazd pociągiem - i z racji na deszczową pogodę która jak mniemaliśmy odstraszyła uczestników - była możliwość że tu już ktoś się pojawi) - jeszcze dwie minuty - no nie, to było by szyderstwo - gdyby teraz ktoś zajechał! Minuta... Jedzie! O żesz w ... i w ogóle! Ufff odbija w bok, to pracownik kolei nie turysta... 30 sekund... ok teraz to już i tak nie ma znaczenia - nie zdążymy wsiąść do pociągu - ale dla przyzwoitości czekamy nim nie usłyszymy stukotu kół...

W zasadzie nawet nie podejmujemy decyzji - to chyba jest najfajniejsze w gronie przyjaciół, że decyzji się nie podejmuje tylko po prostu myśli się to samo i to samo robi. Siadamy na rowery i jedziemy. Dziwne, ale ani Eli ani Markowi nie chce się kręcić pod górę pawęzowską, dlatego niejako z automatu wybieramy trasę przez Klikową, Białą i na Łęg, ok mi to rura, nie ma sprawy, ważne że jedziemy. W Białej wycofuje się Marek - źle się poczuł - ok zrozumiałe. Każdy ma prawo. Ela i ja śmigamy dalej. Żeby było zabawniej ja jestem pewien że Ela doskonale wie gdzie jedzie, a Ela myśli że nawiguje idealnie, bo nic się nie odzywam - w efekcie co nieco błądzimy - nie na tyle żeby się spóźnić, czy wyczerpać kręceniem, ale na tyle żeby... było się z czego pośmiać.

Tuż przed samą Dąbrową Tarnowską odpalam nawigację, chcemy trafić wszak na miejsce a nie błądzić w poszukiwaniu miejsca startu i... mety. Jest nawet bardziej ok niż by się wydawało - nie dość że mamy przyzwoity zapas czasu do startu naszych przyjaciół, to jeszcze baza imprezy jest po tej stronie miasta którą wjeżdżamy. Już podczas dojazdu widać że Policja swoje robi. Porozstawiane radiowozy, zapory drogowe itp. rowerzyści poruszają się bez żadnych ograniczeń, samochody mają z tym problem... nie powiem, taki stan nader mi odpowiada.

Ba, same zawody komentuje nasz dobry znajomy Leszek Kępiński szef firmy organizującej wydarzenia sportowe KępaSport (tak to reklama, nie krypto a wprost - bo są tego warci) - więc gdybyście chcieli kiedyś jakiś bieg, marsz z kijami, wyścig rowerowy czy cokolwiek innego zorganizować... to spoko walcie do nich. Blamażu nie będzie. Poznaje nas gdy nadjeżdżamy, są powitania - oczywiście wszystko przez mikrofon, więc nagle z anonimowych "oglądaczy" stajemy się omc celebrytami ;)

Punkt komentatorski Kępy Sport - Leszek siedzi i nawija, Ela stoi i koncentruje się przed zawodami.



Za chwilę odnajdujemy Anię i Wieśka - jest trema przed startem, ale trzymają się świetnie, a my trzymamy za nich kciuki.

Ania, Wiesław i Ela








Już trąbią wsiadanego

Jest wola walki -
ale wpierw muszą ruszyć zawodnicy z rowerami szosowymi - Ania i Wiesław startują w kategorii inne, ma to sens oczywisty. 

Ela w środku kadru
(ta od KępaSport, nie od Tarnowskiej Korby)

Na linii...
"szosowcy" już wystartowali, pora na resztę.




I poszli - przydeptali pedały i za chwilę już nie było ich widać. Cóż robić, zostało nam z Elą sporo czasu do czekania, uświadamiamy sobie że jesteśmy głodni - ani Ona ani ja, nic praktycznie nie jedliśmy przed wyjazdem z domów. Czyli co? Czyli jedziemy do centrum, przecież NA PEWNO trafi się jakaś pizzeria, lub choćby inne miejsce gdzie można będzie coś zjeść... zaiste... dawno już nie czułem się tak sfrajerowany!!! Gdzie tam! Pizzerie otwarte w niedziele od popołudnia, wujo Gugiel nic sensownego podpowiedzieć nie jest w stanie...  W końcu trafiamy do jakieś cukierni, gdzie kupujemy coś co zastąpić nam musi normalny posiłek - Ela jakieś obwarzanki a ja coś na pikantnie - co zresztą wcale pikantne nie było, ale dawało cebulą na kilometr. Generalnie porażka.

Na powrocie spotykamy się z policjantami - od razu łapią że rowerzyści i choć ruch wstrzymany to wpuszczają nas na trasę dojazdową do mety, w sumie to wyglądamy jak  zawodnicy, więc mogli nas wziąć za "zbłąkane duszyczki" ;)

Tak kończyć przed kobietą... ja wiem czy wypada? ;)

Oczywiście nasz wjazd nie uszedł czujności Leszka - zostajemy obwołani, wymienieni, wychwaleni i wyżartowani... znów na moment stajemy się celebrytami ;)

Wkrótce zaczynają się finisze, pierwsi na metach są oczywiście zawodnicy półzawodowych grup sportowych, a potem zjeżdżają zwykli amatorzy...


Ania na mecie!

Wiesław!

Potem już tylko oczekiwanie na wyniki, podliczanie czasów, klasyfikacje wiekowe itd. Napiszę Wam szczerze - szkoda że nie wystartowałem w swojej kategorii wiekowej miał bym pierwsze miejsce! Tak samo Ela.

Odpoczynek, omówienie startu, przeżycia, radość, duma... wszystko co związane jest z takimi przygodami. Potem Ania z Wieśkiem pakują się na samochód a Ela i ja wracamy na rowerach...

I tu zaczynają dziać się cuda... Deszcz łapie nas kilometr za Dąbrową Tarnowską... w kilka sekund jesteśmy przelani na wylot, ściana wody sprawia że jedziemy bardziej na wyczucie, niż na znajomość trasy. Jakaś kobieta, dobra, mądra ale niezbyt znająca realia, zaprasza nas pod dach... tyle że teraz to już i tak bez znaczenia, a stojąc tylko byśmy wychłodzili mięśnie, już lepiej jechać. Ale to nic... zmoknąć raz każdemu można - ale wyobraźcie sobie że od tego dnia przez miesiąc ANI RAZU nie wracaliśmy do domów inaczej niż mokrzy... jednakże to jest oczywiście temat na całkiem osobne opowieści... więc zapraszam na kolejne.

9 komentarzy:

  1. Witaj Macieju.
    Jak zwykle niezwykle.
    Fajna trasa, dobre opisy.
    Lubię cyklistów wędrujących.
    Pozdrawiam i zapraszam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat były zawody - ale atmosfera naprawdę świetna.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Już od kilku lat zresztą - ma swoj dorobek i renomę.

      Usuń
  3. Mam nadzieję, że przemoknięcia nie skończyły się przeziębieniami. Teraz ta pogoda dość niepewna - niby słoneczko mocno czasem świeci, a tego samego dnia może się zrobić pochmurno i nagle zaczyna lać. :(

    Co do wyścigów, sama co najwyżej okazjonalnie pościgam się w jakiejś grze (przeważnie samochodowej). Opisana przez Ciebie impreza wydaje się jednak fajna - czuć dobrą atmosferę i to się liczy. A skoro nie wystartowałeś w tych zawodach, to być może w kolejnej edycji się zdecydujesz. Tak na marginesie, przez wzmiankę o celebrytach pomyślałam o niektórych zdjęciach, że przy okazji odhaczone zostało też tzw. "pozowanie na ściance". Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko - póki człowiek jest w ruchu, póty mu przeziębienie nie grozi - ostatni raz infekcję miałem w styczniu a i to lekką.

      Na ściance zdjęć nie lubię, pamiątkowe to owszem, ale tylko do użytku wewnętrznego ;) co innego w akcji, takie zdjęcia lubię i rozumiem, choć zazwyczaj wychodzę na nich marnie ;)

      Usuń
  4. Taka pasja dobra rzecz.
    Osobiście rower mi nie służy, wolę wędrówkę pieszą,ale znam paru zapaleńców obu płci,dla których rower to drugie ja.:)
    Fajna relacja.
    katasta227

    OdpowiedzUsuń